piątek, 29 września 2017

rozmienię się na drobne
po grosiku
pozostawię
gdzieś
pod poduszkami
pokoi
hotelowych
popadnę
w bukowskiego
obłęd
zabijany
stemplami
na tyłkach






Przypadek jest ciekawym zjawiskiem Rzadko się zdarza, przypadkiem zdarza się, ale zdarza się jakby częściej niż przypadek powinien sie zdarzać. Po prostu dochodzi do spotkania nieoczekawanie. Przypadkiem tak.
- I jak córka? Dalej taka buntowniczka, Cały czas ją wspominamy w przedszkolu - zapytała się mnie  spotkana na ulicy była wychowawczyni córki z przedszkola.
- Hahahaha, dalej. A nawet gorzej. Bunt pomieszany z filozofią. wyobraża sobie pani, że nauczycielka tłumaczy matematykę, potem pyta dzieci czy zrozumiały, czy mają pytania, a moje dziecko, oderwawszy się od okna, zgłasza się. - Tak Młoda? - Proszę pani, czy wierzy pani życie po życiu? ...
 -Hahahaha.....
 -Cała Młoda .......
Porozmawiałayśmy. O wszystkim. I niczym. Fajnie tak zatrzymać się na moment i porozmawiać z cżłowiekiem i to nie koniecznie o dzieciach. Tak po prostu porozamawiać. Normalne słowa, beż wkrętów, zychania na wpadkę, na przemilczenie, bo przecież nikt nie może wiedzieć.
Mijamy się bez słów. Zamknięci w swoich świecie, gdzie potrafimy wyłuskiwać zmartwienia z koszulek nie pamięci. Niech nas wypełniają i tłoczą się pośród bruzd twarzy. Tak źle. Niedobrze tak. Zgarbiony kark. Nie, nie, nie przez toski, to tak przez wiatr. Wieje on tak zaglądając liśćmi w twarz. Jesień. Pora ucieczek. Do domu. do siebie. W siebie. Podróże po ciemnej stronie duszy.
Uciekam w krainę Muminków. Odrabiam gdzieś stracony czas. A może dopiero zaczynam rozumieć sens czytanych słów.
Pomiędzy słowami zawieszam siebie. Dryfuję na a, skaczę na b, zaspyiam w o. Każdą  literę przytulam, by poznać jej aurę. Palcem bawię się ogonkiem. Ale nie mogę zatrzymać się, nie mogę.
- Mamo, nudzi mi się......
Młoda, przepraszam Ciebie za siebie. Przepraszam......



piątek, 15 września 2017

.......

Godzina 15.30 to nie jest dobry moment na wylatywanie przez ulicę. Zresztą żaden moment nie jest dobry na wylatywanie na ulicę. Trzeba iśc, a nie biec. Jak w życiu. Ostrożnie człapać, by nie zginąć.
Rozglądać się. Analizować. Przeczekać jeśli widać nna horyzoncie niebezpieczeństwo.

Tłok i korki na jezdni bywają obezwładniające. I z tego poczucia bezwładu jednak wyleciałam na pasy. Pasy są? Są! zatem każda głupia jednostka, nie obejrzywszy sie, ani w prawo ani tym bardziej w lewo, włazi na nie.Wlazłam i ja. Typowy baran, choć rak.
- Co robisz? - koleżanka wydarła się za mną z pozycji bezpiecznego krawęznika.
- Selfie - odkrzyknęłam wyciagając komórkę. I to był moment. Stanełam.. za mna była zbliżająca się cieżarówka. Ja i maska tira! zajebiste będzie ujęcie. Wow! Bogini tępaków fb to ja :D Czego się nie zrobi, by zaistnieć!
Cyk.
Pisk opon uprzytmnił mi, ze mogło to być moje ostatnie ujęcie. Od razu miałam wizję  własnego mózzgu w formie arbuza rozpieprzonego przez siekierę trzymaną w łapach totalnego furiata.
Ble.
O, ble.
Nie chce Tak. Nie chcę skończyć jako  maskotka na zderzaku ciężarówyprowadzonej przez jakiegoś Józia, który trzy dni nie myty zamiast dokonać oblucji to wali konia w przydrożnych kiblach.
O nie....
- O, kurwa - krzyknęłam i ona, to przekleńsrtwo zbiegło się z kurwą koleżanki, bo i ona zakrzyknęła
- Kurwa, kurwa pojebana jesteś ,,,,
Jak dotarł śmiech kumepli to znaczy, ze zyję.
Wzięlam nogi za pas i uciekłam w przekleństwach wykrzykiwanych przez kierowcę.





