piątek, 29 stycznia 2016

zamrożenie

Nie ma nic bardziej irytującego niż powtarzalność dnia codziennego. Rytuał. Rytuał powoduje zniewolenie. Zniewolenie obraca się w szaleństwo. Z nudów zaczynam przeliczać karaluchy, które przemierzają pokój. Paranoidalna defilada.  Czuję się jak w celi średniowiecznej. Głodno, chłodno, ciemno, chujowo. Tyle, że nie śmierdzi. Rozkładająca się dusza nie capi. Jest jak ulatniający się dwutlenek węgla. Bezzapachowy dusiciel podstępny.

By się rozśmieszyć staję na golasa przed lustrem. Karaluchy natychmiast uciekają. Myśli, jakiekolwiek, też.
Faszeruję się groteską. Dymam siebie błazenadą. Zaczyna mi być dobrze. Za dobrze. Mega dobrze. Zachłystuję się śmiechem. 
Przesycenie kończy żywot w kiblu.
Znowu nie mam sił na cokolwiek.

Zawieszenie pomiędzy pralką a kuchenką. Bezwładnym ruchem zasiadam na kawałku podłogi. Tkwię zapatrzona przed siebie. Robactwo znowu robi przemarsz. 
Nerwowym ruchem poprawiam włosy. Wciskam kłaki za uszy. Wkurwiam się, gdy niesfornie wyłażą mi. Wszystko wyłazi mi, gdy wszystko powinno  być na miejscu. Na miejscu powinno być wszystko, a nie ma nic. 
Kiwam się, by nie krzyczeć. Ruchem,rzuconymi rękoma w przestrzeń, mielę w sobie przekleństwa. Czy nie mogłoby być pięć lat później? Czy nie mogłoby być dziesięć lat później? Czy nie mogłoby być dwadzieścia lat później?
Zresztą, co za różnica, przecież nic się nie zmieni, bo nie zmienia się nic. Nic się nie zmieni. Bo co ma się zmienić? Na co czekać? Aż czas da przepustkę? Uwaga: To ciało jest już gotowe do lotu! Odpalić tryb: bezdech.
Fru w tunel. W jebane światło.

Ale póki co, czas wciska mi tylko ścierkę. Czas pościerać kurze. Czas sprzątać. Czas gotować. Rozkładam się powoli pomiędzy stertą brudnych ubrań a stertą brudnych naczyń.

A potem wstaję czując złość w sobie. Tym gniewem chcę posklejać odłamki duszy. Nie! tak nie będzie. Będzie coś. Nie dam się. 
Schylam się szukając brakujących kawałków chcąc poskładać wszystko w całość.
Tylko, że pieprzonej nadziei nie mogę znaleźć. Nie widzę jej, nie widzę.
Zasypiam. W tym niepozbieraniu. W odłamkach.

Moje sny są jak trzaskające mrozy. I biegam w nich, nie tylko po to, by się rozgrzać w tym mroźnym klimacie, ale podejmuję się działań dywersyjnych. Wylewam czerwoną farbę na pojawiające się obrazy: nie ma!, nie zaliczone. Brak akceptacji. 
Krzyczę bezgłośnie. Klnę, tak brzydko klnę, potwornie masakruję słowem.

Jestem jak w potrzasku. Zniewolona rzeczywistością, osłabiana przez sny.
Lady Bry jak orzeł wzbiła się na szczyt optymizmu, mówiąc, że samobójstwo jest bez sensu, bo po nim nie można już nic zmienić, że dopóki się żyje, to ciągle jest szansa.
Na co, kurwa? - pytam się grzecznie. Nie lepiej teraz zmienić level?


Wiem, wiem, przecież wiek jest jak uniwersalny klucz: otwiera kolejne pokoje. Im się jest starszym tym widać więcej wyborów i ma sie wiecej odwagi i tym lepsze są pokoje. Można zasiąść i rozkoszować się chwilą. Nie lecieć, nie gnać. choć ciekawość życia popycha do przodu.  Nic tak nie urzeka jak piękno świata. W obliczu uciekających dni pojawia się zachłanność, niedosyt. A ile tych dni zostało? Niepewność dopinguje. Przecież tyle jeszcze jest do zdobycia, przeżycia, poznania. Każdy dzień to święto. Super jest żyć. Poczuć wiatr, zastygnąć w słońcu.zasnąć w trawie. Tak niewiele potrzeba.
Można próbować nowych dróg, nowych smaków, cieszyć się towarzystwem bliskich. Odkrywać obrazy i muzę. Chłonąć świat karmiąc swoje wszystkie komórki. Wzbijać się w otwieraniu na nowe przestrzenie. Drażnić swój układ nerwowy nowymi doznaniami. Czerpać satysfakcję z nowych odkryć i zakupów.
Można tak wiele. 
Wiele nie pamiętam. 
Nie pamiętam co można.
Można nic.
Nic nie można.
To pamiętam.

Czytam. 
Pisać przestaję.
Nie mam nic do powiedzenia.
Zajebałam swoja miłość. Wybacz mi Sylwio.

Zamarłam przy innej Sylvii:
  • Posiadanie męża i dzieci równa się przepierce mózgu – człowiek staje się czymś w rodzaju głupiego niewolnika w małym, totalitarnym państewku.
S. Plath

Najlepsze zdanie. Z wielu najlepszych zdań.
Do dupy z tym wszystkim.
Włażę do szafy.
W moje myśli.
Przestaję myśleć.
Przestaję istnieć.









;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;


Życzenie malarki


Chciałam kilka okruchów namalować

nędznej codzienności,tak zużytej i szarej,

ale przez ogień na wylot prześwietlanej,

który cały świat z rąk Stwórcy mógł wywołać.

Chciałam pokazać naszą pogardę,jak

dotyczy tego, co święte i głębokie, i szat Ducha.

Chciałam namalować drewnianą łyżką, tak

aby ludzie poczuli w tym Boga


Karin Boye

!tłum. Ryszard Mierzejewski





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 22 stycznia 2016

o love i babciach :P

- Mamo, a ty kochasz babcię A?
- Nie.
- Jak nie? - dzieciaki popatrzyły na mnie zdziwione.
- Dla mnie to jest obca osoba i nie muszę jej kochać, bo nie wszystkich kochamy i tyle. Wystarczy, że tolerujemy się, Zapamiętać sobie gady: Miłość nie jest dla wszystkich - przecież nie będę własnych dzieci okłamywać i mówić- ot tak kochajmy się wszyscy.O ble.
- Ale to jest nasza rodzina!
- Wasza, nie moja. 
- Ale tatę kochasz?
Chwile mojego  zawahania - "YYY???aaa??"  wykorzystała Młoda krzycząc do brata:
- Przecież się całują, a jak się całują to się kochają, bo jak można się całować i nie kochać? fuuuujjj.
- Ale i tak rozwód wisi w powietrzu - odparował jej brat.
Teraz to mnie zatkało. Jaki rozwód?
- Synu, jak rozwód?
- Bo się kłócicie.
- Nie, nie, nie. My się wymieniamy poglądami i inspirujemy, tylko trochę głośniej niż trzeba, bo twój ojciec jest przygłuchy.

Dzieciaki odbierają świat po swojemu. Człowiek zapomina, ze ich radary nastawione są na większą częstotliwość i większą czułość.

Babcie to są fajne instytucje jeśli są babciami. Przytuli, nakarmi, pokrzyczy, ale jest.
Monument, szlafrok, podpora. Ale jest i tak, że są takie babcie, jakby ich nie było.

Miałam jedną babcię i matkę swojego ojca,

Babcia to były wakacje na wsi: totalne szaleństwo, wielkie żarcie, rozmowy, modlitwy  i wielki krzyk. Matka nas tam wywoziła, jak psy, zostawiając bez słowa. By dzieci nie płakały, dla ich dobra.

Za to matka ojca kojarzy mi się z alienacją, ciszą, hymnem państwowym granym o północy przez Program I PR . Bo czasami dała się uprosić, wpadła popilnować nas, gdy rodzice szli na dancing. I siedziała sama w dużym pokoju. Nawet bajki nie przeczytała, a wieść rodzinna głosi, że młodszym bratem ja się opiekowałam. Potem przestali ją prosić, a my zostawaliśmy sami. Najgorzej było jak prądu zabrakło, co w tamtych czasach zdarzało się dość często. Siedzieliśmy pod stołem czekając na rodziców. Jak psy.

(Więc mam coś z suki, z samicy dingo :P :D )



A jakie z nas będą babcie?

Olaboga!!!


poniedziałek, 18 stycznia 2016

o pierd...lino

"Pierdolę to" to najwspanialsze i najukochańsze przekleństwo. Esencja życia, myśli i snów. Sól życia. To w tym cudnym i jakże krótkim wyrażeniu zwiera się cała treść. Po co wygłaszać przemowy skoro można krótko: "Pierdolę to"! "Pierdolę to"  i kropka.

W tych dwóch słowach zawarte jest wyjebanie się na wszystko, totalny marazm,  jak i  stan pełen relaksacji. Wyrażać można także obojętność jak i chęć mordu. Więcej słów nie trzeba. Naprawdę.
"Ja pierdolę" to  bogaty przekaz zawarty w prostej formie. Prostota słów bogata w emocje. Smak życia,

Przekleństwo ratuje przed szaleństwem. Ratuje przed wszystkim. Bufor bezpieczeństwa. W tych dwóch słowach zamyka się wszystko. Potem pozostaje trzaśnięcie drzwiami bądź uśmiech. Bieg bądź nogi na stół. Mord albo miłość. Albo bezruch.

Prawie cały naród "pierdoli to". Odnotowano wzrastającą tendencję do używania przekleństw przez społeczeństwo. Efekt ten spowodowany jest kierunkiem polityki partii rządzącej. Oto PiS swoimi rządami wprowadził brutalność języka, trudno jest bowiem, oglądając bądź czytając wiadomości,  nie zakląć. Ale przecież wystarczy "Ja pierdolę" ...i nic więcej nie trzeba. Naprawdę. Pomimo, ze ciśnienie podnoszone jest przez poszczególnych posłów, którzy swoimi wypowiedziami próbują poszerzyć słownictwo społeczeństwa o inne magiczne zaklęcia to jednak " ja pierdolę" jest wystarczającym przekazem pełnym bogatej treści.

Wbrew pozorom przeklinanie to cecha ludzi myślących. Czujących. Wrażliwych. Bo nie chodzi o prostackie wrzucanie "kurw" między słowami, czy też szafowanie "chujami", ale o pewien manifest. O coś głębszego. "Pierdolę to" i cięcie. Jednoaktowy teatr emocji. Można przerazić, można rozśmieszyć, Można tym zaklęciem przekazać wszystko,  co jest istotne w danej chwili. Jest to przekaz uniwersalny i ponadczasowy. Genialny.

ja
pierdolę
niemożebnie
chwalebnie
wszystko tak
pierdolę
wzdłuż i wspak
bo tak
pierdolę
ja
cały ten świat
niemożebnie
chwalebnie
wzdłuż i wspak
pierdolę
ja
                                                                      Arte


Moje "pierdolę to" pozwala na zachowanie równowagi i dystansu. Są jak cudowne trampki, niecisnące skarpetki, seksowne majtki i biustonosz pozwalający oddychać. Jak koszulka i spodnie nie uwierające w żadną tkankę tłuszczową. Jest jak tarcza chroniąca przed atakiem świata.
 Jest jak lek nasenny, jak proch uspokajający, jak szklanka wódki, jak sztach papierosa.

"Pierdolę to" więc żyję.


czwartek, 14 stycznia 2016

sen

"Ci, co śnią za dnia, wiedzą o wielu rzeczach niedostępnych dla tych, co śnią tylko nocą."
Edgar Allan Poe "Eleonora"




Znowu zasypiam. Zasypiam nieoczekiwanie gdzieś pośrodku dnia i gdzieś na początku. I na końcu też. Nieoczekiwanie wyłączam się. Uciekam. Gnam. Zastygam. We śnie gdzieś, co nagle łapie mnie na początku dnia, na środku, i na jego końcu.
Strefa ciszy i bezpieczeństwa. Systemy powyłączane.  Nikt i nic nie targa moimi komórkami. 
Chyba, że sen.

sobota, 9 stycznia 2016

przebudzenie



Każdy z nas szuka jakiejś ucieczki. Godziny wloką się jedna za drugą, trzeba je czymś zapełnić aż do śmierci. Zbyt mało jest rzeczy pięknych i wzniosłych, żeby się chciało człowiekowi pchać ten wózek. Każda rzecz po krótkim czasie brzydnie i obumiera. Budzimy się rano, wysuwamy nogę spod kołdry, stawiamy na podłodze i myślimy: kurwa, co by tu dalej?
-Charles Bukowski


I ta kurwa mnie nie opuszczała. Była wierna do czasu. Do czasu, kiedy wstałam i pomyślałam - a do kurwy z tym. Nie chcę uciekać. Wyłączyłam myślenie. Włączyłam odbiór. Poczułam. Nie tyko to, jak wali olejem rzepakowym w moim mieście.

Są rzeczy, które nie brzydną. Są rzeczy, które nie obumierają. Są rzeczy, które mówią wstawaj. Są rzeczy, które trzymają człowieka w pionie. Są rzeczy dla których warto żyć. Są rzeczy, dla których warto walczyć o siebie. Są rzeczy, które warto wciąż pchać, choćby ostatkiem sił, bo gdzieś pod drodze może okazać się, ze jest już z górki i można cieszyć się tylko jazdą.

wtorek, 5 stycznia 2016

biadolenie :P :D



Kiedy wymiotowałam przez balkon rzuciłam: - Patrz, tak się rzyga.

Kiedy będę umierać gdzieś tam, rzucę: - Patrz, tak się umiera.

O ile będę w stanie cokolwiek powiedzieć.

Umierałam nad ranem, kiedy kaszel opuszczał me wymęczone ciało. Mężunio zszokowany, wyraził współczucie i troskę:

- Ja pierdolę, Arte, jak tak można kaszleć? Żyjesz?

- A nie słychać?

Witaj zimo.