sobota, 27 stycznia 2018

kaszel....


Tramwaje jeżdżą. Jeżdżą tramwaje. Po moim układzie oddechowym jeżdżą tramwaje. Skrzypiące. Nienaoliwione. Zaspane. Na torach gnijących. Zżeranych przez rdzę. Oddech boli. Wszystko boli. Kaszel otwiera powieki. Ile można nie spać. Ile można tak czuć.
Tonę.
Wpadam w nurt.
Z mostu skaczę.
Chce potopić motorniczych.
Chlast.
Kaszel w chusteczkę.
Kurwa.


Młoda

- Nie będę szła do żadnego kościoła! Kościół jest głupi i nudny! - wydarła się Młoda płacząc.
Co niedzielny dramat dziecka komunijnego, a książeczka czeka na wypełnienie aktu wiary. Co niedzielna msza. Ponadto różaniec, roraty......Akt wiary musi być potwierdzony. Myślałam, ze to powinna być sprawa sumienia, ale jest aktem wpisania w książeczkę.
- Ok, kochanie, nie mam sił. Nie idź, a jutro wypisze cię z religii i nie będziesz musiała chodzić do kościoła i do komunii teź nie pójdziesz.
- Ale ja chcę tort i prezenty!!!- chlipało dziecię.
- To dostaniesz to na urodziny, a komunia to przyjęcie wiary i Boga.
- Boga nie ma! Każdy to wie i to wszystko jest głupie i bezsensu.
- A jeśli Bóg jest to co?
- Nie ma Go, nie ma....
Młoda jednak poszła. Oby przetrwać do maja. Dostaje od nas wybór, a co z nim zrobi jej sprawa. Nie będę wywierać na nią żadnego wpływu. Nie to co moja matka, która jeszcze nie tak dawno stojąc na schodach groziła mi, ze bez Boga daleko nie zajdę i że jestem niczym.
Zawsze jestem niczym. Choć wolałabym być Fryderykiem. Nietzche'm. Takiem Nieczem.
I żyć w zgodzie z sobą. Tak, to był akt wiary, który nie powinien być zdradzany, a został zdradzony.
Trzeba żyć z wiarą. W siebie. I zgodnie z sobą.

- Tylko nie bądź jak babcia -zaśmiała się Młoda podczas bloku reklamowego, gdy wspólnie oglądałyśmy Harry Pottera.
- Czyli jak?
- Nie przymulaj!
- O ty!!! - zaczęłam się śmiać gilgocząc małego klona.
- A właściwie hahahaha ty już przymulasz.....
- Zginiesz, moja droga, teraz to zginiesz!!
Moje zęby wtopiły się lekko w lewą łopatkę. Wojna, hahahahaha. Lubię się z nią droczyć, być, rozmawiać. Jest bardzo wrażliwym dzieciakiem, ale i też cwanym. Rośnie z niej kobieta, bo już wie jak grać na emocjach.

- Kurcze, ale fajny labirynt.... Wlazłybyśmy tam, co? - odezwałam się wpatrzona w ekran.
- Pewnie - odparła Młoda - ale bałabym się.
- Ja już się boję, zaraz coś wyskoczy...aaaaaaa.........
- Nie bój się - dziecko objęło mnie ramieniem - nie bój się.....jestem...

- A co to znaczy być kowalem własnego losu?
- A jak nie będziesz się uczyć to co będziesz mieć?
Młoda popatrzyła na mnie.
- Ciebie!  - i dostała ataku śmiechu.

- A co ty oglądasz tatuaże, noooo mamoooo.....weź...
- No ale co?
- Nie rób, będziesz jeszcze brzydsza.........
- I tak jestem to co mi tam. Patrz, anioła walnę na łopatce i  podpiszę twoim imieniem...
- Ale siara, weź - i śmiejemy się, drocząc, gilgocząc......

- Kurde, ale cię kocham Młoda wiesz......
- Wiem, a ja ciebie nie! - hahahahaha
- To mój tekst!!! o nie!!!! - i kolejna wojna na gilgotki.

Wspólny czas. Bezcenny.

W tym czasie Mooniek z synem grali na play'u rozwalając, ramię w ramię, wszystkie potwory. Komitywa męska bez słów.







piątek, 26 stycznia 2018

czucie

- I nie wzięłaś wina? - Mooniek rzucił pytaniem, gdy staliśmy w kolejce.
- Nie, bo przecież według ciebie szastam kasą.
- Widzisz jak cię wyszkoliłem? - i zarechotał. Spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem.
- Wiesz w czym mnie wyszkoliłeś, kochanie? Ze jak wrócimy do domu to ja tą butelkę wina kupię, ale pójdę z nią do kumpeli.
I wyszłam przed sklep.
Przyszedł.
Poszliśmy do samochodu. Bez słów.

- Wychodzę.
- Gdzie?!
- Napić się wina!
Trzasnęłam drzwiami i poszłam w miasto, które też zaczynało się upijać. Wieczór piątkowy zaczyna się hałasem szepczącego tłumu na ulicach. Panika wolnych miejsc. Zaproszeń na prywatę. Pakowania się do aut, gdzie nikt nie chce być kierowcą. Szamotanina niecierpliwości.
Idę powoli. Mróz ścina. Delektuję się uszczypliwością pogody, bo jak będę wracać to będzie mi wszystko jedno. Nie będę nic czuć. Czy ja czuję cokolwiek?


czwartek, 25 stycznia 2018

dni są ..

"Dlaczego mnie właśnie przyszło brnąć przez to życie w tej uporczywej udręce?
 Ileż ja kroków uczynić muszę, aby dotoczyć się do wieczora i pochylić głowę ku litościwej poduszce?"
A.Osiecka "Neponset"




Znowu budzik wydarł się. Zawsze się drze. W każdy dzień tygodnia drze się tak. W każdy dzień tygodnia nie chce mi się wstawać. Zanurzać się w społeczeństwie. Dotykać ich spraw i problemów. Ocierać się o kanciaste słowa. 
Wstaję. Kawa, jakiś serek ( o jeszcze bez pleśni...) i mycie zębów. Rytuał poranka kończący się założeniem maski na twarz. Tylko jeszcze wystarczy usta pomalować i już wychodzę. 
Idę.
Człapię bawiąc się powietrzem wydmuchiwanym przez usta. Ja wódz indiański puszczam dymki na dymanie. Dymaj się mijany człowieku. 
Społeczeństwo - zbiór ludzi zamieszkujących na danych obszarze. Przypadkowe mieszanie się na ulicach. Sałatka bez reklamacji, choć zgaga piecze nieustannie.
Gdyby ode mnie zależało to wolę ocierać się o społeczeństwo po przez dotyk kartek książek. Ale za czytanie nie płacą. Czytanie w dzisiejszych czasach nie jest w ogóle opłacalne. Komercja zabija wolną myśl. Przetwarzamy tylko kasę na swoje materialne potrzeby.
Tej ułudzie poddałam się i ja. Wyprzedaże wypełniały moja duszę. Szata nie zdobi człowieka, ale jak fajnie popatrzeć.
Lepiej patrzeć na większość ludzi, niż słuchać.choć ich wygląd jest nieestetyczny, tłusty, to i tak lepiej patrzeć niż słuchać. Lepiej tak, tak lepiej.
Boję się ich. Tych ludzi. Ich słów. Ich gestów. Wyciągniętych ku mnie rąk. Ileż to czasu musi minąć niż rany się zagoją?
Wieki.
Może jak narodzę się na nowo, i narodzę i narodzę to tak już nic nie będę czuć, ze pójdę do tych wyciągniętych rąk, otulę się słowem, zasnę w cieniu człowieka.
Ale dzisiaj mijam bezdomnych, Romów, pijaków, emerytów, potrącana przez biegnąca młodzież. Klasa średnia jeździe autami do pracy, gdy wyższa jeszcze śpi lub ziewa przy porannej kawie z ciśnieniowego ekspresu, zaś ta niższa kasta już zapierdala przy taśmach, albo odsypia nocki w swoim barłogu.
Miasto po siódmej rano ma już swój rytm. Nieustanny. Trzeba wypić, zakręcić się, wyprowadzić psa, iść do szkoły, do pracy.
Poturlać się w misjach obowiązków i konieczności, by mieć powód na narzekań popołudniowych.
I picia.





niedziela, 21 stycznia 2018

zjazdy:)

Pomiędzy kawą a piwem życie toczy się. Pomiędzy nartostradami a wyprzedażami życie toczy się. Pomiędzy zawsze coś jest.
Jedziemy w góry. na narty. Po raz kolejny zamknięci w puszce spędzamy czas razem. 
- Jeju, ile zakrętów. Wrócę tu na wiosnę. Młoda przejdziemy się tutaj co? 
- Nie, bo nie mam stroju ani kasku.
- A przestań, nie bądż drętwa - podpuszczam dzieciaka.
- Nie można tak. A poza tym ty jesteś wariatem, wariatem drogowym. Jeździsz za szybko. Nie wiem czy wiesz o tym, pewnie wiesz, że jesteś wariatem, ale masz to pewnie w dupie - dziecko zamyśliło się - jak wszystko.
- Wiesz co kochanie?
- Co?
- Rozmowa z tobą to jak dialog z sama sobą - zbrechtałam, bo już nie wytrzymałam.

Na wyprzedażach kupiłam w końcu strój i buty na moto. I zaczynają się chwile miłego napięcia i oczekiwania, kiedy to przyjdzie? Czy będzie dobre? Jak będę wyglądać? Zmieszczę się ??? Chcę już wiosny. Tych chwil swoich na drodze. Swojej adrenaliny. Ryku silnika. Zapomnienia. Lekkości ducha.
Ucieczki w nieznane.

- Auć, Młoda, wymasuj mi ,proszę, palce u ręki, bo mi zdrętwiały.
Młoda masuje, masuje.
- Wiesz, masz bardzo delikatne dłonie i robisz to rewelacyjne. Świetne dłonie, naprawdę
- To od pykania. Muszę grać jeszcze więcej na tablecie!
Śnieg za oknem. Zima zakradła się na południu kraju. Pięknie wyglądają drzewa iglaste przybrane w biel. Zmrożone zimnym oddechem wiatru. Bajkowa zima. Niewiarygodny krajobrazy. Wystarczyło tylko 100 km przejechać by odnaleźć inny świat. Czasami można zrobić krok w bok by znaleźć inną przestrzeń. 
- Ja chce kotka! małego kotka - po raz setny Młoda wydarła się na temat kotka, który jest do wzięcia. Małego kotka. Temat męczy od rana. Ech.  W sumie ja jestem za, bo co młode kocie to młode kocie, a nie nasza stara, znudzono-leniwa Diana.
- Nie! - po raz kolejny stanowczo zareagował Mooniek - nie!, przedyskutowaliśmy ten temat i nie, nie zgadzam się!!!
- Będę grzeczna, Mamo, ja spróbuję być grzeczna.Naprawdę będę grzeczna.  Przez tydzień będę grzeczna, bo co mi w końcu to szkodzi?
Na co Igor wyparował:
- Jak to co? Życie...życie ci szkodzi, hahahahaha
Młoda jednak jakby nie słysząc uwagi brata dalej jęczała:
- Tato! Ty zawsze jesteś na nie. Nie staniesz na jedzenie, bo kromki są w aucie, kotka też nie chcesz, wszystko nie, nie, nie, nie. Na wszystko Nie! To nie jest fajneeee!!!!
- Kochanie i to sobie zapamiętaj:  znajdź sobie faceta który, będzie mówił tak, a jak zacznie mówić nie to się rozwiedź - zripostowałam.
Muzyka lekkiego niepokoju płynąca z głośników była  niczym nuta wiatru co za oknem gnał. Za czym my gonimy?  Ułuda karmą każdego z nas. Byle tylko by nie zatrzymać się. Passe, passe. Trzeba gnać, zajebać się, by być cool.
A ja lubię tak, siedzieć w kącie, w czterech ścianach, zasłuchać się i trwać. Zanurzyć się w kurzu co osadza się z czasem na ubraniach. Jestem antykiem, reliktem, rupieciem. Przestrzenią między kartami książek.
Nie mam za dużo tych chwil. Ostatnio nie mam żadnych chwil. Nie mam nic. Praca. Zarypanie. Bez sił i energii. Żywy trup.
Dobrze, że na narty jeździmy. Mooniek już patrzeć nie mógł. Nawet mnie nie wkurwiał mnie. Nic nie działało na mnie. Nic. Zobojętnienie na świat.
- Mooniek, rozwiodę się z tobą......
- Ale po co? robisz co chcesz, wszystko masz gdzieś, i co ty chcesz?
- Miłości? Ej Młoda jak będziesz mieć nie czułego faceta to się rozwiedź, tzn. nie wychodź za mąż, znajdź takiego co będzie dla ciebie wszystkim...
- Czyli jak nie będzie fajny to mam się rozwieść, a potem znaleźć fajnego?
- No tak. Żyję się raz. I mam być bosko. Miło. Czule. 
Zamyśliła się.
- Wiesz mamo, życie to jest jednak trudne, trzeba podejmować ciężkie decyzje...
Zapadła cisza.
Konsternacja.
Jednak nie trwała ona za długo. Tym razem syna wzięło na opowieści.
- Starszy, ale dlaczego nie wypowiadasz się precyzyjnie? Jesteś jak twoja babcia, ten, tego, no wiesz, tam...
- Bo oszczędzam słowa.
- Nie oszczędzasz słów tylko nie tegujesz.
- Zaimki są od zaimkowania wiec zaimkuję.