Myśli, które tworza huragan. Własny halny w duszy. Prześwity, świty, puste oczy i milcząca przestrzeń. Chcę iść przed siebie. Zostawić. Zapomnieć. Od nowa tak budować świat.
Ale po co?
To nic nie da.
Nic nie da.
Odwieczny głód pragnień emocji.
Za wysoki lot życia odwala przy maraźmie.
Cena.
Zawsze jest cena.
Koszt.
Za wszystko płaci się.
Zmrożona wódka w zamrażarce kusi zapomnieniem. Zarzyganiem do utraty sił. Bólem jedynie głowy i żołądka.
Tylko tyle. Tylko tyle. Tak niewiele, a zagłuszy tętent galopujących pizdrygałek spod kopyt których lecą iskry samospalenia.
Tyle, że ogień wewnętrzny tli się. Tli. Chcę własnego usmażenia. Mózgu swego w korze drzewa.
A potem siadam zmęczona i chowam się w sobie przed sobą. I kładę się koło dzieci odczuwajac tsunami sumienia.
Tandentny gest, słowa, scena. Ale jakże prawdziwa.
No bo jak?
Kurwa jak.
W kłamliwym świecie liczy się gra. Emocje jak żetony w kasynie wylatują na stół.
To chuj co widzisz. Wielki chuj,
Oszustwo krupiera.
Lepiej drobniaki schowac do kieszeni. Lepiej iść z brzękiem monet. Odejść od fałszywych pokus.
Albo biec. Biec przed siebie.
I biegnę. Póki kaszel nie rozrywa mi płuc.
Ostatni papieros po.
Ostatni papieros przed.
Wbrew zakazowi.
Pęd życia zawarty na maszynie dwukołowej. Ostry zakręt. Pisk. Pięta po asfalcie.
Ostatnio owad wpadł mi pod szybę kasku. Hulał mi przed oczami, ale szybkość wciągała  mnie jak wir rzeczny i nie chciało mi się zatrzymywać. Zakręt ostry wymusił na mnie hamowanie, zmianę biegów i nagle, oto on, ten owad, wlazł mi na nos Wyrzuciło mnie na drugi pas.Nie, nie jechał nikt. Ale w jednym momencie straciłam panowanie. Na chwilę. A potem stanęłam na poboczu i dziada zatłukłam. Rachunek wyrównany.
I ja tak  łażę, jak ten owad, łażę po nosie życia. Drażnię.
Drażnię.
Drażnię.
Niech mi ktoś upieroli skrzydła. Wyrwie nogi.Pacnie.
Tandentny dramtyzm chorego cżłowieka.




wtorek, 12 września 2017

.........

Wiesz, że marzę. Marzę, bo chcę mieć swój gabinet. Swój pokoik. Najlepiej na podaszu. Wciszy niech słowa mi brzeczą. Te wyimaginowane. Z mojej głowy. Albo te z ulicy. Półszept dobijający się jak rzucony o szybę kamyk. Pstyk. Nadeszła wiadomość. Taki sms z dziecistwa. Jestem.
Niech słowa brzęczą mi. Brzęczą jak muchy. Będę je łapać w irytacji bądź zz rozbawieniem. Wiesz, jak ja chcę być łowcą ludzkich dusz? Bardzo chcę być łowcą dusz. Dusz niesionych na skrzydłach owadów.
One  ląduja  na gównie. Jak to muchy.  Jak to marzenia. Kupa. Kupa gówna. Ale z tego może być piękny ogień. Jadłodajny ogień. Palona kupa niejednych rozgrzała dając ciepła strawę,