niedziela, 24 lipca 2016

telegram do anioła





Kochać to także umieć się rozstać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, 
na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zaprzeczeniem
 egoiz­mu, za­bor­czości,
 jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie,
 jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia,
 cza­sem wbrew własnemu.
Vincent van Gogh







Wracam. Wracam do siebie. Po milionach dni jałowej podróży po bezkresach niezrozumienia, gdzie wiatr szumiał....jesteś nikim,,,,,,,jesteś zerem.....odejdź.......nie mów......nie wkurwiaj mnie oddechem...nic nie rozumiesz...

Zaległam w kałuży zapomnienia bojąc się podnieść głowę, by nie oberwać. Przemoknięta drżałam rozgrzewając swoje tkanki alkoholem. Walka wewnętrzna pomieszanych nici paraliżowała mnie. Ogłuchłam na wszystko.
Zaplątanie, które nie pozawalało na krok do przodu, dusiło coraz bardziej. Taka matnia z młotkiem, co walił po głowie za wszystko. Spałam, bo sen chronił mnie. Ucieczka w wizje senne dawała mi chwilę radości. Świat, który śnił mi się był niczym dno oceanu - wabił kolorami i życiem. Nie chciał wypuścić mnie. Tonęłam. Tonęłam w sobie, w snach, w kolorach. Barwy wyznaczały mi trasę. Wędrowałam jak  po tęczy. Tej cudownej, bieszczadzkiej.
Nie ma mnie, nie ma, bo jak mogę być skoro jestem nikim?
Szklanka wódki. I sen. I tęcza.
Szklanka wódki. I sen. I tęcza.
A potem nadchodziła fala próby wymiotowania rozczarowaniem. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko, ale tyle części swobodnie latając we mnie raniło mnie, że opadałam bez sił.
Rozklejona leżałam w łóżku. Świat stał się zły. Nieprzyjazny. To wilk z bajki o Czerwonym Kapturku.

W imię czego stało się tak? W imię marzeń i wiary w .....
Szpitale są pełne wariatów, którzy pozamiatali siebie pragnąc czegoś, czego nie ma.
Pragnęłam tylko ..
Szklanka wódki i sen. Ucieczka w tęczę. Ten świat mnie okłamał. To nie moje miejsce.



- Arte!!! co się z Tobą dzieje?!
- Nic -  nie było stać mnie na więcej. Ból zamknęłam w jednym słowie: NIC. Nie, nie miałam sił na nic więcej. Nic, nic, nic, NIC!!!!!!! Trzy litery to i tak za dużo.
- Weź coś zrób z sobą!
- Co?
- Nie wiem. Martwię się. Zaczynam się bać. I tęsknie za twoimi głupimi pomysłami i szaleństwem.
- Tak? - dziwne. Zawsze przecież to było infantylne, nie poważne. Człowiek musi mieć uniform powagi i kontroli, bo inaczej jest tylko zabawą. A czy radość jest zła i świadczy o braku powagi?
W końcu odkryłam, że to tylko kwestia akceptacji. Nic  nie będzie liczyć się, jeśli ma się nie liczyć, a jeśli ma się liczyć, to będzie liczyć się. To zależy od chęci, nastawienia.  Chęci nie było, za to nastawienie było negatywne i skręcone w  pejcz słów. Sadystyczna czułość, która wyrywała z serca kawałek po kawałku. Taka miłość jak u dzieci, które mówiąc: - kochamy kwiatki, wyrywają im płatki, by powróżyć sobie: kocha, nie kocha....

Mooniek nie miał już sił. Znajomi też nie. A ja nikłam i nikłam. W głowie miałam tylko płótno Kahlo. Gdy zasypiałam to właśnie  z tak rozłożonymi nogami jak miała rozłożone Hale po upadku.
Pozycja ta była zachęcająca do pieszczot dla rąk, rąk śmierci.
O Śmierci ma, otul mnie swoim zimnem. Zrób ze mnie kostkę lodu. A potem wrzuć do drinka. Tylko nie wrzucaj do szklanki, która trzymana jest przez frajera życiowego, bo się zadławi. Dwóch pechowców to za dużo. To klęska. A ja nie chcę być dramatem, chcę tylko przestać czuć cokolwiek. Nie chce już nic czuć. Niech śmierć zamrozi mnie.
Ten skok Doroty wciąż czaił się pod moimi powiekami niczym fresk agonalny. Skocz i koniec. Tak blisko, tak blisko.....Jeden krok i lot. Ulga, która była zawarta na płótnie i jego niebiańskie kolory wabiły spokojem. Popatrz: tylko tyle zrób i koniec. Zmiana losu. Myśli. Duszy. Niebyt. Zawieszenie niczym w próżni z demontażem gratis.

Na krawędzi snu. Na krawędzi jawy. Na krawędzi obłędu. Zaprzedana. Zagubiona. Zniszczona.
Na własne życzenie. W końcu sami odpowiadamy za siebie. Sami.
Sama dałam porozkręcać w sobie to co najlepsze. Dałam złapać się w sieć kłamstw, iluzji, manipulacji.
W imię czego?
Tylko swoich pragnień, marzeń, wiary.

Pustka. Próżnia. Bezdech. Kołdra robiła za niebo, a prześcieradło za ziemię. Oto mój wszechświat. Taki kosmos.

A dni mijały. Życie mijało. Mija. Wszystko mija.

I minęło.

Przebudziłam się. Tak po prostu. Któregoś dnia przebudziłam się, wstałam i marznąc w stopy przy parzeniu kawy w kuchni, rzekłam do Monnka:

- Narty.
 - Nie masz pracy, a nasze finanse...
- Nie ważne - weszłam w słowo męża - nie ważne, muszę wyjechać, rozumiesz? jak wrócimy, znajdzie się, zobaczysz. Wszystko odrobię. Każdy stracony czas...Wszystko ułoży się. Wyjedźmy, proszę.

Nie dyskutował. Zamówił noclegi. Pojechaliśmy. Przemroziło mi mózg. Cudowne zimno dobrało się do każdej mojej kości, kiedy wędrowaliśmy po okolicy. Rzuty śnieżkami, lepienie bałwanków, rozkoszna wolność. Liczy się tu i teraz. Ten czas. Czas mój z rodziną. Nie ma nic poza nimi, nie ma nic poza nimi, nie ma nic, nic nie ma.
Zaklinałam swoje ja pisząc siebie od nowa.Wprawdzie w życiu można iść nie wiedząc dokąd idzie się, ale  warto jednak mieć cel. Pojęcie kierunku. Czasami warto dać się porwać i wierząc w siebie i we własne siły dryfować. Czasami warto stanąć, odwrócić się plecami i odejść z obranej drogi.

Wstałam i powiedziałam sobie dość: chcę pracę i virago i siebie. Chcę tą roześmianą wariatkę z marzeniami,  z dystansem i przekleństwami.

Yamaha. Zawsze marzyłam o jeździe na motorze tak od rana do nocy, skręcając tam, gdzie miałabym ochotę. Zatrzymując się na kawie w przydrożnych barach, zatrzymując się przy stolikach z ludźmi. Zwiedzając patrząc, podpatrując. A potem chciałabym tak wskoczyć na drogi Ameryki Północnej, na drogi Ameryki Południowej. Przemierzyć te kontynenty. Być jak Tony Halik. Jak Dzikowska. Jak duch. Chcę być duchem. Przenikać ten świat sobą. Doświadczać. Ale już tylko dobro. Ciepło. Zrozumienie. Ciekawość.Radość.
Znowu marzę. Cholera, znowu marzę...Ale w Biblii co napisali?
Ziarno, choćby cudem było, nie zakwitnie na złej glebie. Wiara na piaskach jest gówno warta.

Narty to jeden z wielu sporów, który kocham. Zjazd w dół. Skręty. Noszenie. Adrenalina. Prędkość Spokój.  Chciałam zarazić narciarstwem dzieciaki. Pasja jest ważną częścią życia, choć lepiej jest z żyć z pasją, ale do tego też jest pasja potrzebna, więc bez pasji nie ma nic.
.
Dzieciaki oszalały na punkcie zjazdów. Nie miały dość. Chciały więcej, dłużej. Złapały bakcyla. A my szaleliśmy z nimi. Jeszcze, jeszcze, jeszcze.
- Ale dlaczego mamy iść ze stoku?
- A kiedy wjedziemy na trudniejszą trasę?
Nie były zmęczone. Były nakręcone tak cudownie nakręcone, że nie wierzyliśmy w ten cud. Nic tak nie scala jak wspólna fascynacja i wspólna przestrzeń zapełniona podobnymi emocjami.

Wieczorami cieszyłam się lampką wina przy kominku i książką. Brakowało mi tylko dotyku, takiego ludzkiego normalnego przytulenia. Poczucia:  fajnie, ze jesteś. Ale podobno nie można mieć wszystkiego. Nie, już tego nie chcę. Będę już stalą. Żelazem. Znowu kaktusem, który ucieka przed  rękoma. Nie obejmujcie mnie, nie chcę.
Nie, nie mogę jednak bez tego żyć Skoro wstałam to powalczę. Powalczę u męża o ciepło. Bo pieszczoch ze mnie jest i taki misioprzytulak.

 - Przytul mnie, proszę...
- Co ty wymyślasz?

Żart nie żart, ale były to słowa nie potrzebne. Potrzebny był tylko jeden gest. Zabrakło go. Zakwitłam igłami. W jednym momencie. Tak szybko.Kaktus.
Przecież tylko wymyślam. Nie będę już wymyślać. Poszłam wtulić się w dzieci.
- Kochamy cię mamo.
- Ja was też.
Ale to mało, mało, za mało.
Mogę krzyczeć, mówić. Wszystko jednak wydaje się śmieszne. Taki właśnie śmiech zabija.Jak i brak ciepła i wzajemnej troki o uczucia. O ile są one. Bo jeśli ich nie ma?
Pejcz ze słów

Jestem twarda. Nie poddam się. I nie będe liczyć blizn.

- Wiesz, spełniłeś moje marzenie. Kominek w górach. Takie prozaiczne marzenie.  Prawie wszystkie kobiet o tym marzą hahaha. Tylko szkoda, ze tak śniegu mało. Przyjemnie jest wrócić, gdy jeszcze takie ciepło tli się, a człowiek strzepuje z siebie chmurę śniegu tupiąc przeziębniętymi nogami. Rozgrzewać się przy tańcu płomieni. Milej byłoby jeszcze zatańczyć, zatracić się. Kochanie, co ty na to?

Kochanie poszło grać na telu. Z uwieszonym u boku synem. I córką. Samotne chwile nie są złe, ale nie w takich momentach, kiedy żar powinien być nie tylko w kominku.
Widocznie nie warto mnie kochać. Nikt i nic.

Zaczytałam się w Plath. Sylwia ujęła mnie. Cholernie. Jak ja ją rozumiem. Tylko tak pisać nie potrafię. Czy ja potrafię coś?

Kominek. Kto nie marzył o nim? Ma w sobie moc, magię, niezwykle intymne ciepło. Siedziałam wpatrzona w ogień, który lizał i buszował po drwach. Mogłabym być takim polanem, które rozgrzewa żar. Zatopiłam się w marzeniach, znowu zatonęłam w pragnieniach.
Wprawdzie jaszczurki uczą, że można żyć na pustyni, ale ciężko tak. Nie na tym życie polega, nie na tym. A na czym?

Babcia mówiła, że kiedy spotykamy odpowiedniego człowieka to on staje się naszym światem. Chyba oceanem. Co pochłania wszystko zabierając oddech, zamiast utulić falami, na których można spokojnie płynąć.

Wróciliśmy do domu. Rano wstałam Znowu stagnacja. O nie, tak nie może być. Odpaliłam laptopa w poszukiwaniu pracy. Jakiejkolwiek. Dość miałam siedzenia w domu. Nie wiem czy coś umiem. Najwyżej pójdę na taśmę, podejmę się czegokolwiek, byle byłoby. Co tam studia. Były, minęły. Ważna jest praca i niezależność finansowa.
Zadzwonił telefon. Odebrałam. Otrzymałam propozycję pracy. Szok.
- Pewnie, ze chcę. Już idę do was.
Poleciałam. Załatwiłam papierologię z niesamowita energią. Wzmocniła się wiara we mnie. Tak, teraz będzie inaczej. Musi być inaczej. Musi być inaczej. Musi być dobrze. Arte, czas rozkładać skrzydła.

 - Mooniek, idę do pracy, mówiłam ci, że będzie dobrze, będzie dobrze...




Pół roku minęło od złych chwil w mym życiu, kiedy w chwilach słabości pozwoliłam na odinstalowanie wszystkiego co dobre i radosne.
Praca dała mi pewność siebie, że jednak nadaję się do czegoś. Przeżyłam prostowanie zszywek z nudów (  - Bo ty,, Arte, za szybko pracujesz! ) i było zapieprzanie do zmęczenia tak wielkiego, że gdy wracałam do domu to zasypiałam z twarzą w talerzu.
Odnalazłam się i w pracy i wśród ludzi.
 - Nie wyobrażam sobie działu bez pani...
-  My cię Arte nie puścimy, hahahaha
Nic tak mnie nie ucieszyło jak słowa współpracowników, Sprawdziłam się w nowej dziedzinie. Biurokracja wypala mi psychikę, ale dusza raduje się. Przedłużają mi umowę. Idę na podyplomówki. Nie będę stać w miejscu i rozczulać się nad sobą. Było minęło. Wszystko mija. Chce rozwijać się. Nie pustym gadaniem, ale czynem.
Można?
Można, jeśli tylko ziarno trafi na dobra glebę. Trafiło. Życzliwość ludzka i zrozumienie to najlepszy nawóz. O ile nie jest się głuchym.
Trafiłam na dłonie, które wyciągnęły mnie poklepały, otuliły. Przyjacielskie dłonie, przed którymi przestałam bronić się.
Wzrastam. To niesamowite. Kolce odpadły. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Wszystko zaczęło grać i to najpiękniejsze melodie. Fruwam. Jak ptak. Ptaka sobie wytatuuję i kotwicę, bo odnalazłam port z przecudowną ziemią.
Siebie, hahahaha.
Karola mówi: fotografuj, masz oko. Nawet jeśli kłamie to i tak cieszę się okrutnie.
I marzę o kolejnej wspólnej sesji fotograficznej. I cieszę się z wieczornych rozmów.
Sharmen  karmi mnie dobrym słowem, wiarą i niesamowitym ciepłem. Motywuje do życia swoją niezniszczalną energią i wyjątkową osobowością.
Mężuś zmienił nastawienie. Dotarło w końcu co mówię i  co proszę. Znowu jest moim kochanym i czułym facetem.
 I Ania, i Majka, które  bardzo cenię,  czasami klepną mnie po ramieniu czy tam tyłku:
 - Pisz, kobieto!
Więc piszę. Bo życie bez pasji jest jałową pustynią, w  której szuka się Bóg wie czego zamiast cieszyć się z tego co jest.
I jest Wiechu, który kopie mnie po tyłku, a ja jego. Zajebista przyjaźń bez barier i kłamstw.
I Sis spod gór też jest.

Dotarły do mnie ich słowa. Znowu otworzyłam się na świat. Wykopałam deski, które były moją klatką. Ludzie są inspiracją. Życiem. Dla każdego musi być miejsce i czas.
Zaczęłam bywać. Zaczęłam spotykać się z znajomymi.

Mam szczęście i to jest piękne. Niesamowite. Czuję się, jakbym odkryła nową planetę i wiedzę, że  nic mnienie zabije. Nieśmiertelność jest moim przeznaczeniem.

Po ukończonych studiach, odetchnę i kupię yamahę. I będę dalej spełniać swoje marzenia, bo wierzę. że będzie tak. Bo wiem, że tak można. Bo wiem, że tak trzeba, by żyć. By żyć trzeba marzyć. Już nie dam się nikomu złamać. A sobie najbardziej.

Doczekałam się czułości, ciepła, troski. Życzliwy gest znaczy tak wiele, że wszystko można oddać za niego. Oddaję więc duszę. I wszystko co mam, bo bez tego i tak nic nie jest warte.

Będę o walczyć o siebie. By było tak rewelacyjnie. Przeszłość jest nauką, z której warto wyciągać wnioski, ale najważniejsze jest to, co jest przed człowiekiem,. Najważniejsze jest to, co można jeszcze zrobić, by uczynić świat przepięknym miejscem dla innych i dla siebie.

Wzajemna troska i sympatia scalają. Nieufność zabija. Wolę karmić pozytywnego wilka.

Właściwe wszystko już mam i będę się troszczyć, by nie znikło, a wzrastało. Otacza mnie oaza spokoju. Życie jest cudem. Jest pięknem. Jest czymś tak pociągającym, że mam ciarki na skórze. I mało śpię, bo szkoda mi czasu na sen, kiedy można doświadczać tyle cudownych chwil i słów.
Podniosłam się. Znowu uwierzyłam w siebie.Odzyskałam wzrok i słuch. I wiarę. W siebie i w ludzi.
Kto potrafi kochać kochać będzie i będzie kochany. Bez miłości dusze gorzknieją widząc tylko zło. A tak nie jest. Znowu pachnę dziecięcą naiwnością.




















6 komentarzy:

  1. Też nie mogę się doczekać kolejnej sesji :)

    I masz oko!
    I to wszystko prawda
    Cieszę się się że zombi które mnie straszyło odeszło
    jak zły sen

    Przebudzenie..

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam Cię za słowo "Będę walczyć". Walcz!

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Wracam do siebie, wracam :D i mam nadzieję rozśmieszać :D

      tak jak Ty to robisz fraszkami :D

      pozdrawiam

      Usuń