Wypożyczalnia. Znowu zaczynają się dramaty dzieci. nie te buty, Kaski. Denerwujące skarpetki. Uwierające rękawiczki. 
Zaciskam zęby.
Kolejny dramat jest solowym występem córki. 
Kiedy wjechaliśmy na szczyt Młoda nagle dostała szału. Nie będzie zjedżać. 
No stanęła i w płacz. 
Nie docierało nic. Nic nie docierało. Tylko gile leciały gęstym strumieniem z nosa.
Zostawiłam ją z Moonkiem a sama pognałam za synem. 
Musiałam ochłonąć. 
Ostre zjazdy, muldy. piękna trasa. Wymagająca już jakiś umiejętności. Co chwilę ktoś gdzieś zarył sobą w śniegu.
Kiedy wjeżdżaliśmy kolejka zadzwoniłam do męża:
- I jak tam?
- Stoję w tym samym miejscu.
- Ok, już jadę z synem. Wezmę Młodą.
Dojechałam.
- Dawaj rękę Młoda i zjeżdzamy.
- Boję się - i płacze a gile lecą ...jak ja nie znoszę zasmarkanych dzieci...
Złapałam Młodą za rękę. Zjeżdżałyśmy wzdłuż stoku:
- Nic się nie dzieje, jedziesz wzdłuż i skręt. Skręcaj!!!
- Ale ja się boję!!!!!
- Gówno mnie to obchodzi. Umiesz jeździć więc koniec. skręcaj!!! w prawo!!!
Udało się jakoś.
Stanęłyśmy:
- Młoda , powiem tak nie wychowawczo, ale kurwa mać , zaraz szlag mnie trafi , potrafisz zjeżdżać, potrafisz!!! inaczej nie wjechalibyśmy tutaj, ja pierdolę, Młoda, weź się w garść. Błagam Cię. A teraz jedź, jedź i zakręty, nie na dechę, zakręty i wzdłuż stoku. Rozumiesz??!!!
I zjechała.
Zjechała sama.
I po co te dramaty? no po co?
Ech...
Stałam wyżej patrzą jak sobie radzi, czasami jechałam nad nią krzycząc:
- Pięknie! Brawo! Jestem z ciebie dumna!!!!!
Na dole wycałowałam buziola.
- No i brawo ty. Dałaś radę!!!! a teraz chodź na ośla łączkę...
- Nie!, chce jeszcze spróbować.
- Serio?
I wjechałyśmy na szczyt i to nie jeden raz.