sobota, 14 października 2017

wrrr...




Tak jeszcze było w piątek. ciężko i przygnębiająco. Nad ranem modliłam się, by zawalił się świat. Przeżyłam, jednak przeżyłam i to z uczuciem zwycięstwa. Niemożliwe stało się możliwym: sprawozdania wyszły na czas. Nienawidzę raportów. Papierologii. Słowa pisanego. Ale udało się, udało. "Kto jak nie ty" wybrzmiewało w mej głowie. Znajomi. Ich wiara we mnie jest większa od mojej. Tak dobrze mieć tych, co wspierają. Człowiek to kwestia wyboru.
Wybrałam. Czystość myśli.
Wstałam z uczuciem lekkości. Uśmieszek przebiegł mi przez twarz. Wyciągnęłam się jak nasza kotka:  mocno naprężona zaziewałam.Otworzyłam oczy. Nie wierzę. Było słońce. Nie było wiatru. I chciało mi się wstać, choć jeszcze w piątek...gdzie ta rtęć, bo mam na nią chęć.
A dzisiaj? Dzisiaj ochotę mam, ale na kółka dwa. Motor!
Poki jeszcze można, póki jeszcze ciepło.
Wsiadłam i pojechałam. Cudowne uczucie. Mam we krwi wędrowca. Maszyna rwała pode mną rycząc co sił, a moja dusza wraz z nią: wrrrrrr. Wpadłam w stan hibernacji. Pola i zakręty. Zakręty i pola. Czarny jeździec łatanych dróg. I w głowie, jak poranny radiowy komunikat: omijaj łączenia, omijaj farbę. Fuck, zwłoki kota. Też omijaj. Omijaj, omijaj, omijaj....Jak na pograniczu światów. Co jest realne a co nie jest? Nagle wszystko przestaje mieć znaczenie. Istnieje, i to dobitnie, tylko tu i teraz. Świst powietrza. Nic więcej
Jutro też będzie słońce. Może znajdę swoją Mroczną Wieżę.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz