sobota, 13 maja 2017

bez znaczenia



- To twój problem.
Nie reaguję. bo skoro mój to mój, więc zniknie jak bańka mydlana, Wszystkie problemy tak mi znikają.
Mój? Mój problem? Jaki mój problem?
Z papieru składam motyla i kładę na dłoni.
- Teraz motylu zamieniasz się w mój problem - mówiąc to dmucham w jego papierowy odwłok.
Krótki lot. Motyl spada wprost pod mojego buta. Nie ma.
Nie ma żadnego problemu.
Odpalam papierosa. Wszystko jest jak ten dym. Znika.  Z czasem wszystko blednie i znika.
 - Nawet ten smród - pomyślałam gasząc peta.


Nauczyłam się, bo zawsze szybko się uczę, sztuki nie posiadania problemów. Mam szczęście do dobrych nauczycieli. Do krasnoludków od security. Do magów zniknięć. Porzuceń.
- Olej i idź.Tylko nie bądź jak Anuszka, która rozlała olej na Patriaszych Prudach.
Wzięłam uwagi do serca.
Uważam, by nikt nie stracił przeze mnie głowy. Jak nieszczęsny Berlioz.

 - Czemu nie dajesz o sobie znać? Przestałeś mnie kochać? Nie, jakoś nie mogę w to uwierzyć. A więc umarłeś***.
 -  O  nie, świecie nie umieraj, żyj...pieprzyć love, żyj, świecie żyj,,,, **

Świat żył, tylko nie ja.  Ale cóż po moim żywym ja w martwym świecie?
Martwy świat.
Może tak właśnie żyjemy, może w chwilach przebudzenia zdajemy sobie sprawę, że włóczymy się po cmentarzyskach własnych przeżytych jaźni, po nekropolii emocji. A potem wstrząśnięci znajomością czegoś czego nie powinniśmy znać, ale jednak znamy, krzyczymy:
-  Deja vu!
Krzyczymy, bo jakieś strzęp bardziej zarysował się, zarysował się jak ten czerwony strzęp wypadający z łona kobiety do białej muszli.
To jest właśnie deja vu. Taki wstrząsający strzęp. Wstrząsający, bo przecież nie miał prawa być. Nie miał prawa być dla oczu.

Ale jeśli moje ja jest martwe to czy cokolwiek ma znaczenie? Dla nie żyjącego żyjący świat nie jest problemem.
Jak i martwy świat dla żyjącego.

Co ma znaczenie?

Czas? On kurczy wszystko i dusi wszystko. Jest lepszy od niszczarki samochodów.
Czasami bywa jak dzieciak, który złapał kurczaczka. Dzieciak, który nie ma wprawdzie złych zamiarów :
- Jaki ten kurczaczek jest słodki, ooooj... ,.
 ale nie ma też wyczucia. W zaskakującej ciszy chrupot łamanego karku zamienia się w huk salwy armatniej

.Jednakże czym byłby czas bez istnienia innych elementów? W czym by rzeźbił i jak przemijał gdyby zabrakło mu ludzkich twarzy i ludzkich tworów?

Człowiek buduje, stawia,  a Bóg gra w kręgle. Czas sprząta wszytko. Cały ten burdel i zamieszanie. Tablicę wyników też.
Nic nie ma znaczenia. Nic.
Wygrana czy przegrana i tak będzie wszystko wyzerowane.

Kiedy miałam 5 lat dziadek zapytał się co mi jest. Siedziałam bowiem i płakałam. Jego wnusia jedyna, kochana płakała. Rzecz niepojęta. Siedziałam na ławeczce zrobionej przez jego ręce, ręce które trzymały druty Auschwitz, siedziałam na niej i płakałam zaciskając swoje małe dłonie na łuku. Płakałam, jakby coś pękło we mnie, a przecież miałam 5 lat i cały łuk w ręce, a na plecach, zrobione przez siebie, nie połamane strzały..

( - Naprawdę? - pytałam się babci, póki żyła - ja płakałam?! weź...
- Naprawdę ..
 - To co się stało?
- Nie chciałaś powiedzieć. Nigdy nic nie chciałaś mówić.
 -Ja? Jak to? Przecież ryj mi się nie zamyka....)

 - Dlaczego płaczesz? Co się stało? -  dopytywał się dziadek siadając przy mnie. Chciał mnie nawet objąć, przytulić, ale odepchnęłam jego rękę.
- Idź sobie.

Powiedziałam, by poszedł i ze to mój problem. I ma mnie zostawić.Nie chciał, ale byłam harda.
Zostawił. Poszedł sobie.
Był to pierwszy człowiek, którego złamałam, reszta ludzi była pestką.
Dziadek poszedł babci naskarżyć. Babcia przyszła do mnie i też nic nie wskórała.
- Nie powiem. Nie wasz interes.
Bunt, zakaz wstępu na mój teren. Teren obroniony. Pierwsze zwycięstwo.
Od tamtej pory nie mam problemów. Z niczym. I stawiam na swoim.

Tyle, ze jeszcze mówię. Słowa są dla mnie jak skalpel w ręku chirurga, który otwiera pacjenta na stole operacyjnym. Badania na żywej tkance. Cięcie i obserwacja reakcji.
Już nic mnie nie zaskakuje. Przewidywalność stała się nudna,

Trudno nie wyrobić sobie uśmiechu patrząc na ucieczkę ludzi. Maraton zombiaczków
A zostawcie mnie, zostawcie. W końcu żywicie się mózgami, więc przy mnie grozi wam głód.
A sio, sio... I brechtam. Znowu wyszło na moje.
Wszyscy są tacy sami. Każdy odchodzi. Po co więc mówić? Zamieniać się w podręczny bagaż czy nie wymierną walizkę emocji. To mój ciężar. A każdy ma swój. Wystarczy. Nie ma handlu. Zakaz sprzedaży.
Nie mam nic do powiedzenia. Odmawiam zeznań.
Zresztą kogo to obchodzi?
.

Rok później dziadek  umarł. Leżał w trumnie taki mały i chudy. Stał się jakiś taki  niepozorny. A przecież był naszym wzorem siły j krzepy:
- Jeju dziadek, ale masz muskuły! pokaż jeszcze, proszę! o jej, ale duże!
Nasz bohater, który potrafił ujarzmić wszystkie zwierzęta oraz babcię.
Stałam wpatrzona w otwartą trumną. A potem poleciałam po lusterko, które podetknęłam pod nos dziadka. Nie żył.
Pergaminowa skóra stwarzała dziwne wrażenie, że oto w trumnie  leży manekin z wystawy prezentujący garnitur  z Bytomia, a nie człowiek, który do wczoraj był jeszcze żywym człowiekiem. .
Dziadek odszedł wyczerpany walką z rakiem żołądka. Przynajmniej nie musiał dźwigać moich problemów. Widzieć jak szamoczę się z bandą zombiaków.
Zanim odszedł zostawił po sobie fajkę oraz legendę. Legendę o niezależnej wnusi. Każdy zna tą historię. Do znudzenia. Zostawił też słowa, bo musiał mi coś powiedzieć, bo każdy musi mi coś powiedzieć:
-  Nic nie jest ważne z czasem. Nic. Ważne, by umieć dobre rzeczy zatrzymywać, a złe odrzucać, Kiedyś to zrozumiesz, zapamiętaj: zło sio, jak kury do kurnika,  a dobro pielęgnuj.
Dziadek zawsze cieszył się. Ze wszystkiego.Czasami tylko zamierał w chwilach zadumy nad wytatuowanym numerem.

Kiedyś, kiedy ciotka opowiadała tę historię kultywując stworzoną przez dziadka tradycję, byłam ciekawa siebie i zapytałam matki jakim byłam dzieckiem nie tylko w kontekście wspomnień dziadka.

- Dziecko, nie dałaś się przytulić, a rozmawiać też nie chciałaś. Powiedziałaś ...ooo będzie truć i uciekałaś.I tak ci zostało.
- Już jako ośmioletnie dziecko tak? Jak? Jezu, mamo, ale dlaczego tak? powiedz dlaczego? Moje dzieciaki  przylatują, tulą się , gadają i opowiadają. Dziwne. I ciebie to nie zastanawiało? nic nie zrobiłaś ? A ojciec?

Matka nie odpowiedziała. Zamyśliła się.

- Na ciebie nie było i  nie ma sposobu. Do tej pory robisz co chcesz. Z naciskiem na siebie.


Ulepiłam siebie. To jedyne co miałam i mam. Siebie. Kiedy człowiek myśli, że  nic nie ma to się myli : ma  siebie. Najcenniejszą rzecz.

Każdy siebie ma. Stracić siebie to oddać siebie walkowerem..

Choć i tak to jest bez znaczenia. bo przyjdzie czas, czas wyzerowania.

Wszystko kruszeje. Swoje ubytki łatam zbieranym po drodze materiałem, więc wychodzę w świat, wychodzę w przestrzeń, wychodzę z cmentarzyska.
Czasem trafiam na dobrych ludzi, którzy kopią mnie, bym nie zasnęła. Betonuje się ich troską, by strach mną nie telepał
A potem znikam w przestrzeniach wszechświata. Chowam się za pulsarami.
To serce bije tak?
- O,  tak, tak....hahahaha....


Tak, tak, tak ,,,,kap, kap, kap,  tak z żył kapała krew. Żyletka leząca obok była zimna, czerwona i nie przejmowała się krzykiem. Wykonała swoje zadanie i odpoczywała niewzruszona. Woda w wannie przybrała kolor uczty piranii.
 - ,,,, a to było łoże w kolorze czerwonym... - zanuciła zbliżająca się śmierć i parsknęła potężnym chichotem
Trochę za mocnym chichotem. Zbyt mocnym
Nastąpiło przebudzenie. Prześwit dla życia. Westchnienie.
Zemdlone ciało trafiło do szpitala. Biel bandaża chowała pokaleczone dłonie, otwarte żyły, krok na druga stronę.
- Ależ panie doktorze, jakie samobójstwo? Córka miała zbadać krew pod mikroskopem i wzięła za mocny zamach. poniosło ją, zdarza się, dzisiejsza młodzież nie ma wyczucia...

Jeden krok za daleko. Mocny krok, który wykopał furtkę do przeszłości świata. Tkanki wessały ten cholerny kurz: podłość ludzkiej natury. DNA zostało wzbogacone o krzyk ofiar umierających w kaźni stworzonych przez naturę ludzką. Ból istnienia zadomowił się na dobre. Wlazł w kości. Wyszedł tylko na chwilę, by pójść po brata. Na imię mu było niewiara.Nie warto wierzyć  w człowieka. Jeden zawiódł, reszta też zawiedzie. :Lepiej zawczasu iść w swoją stronę. Schować się za pulsarami. Tak tak tak ...kap, kap, kap..tak, tak ..
Nihilizm naciągnął skórę.

- Intrygujesz swoimi  oczami...
- To tylko piekło... nic więcej...,  pustka i piekło.


I nie pozostaje nic innego jak tylko się śmiać . Hahahahahaha.........bo tak naprawdę wszystko jest żartem. Nie ma co się napinać. Czas wyzeruje wszystko. I to jest najlepszy dowcip.







--------------------------
*** Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata

** Arte :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz