środa, 20 czerwca 2018

puzzle

- Mamo, ty nie potrafisz układać puzzli - wrzasnęło moje młodsze dziecko.
Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować odezwało się starsze dziecko:
- Mama, ułożyła sobie życie i nie musi nic układać.
- Pfff - parsknęła  Młoda.

Zaśmiałam się.

Choć wcale mi nie było do śmiechu, bo czy aby na pewno ułożyłam sobie życie?

Czy można ruchomą materię, która z dnia na dzień zaskakuje wszystkim, ułożyć w jedną, spójną całość?

Odpadający tynk pokazuje to, co zostało zakryte przez lata. Dziury wpuszczają blask.

Skrobię ściany własnego życia.

Sny nabierają kształtów, ale już nie krzyczę. Wiem już, że to nie był sen.  Dwie osoby nie mogą śnić jednego takiego samego snu.

Stanę z nim twarzą w twarz i każe odejść. Nie może on tak całe życie przy mnie trwać.

Ale w nocy zasiadł na mnie upiór. Zabierał mi oddech, paraliżował mięśnie. Chciał coś mówić, szczerzył kły.

Bez paniki przeczekałam całe przedstawienie. Już umarłam kiedyś. Drugi raz nie umiera się tak łatwo.









czwartek, 7 czerwca 2018

w nutach nieodgadnionych...

Jadę swoim ukochanym rowerem po ulicy. Pogoda jest boska. Rower jest boski. W kolorze czerwonym. Red mocny. Widać w nim jeszcze pulsującą krew przelaną przez samurajów, czy też przez księżne w te dni. Zasłuchana jadę, bo słuchawkach Slayer nawala gitarowy song, więc robię piruety jadąc tak przez środek ulicy gnana dźwiękami i lovem płynącym z chmur i nagle w ten mój idylliczny świat wpada klakson. BIIIBIIIP!!!!

Sekunda zastygnięcia. Zamyślenia. Niemyślenia. Czucia. Nieczucia. OOOOOOOOKURWAAA!!!!!!!!!

AAAAaaaaaa o mało co nie spadłam z roweru.

 - FUCK TIR!!! na dupie mej....

Sekundy,   to były sekundy trwające wieczność. Momentalnie dokonałam, i to cudem, szybkiego manewru uciekając na chodnik, ale uciekałam na przeciwległy chodnik  wjeżdżając prosto w samochody, na szczęście stojące na poboczu. Szczęśliwie wymanewrowałam pomiędzy nimi i zatrzymałam się przed drzewem na skwerku. A mogła być kolejna blaszka.

Szybki puls, jeszcze szybszy oddech targały moim ciałem. Zapowietrzenie.

O ja pierdolę - pomyślałam i co?

Pojechałam na lody. Słony karmel. W końcu żyję. A potem pojechałam na stację benzynową na kawę. Taka zwykła, prostą, czarną. Ale cukier brązowy schowałam do tylnej kieszeni. Ne wiem po co. Na czarną godzinę nagłego zapotrzebowania słodyczy?

Zasiadłam na murku i patrzyłam na ten świat. Ile to ludzie marnują czasu na nic nie znaczące sprawy.  A ile już z nich śmierdzi. Poczułam obrzydzenie dla człowieka. Dziwna istota. Dwie ręce, dwie nogi, głowa. Bleh. Wyciągnęłam nogi i książkę. Zatopiłam się w świecie wymyślonych kreacji.

W plecaku dzwonił służbowy telefon. Nie odbierałam. Otarłam się o śmierć. Zatrułam się zapachem przepoconych istot, Dzisiaj z nikim nie gadam. Wstałam i poszłam po papierosy. Nie zabije mnie nic. Poza śmiechem. 

Telefon jednak nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zaterkotał. Sms:
- Załatwiłaś?
- Tak.
- Jesteś Wielka!:D
- Szczupła brzmi lepiej :P

Odłożyłam. Kolejna sprawa odfajkowana. Założyłam słuchawki, włączyłam Slayera i wsiadłam na swój czerwony rower czując jak krew samurajów przelewa się pod moimi stopami.