piątek, 2 lutego 2018

KONIEC


"Ciało mamy zwierzęce, lecz aspiracje boskie. (...) 
Hormony nasze produkują enzymy głodów nie do zaspokojenia, 
marzeń nie do zrealizowania,
 tęsknot nie do zagłuszenia. 
I ja w samym gąszczu, z wielką pustą głową,
 ze wzdętym sercem bez krwi
, z rozrzedzoną duszą antymaterii. 
Zmęczony sobą i swoim czasem. 

Zmęczony ograniczeniem, niemocą, niepojmowaniem."

Tadeusz Konwicki "Mała apokalipsa""










Ułożyłam sobie nowy plan na życie. Ostatni plan.

Bez nich.
Bez ludzi.
Można tak
Tak trzeba.
Dość strachu.
Dość blizn.
Więcej mi nie trzeba.
Nie trzeba mi już nic.
Mogę już w miejscu stać.
I tylko już się śmiać.

W pracy odpowiadam za wszystko. Głowa boli mnie od słów. Planów. Wytycznych. Najchętniej schowałabym się pod biurkiem udając, że mnie nie ma, a muszę wychodzić naprzeciw światu. Rozmawiać. Decydować. Odpowiadać.
Rozmawiać.
Rozmawiać.
Mówić.
Dialogi, monologi, zawieszenia i oczekiwania.
Codziennie przelewa się przeze mnie milion słów. Zmieszanych idei, koncepcji.
Trawię to, trawię.
A tak mi się chce rzygać. niewiarygodnie tak mam dość wszystkiego.
Pragnę tylko jednego: uciec pod biurko. Atak paniki, narastające lęki wciąż wystawiają mnie na próbę.  Cienie ze ścian wychodzą nawet za dnia. Cienie łapiące za kostki. Wynaturzone, przedrzeźniające, rzucające sloganami.
Walka trwa. Moja z sobą.
Każdy dzień to walka.
Otwieram drzwi mówiąc sobie:
-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";
Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Czasami czuję jak piekło chce mnie pochłonąć. Z piekieł wydobywa się głos:
 - "Chodź, tu będzie ci ciepło".
Z nim też walczę.
Walczę z piekłem w sobie.
Ramiona pochylają się coraz niżej, rośnie garb.
Przejadam swój strach.
Tyję.
Wyglądam coraz gorzej.
Coraz większy obłęd. Wprostpropocjonalny do sukcesów.


Jeśli chcę by było mi gorąco to wlewam w siebie wódkę. Rozgrzewa idealnie ciało.
Jeśli chce zapomnieć to wlewam wódkę. Idealnie daję niepamięć. Szkoda, ze tak krótką.
Jeśli chcę nie czuć to.ja nic przecież nie czuję poza strachem.


Po pracy mile widziana jest głębia milczenia. Nie ma realizacji planów ani człowieka na horyzoncie. Jest radość dryfowania w nicości.

Bez nich. Bez kłamstw. Gier. Słów. Cisza.

Jak ja lubię, gdy o mnie zapomina się.

Dotarłam do mety swojego obłędu. Przekroczyłam swój Rubikon, swoje zasieki i wracam na swój teren. Mądrzejsza o wieki.

Poznałam znaczenie wielu słów. Spotkałam manipulatorów. Kłamców.

Uśmiałam się nawet do łez, słysząc jak ludzie siebie tłumaczą.  Niewiarygodne jest obserwować  takie rzeczy. To jakby gwiazda rodziła się na oczach. Ekslozja i układ nowej energii.

Nie ma miłości. To tylko kontrakty wymiany dóbr.

Gdyby miłość była to człowiek nie pragnął by jej aż tak, prawda?

A poeci o niej pieją jak księża o Bogu.

Daremna wiara. Daremny trud.

Hedonistyczny onanizm jest o niebo lepszy. Własne rękodzieło.

Przeszłam wiele podziemnych dróg. Widziałam z daleka, widziałam z bliska.
Nie ma nic.
Nie znalazłam nic ciekawego.

Wszystko jest złudzeniem. Jak kawałek metalu w trawie. O pieniążek. Gucio, śmieć, kapsel.

W uszach brzmi tylko jedno zdanie, zdanie powtarzane "nie doceniasz siebie"
Nie.
I nie zmieni tego nic.
I nie będę w sobie grzebać.
Jestem jak Bog. Jestem jak miłość. Jestem nieobecnością.
Obietnicą. Bez pokrycia.


Doszłam do kresu swojej głupoty.
Są drzwi, które zamykam.
Bezpowrotnie.
Drzwi na które byłam ślepa i których nie powinnam otwierać.
Nie na darmo przeoczamy pewne rzeczy. Nie na darmo tracimy pamięć. Nie na darmo tracimy wzrok.
Jedynie co to nakarmiłam swój sarkazm.
Potężna to broń.

Wracam do domu. Silniejsza. Dźwigając przeżarte szyderstwo.


KONIEC











Otwieram drzwi mówiąc sobie:

-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";

Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Swój strach łamię człowiekiem.
Nie trzeba było się bać. 
Odchodzę. 
Cierpienie. 
Nie moje. 
Mój to tylko strach. I zimno moje.
Przepraszam za siebie.
Kolejny atak.
Znowu się grzeję przy jakimś ciele.
Łamię swój strach. I zimno moje.
Nie zostaję.
Ani Afryka ani bieguny moje.
Nic nie jest moje,
I nic moje nie będzie.
Tylko strach, I zimno moje.
Taki obłęd.





Arte


czwartek, 1 lutego 2018

homo piżamikus


Ktoś mi kiedyś mówił, że umrzeć jest bardzo łatwo - 
wystarczy tylko czterdzieści razy pod rząd westchnąć głęboko, 
głęboko, jak można najgłębiej zaczerpnąć powietrza, 
i tyle samo razy z głębi płuc je wytchnąć - 

a wtedy wyzioniesz ducha. Może by tak spróbować?...








Nie mija mi. Mija mi wszystko tylko nie to. Zmiana antybiotyku. Leków. Nowy zestaw na nowe dni. Tylko oddech boli. Boli wciąż. Nie chcę już oddychać. Nie chcę już nic.

Gdzie wódka? Gdzie papierosy?

O ludzi nie pytam. Stoję twarzą do nieba i nie chcę nic widzieć. Poza jaskółkami. Latam na ich grzbietach walcząc z wszami. Ich robactwem. Mnie nic nie toczy Nawet oddech mnie się nie trzyma. Nie trzyma mnie nic.

Wolność.

Rozsądek czy emocje?

Pościel. Pościel kolorowa moim przystankiem.

Portem. Początkiem. Końcem.


Nie ma jaskółek. Wiem. To nie ta pora. Każda pora bywa w nie porę. Za późno, za wcześnie, za nic, za wszystko.

Płynę samotnie w łóżku. Słowa wylatują z książek. To wystarczy. Odżywka dla mózgu. Dla oczu. Muzyka dla uszów.

Wyobcowanie.


Przystanek.


Homo piżamkus.