piątek, 13 października 2017

deszcz


Zamknęłam się w kapturze płaszcza nieczucia. Deszcz padał spokojnie i spokojnie buty przemakały. Tylko Mickey na trampkach lekko skrzywiła się. Gdyby miała zęby zagryzłaby sznurówkę. Niestety, mógł tylko wyrwać się z niej  jęk. Ęk,ęk,ęk. Bezzębne usta zawsze jęczą. Skrzywione w grymasie cienia śmierci. 
Szłam. Krok generowany przez mózg. Mózg generowany przez deszcz. Deszcz generował odbicia miasta w kostce brukowej. Mój wzrok ślizgał się po kocich łbach jak surfingowiec po oceanie. Fala jak kałuża! - hop! hop, hop...
Hop!hop! hop! jest ktoś tutaj?
Ktoś jest?
Jest ktoś?
Ktoś.
Łoś.
Ja.
W Muzeum Sztuki oglądałam szurnięcia pędzla szurniętych ludzi. W bibliotekach czytałam szurnięte słowa szurniętych  ludzi. W kinie oglądałam szurnięte obrazy szurniętych ludzi.
Namokłam.
Deszczem
Szurnięcia.
Weltschmerzyk. 
Ołowiany Zołnierzyk.
Mózgowego kopnięcia.


Zawsze chciałam mieć wiele żołnierzyków. Takich zielonych na podstawce. I toczyć z nimi wojny. Dostawałam lale. Traciły one, z czasem, oczy. I włosy. Byłam dla nich jak zakład Złotej Jesieni. Wykańczałam idealnie.
Bez większych nakładów własnych.

Zabawa wciąż trwa. Spotykam ciebie ja. Tracisz serce człowieku. W plastik cię zamieniam. I oczy wyrywam. I włosy wypadają.

Wokół same łyse głowy zostają.

Kocie łby. Kostka brukowa generowana przez deszcz. Deszcz pada wciąż. Naciągam głeboko kaptur nieistnienia. Nieprzemakam. Nic do mnie nie dociera. Nic. 

Nic nie ma. Tylko deszcz generujący odbicia miast na kocich łbach.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz