niedziela, 19 czerwca 2016

Nos









Przy obiedzie Tomasz zaczął jęczeć:
- Arte, bo ty nie masz instynktu samozachowawczego.
Stałam nad nim przykładając lód do nosa. Cholernie bolało, ale nie wyglądał na złamany.
- Czego nie mam ? - zapytałam się zdziwiona.
- Instynktu samozachowawczego. Robisz głupie rzeczy uszkadzając siebie. Przecież wiadomo było, ze przyłbica poleci i nie przytrzymałaś jej. A już nie mówię o tej spróchniałej ambonie. Po co na nią wlazłaś i to jeszcze z dzieckiem!



Popatrzyłam na niego dziwnym wzrokiem mówiącym, ale mi się chłopie starzejesz, no ja pierdziu ...
- Wiem, marudzę.- rzekł ciszej, jakby odczytał to w moich oczach.
- Strasznie. Daj żyć, kiedy umieram.
- Tato, ale to jest cała mama- syn zachichotał mieszając w talerzu.
- Synu.... - jęknęłam. Na więcej nie było mnie stać. Naprawdę bolało mnie.
- Tak, cała mama. Mamie daj długopis i ołówek. Długopis wsadzi do nosa, a ołówkiem wybije sobie oko.
Zachichotali oboje. No naprawdę śmieszne.
- Arte, łajzo, a ty chcesz motor, chyba od razu miejsce na cmentarzu ci wykupię.
- Nie musisz. Mam wykupione koło tatusia i możesz mnie tam pacnąć w urnie....

Wyszłam z kuchni i poszłam  położyć się na łóżku. W dalszym ciągu przyciskałam lód do twarzy. Na nosie pojawiły się już małe siniaki. Oto chwilowa pamiątka po zabawie w wikinga.

Dzień wcześniej byliśmy na rajdzie turystycznym, a jedną z atrakcji był namiot z białą bronią. Dzieciaki nie chciały wziąć broni do ręki, ani przymierzyć żadnego hełmu. Natomiast ja, czyli matka owych dzieciaków, postanowiłam pokazać im odwagę i zabawę  i porwałam się na hełm oraz toporek  po czym ochoczo i z wielką siłą bojową przystąpiłam do tłuczenia w tarczę trzymaną przez ochotnika. Koleś bardzo dzielnie stawiał opór moim cięciom. W przerwie pokazał mi i gapiom jak należy toporkiem  odchylić tarczę i walnąć w pierś przeciwnika, co też od razu uczyniłam. Jednak w trakcie tej całej zabawy  nie wiele widziałam i podniosłam przyłbicę. Ta jednak, w ferworze walki, spadła w dół waląc mnie całą mocą swojego żelastwa w nos. Po trzecim takim uderzeniu poddałam się jęcząc jakby mi kto miecz w pierś wsadził.  Za to publika miała ubaw nieziemski. Włącznie z moją rodziną.

Zwiedziliśmy także inne namioty podziwiając sztukę garncarstwa, plecenia.  Na koniec weszłam  z córkę na ambonę myśliwską.  Gdy byłyśmy na górze, ktoś z dołu krzyknął:
- Uważajcie na podłogę, bo deski poleciały.
Zeszłyśmy,  ale syn też musiał wejść na to. No taka krew. To nic, ze coś się sypie.
- A idź, tylko uważaj na siebie.
Wlazł. Spojrzałam w górę. Fuck, podłoga ma dziurę.
- Młody! złaź, proszę.

Ja mogę się połamać, zabić czy cokolwiek, ale nie mój syn, nie on, i nie moja córka, nie ona...

Dzieciaki, o dziwo, zgłodniały, więc poszliśmy na pieczenie kiełbasek. Nieopodal  było rozpalone, duże ognisko. Lubię wpatrywać się w ogień. Te płomyki tańczące kryją w sobie tajemnice ludzkich istnień.
Pierwszy ogień, pierwszy pożar, pierwszy stos.

Dzieciaki z kiełbachami przykucnęły przy ognisku. Były zaaferowane pieczeniem.
- Już?
- Jeszcze?
Po czym wzięły dwa gryzy i były już najedzone, a my rodzice znowu za śmietnik robiliśmy.

A potem znowu były walki, tym razem na kije. Dzieci kontra matka. Czasami są piękne dni.
A ja chcę by wszystkie były takie.

Zawsze mam to co chcę mieć. I można mieć wszystko.














































Przyroda. Jest w niej tyle zachwycających rzeczy. Można tyle dojrzeć. A to oczy, a to misia. Zaskoczenie ukryte w pniach dla oczu zamyślonych bywa nie widoczne. Warto więc otworzyć patrzałki. Stanąć. Przypatrzeć się. Chłonąć. Zaprzestać biec. Szybki krok jest miarą naszej codzienności. Wciąż zabiegani mijamy ludzi i siebie. A przecież życie to ludzie. Ci najbliżsi i ci dalsi. To dla nich zawsze powinniśmy mieć czas. Czas i dla siebie. Rozpieszczajmy się własną obecnością. Rozmowy tworzą więź, a bez bliskości nic nie jest wart ten świat.












6 komentarzy: