piątek, 15 września 2017

Myśli, które tworza huragan. Własny halny w duszy. Prześwity, świty, puste oczy i milcząca przestrzeń. Chcę iść przed siebie. Zostawić. Zapomnieć. Od nowa tak budować świat.
Ale po co?
To nic nie da.
Nic nie da.
Odwieczny głód pragnień emocji.
Za wysoki lot życia odwala przy maraźmie.
Cena.
Zawsze jest cena.
Koszt.
Za wszystko płaci się.
Zmrożona wódka w zamrażarce kusi zapomnieniem. Zarzyganiem do utraty sił. Bólem jedynie głowy i żołądka.
Tylko tyle. Tylko tyle. Tak niewiele, a zagłuszy tętent galopujących pizdrygałek spod kopyt których lecą iskry samospalenia.
Tyle, że ogień wewnętrzny tli się. Tli. Chcę własnego usmażenia. Mózgu swego w korze drzewa.
A potem siadam zmęczona i chowam się w sobie przed sobą. I kładę się koło dzieci odczuwajac tsunami sumienia.
Tandentny gest, słowa, scena. Ale jakże prawdziwa.
No bo jak?
Kurwa jak.
W kłamliwym świecie liczy się gra. Emocje jak żetony w kasynie wylatują na stół.
To chuj co widzisz. Wielki chuj,
Oszustwo krupiera.
Lepiej drobniaki schowac do kieszeni. Lepiej iść z brzękiem monet. Odejść od fałszywych pokus.
Albo biec. Biec przed siebie.
I biegnę. Póki kaszel nie rozrywa mi płuc.
Ostatni papieros po.
Ostatni papieros przed.
Wbrew zakazowi.
Pęd życia zawarty na maszynie dwukołowej. Ostry zakręt. Pisk. Pięta po asfalcie.
Ostatnio owad wpadł mi pod szybę kasku. Hulał mi przed oczami, ale szybkość wciągała  mnie jak wir rzeczny i nie chciało mi się zatrzymywać. Zakręt ostry wymusił na mnie hamowanie, zmianę biegów i nagle, oto on, ten owad, wlazł mi na nos Wyrzuciło mnie na drugi pas.Nie, nie jechał nikt. Ale w jednym momencie straciłam panowanie. Na chwilę. A potem stanęłam na poboczu i dziada zatłukłam. Rachunek wyrównany.
I ja tak  łażę, jak ten owad, łażę po nosie życia. Drażnię.
Drażnię.
Drażnię.
Niech mi ktoś upieroli skrzydła. Wyrwie nogi.Pacnie.
Tandentny dramtyzm chorego cżłowieka.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz