poniedziałek, 7 grudnia 2015

Siekierezeda





- Z czego to wino? - zadaje pytanie jegomość, patrzący jak leję z pipy wiśniowy przebój "Siekierezady".
- Panie, jak pan kupuje młotek, pyta się Pan, z czego on jest? Młotek ma napierdalać. Tak samo nasze wino - odpowiadam.
j




Bar w Cisnej. Siekierezada. Miejsce, w którym należy polegnąć. Przy ich piwie, nalewce, czymkolwiek. Zachłysnąć się klimatem i alkoholem. Opowieściami. Twarzami. Duchem lokalu.

Karmię swoją duszę słowami i opowieściami napisanymi przez Rafała Dominika, Jerzego Janickiego i Krzysztofa Potaczały.                                             (przepraszam za prywatę -dziękuję Ci, św. Mikołaju :D)











Rafał Dominik -  Przystanek Siekierezada
- wszystkie foto z książki w/w

Rafał Dominik, właściciel i barman knajpy-galerii „Siekierezada” w Cisnej























































- Nigdzie słowo "zakapior" nie brzmi tak dumnie jak w Bieszczadach - przekonuje 71-letni Zdzisław Pękalski, artysta ludowy z Hoczwi. - To ktoś, kto szuka wolności. To wytwór kulturowy, ewenement. Magia tego terenu wyzwala taki, a nie inny sposób zachowania. Zakapior ma swój etos, honor, kodeks postępowania. Podzieli się tym, co ma - choć ma niewiele. Często przy tym to artyści, którzy tworzą bieszczadzką sztukę. A że nieraz do tego dochodzi alkohol w nadmiarze? Ja to rozgrzeszam. Niektórzy potrzebują takiej podniety twórczej.

- Ciągle słyszę o tym zakapiorskim honorze, ale na czym on konkretnie polega? - naciskam.

- No choćby taki Jasiek z Łupkowa - Pękalski jest trochę zniecierpliwiony, że musi tłumaczyć mnie, miastowej, co to znaczy honor. - Założył się o litr spirytusu, że sobie własnoręcznie odrąbie lewą dłoń siekierą.

- I odrąbał? - Odrąbał. I jeszcze poszedł na trzy lata do więzienia za samookaleczenie. Ale jak wrócił, kumple honorowo postawili mu butelkę.


źródło . http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,12236667,Uwaga__zakapior__Menel_czy_twardziel_.html


























Mogłabym powiedzieć, że od zawsze marzyłam o ucieczce. Gdziekolwiek. A może właśnie tam. Intuicyjnie czułam, ze  zniknąwszy w bieszczadzkiej przyrodzie znajdę ciszę i spokój. Zapomnienie. Może coś jednak znajdę. Siebie?
Prawdziwego człowieka?

Będę siedzieć nad brzegiem strumyka i strugać Jezusićki, przy tym sącząc winko. Prosto z kartona. A może od święta przytargam, zapewne wyszczerbioną, lampkę. Jedyną, jaka mi zostanie. I tak dłubiąc kozikiem w drewnie, winem w duszy, będę wsłuchiwać się w przyrodę tudzież  w opowieści, tych co spotkam po drodze. I tych co przysiądą na chwilę.


Na prawie samym końcu Wetliny, jak jedzie się w kierunku Ustrzyk, jest bar. Tenże bar, mleczny bar, jest wciąż oblegany, bo i jedzenie smakuje jak domowe. Kiedy padają słowa rzucane przez obsługującą:
- Nie ma już ruskich!
przez ludzi przechodzi cichy szmer niezadowolenia. 

Tego dnia, lipcowego popołudnia, wciąż z nieba lał się niemiłosierny skwar, więc ludzie chłodzili się zimnym piwem. Jak chłodzili się zimnym piwem tak i miny mieli rozweselone , a i chęć zaczepki drugiego człowieka była silniejsza. 
Do niej i niego, przysiadł się dziad. Pozwolili, bo był to dziad nie byle jaki, ale zakapior bieszczadzki. Twarz była zakryta podartym kapeluszem i zaniedbaną brodą. Trapery, bojówki i płaszcz z metką, "sdiełano w PRL-u" zdobiły resztę ciała. Palce u jednej ręki były już tylko kikutami.
Zamówili piwo i zaczęli rozmowę.
- Pewnie palce straciłeś w lesie człowieku, co? - zapytali się zapewne oczekując barwnej powieści o bójce i latającej siekierze podlewanej litrami wódy.
- A gdzie tam. Jak w fabryce pracowałem tak mi pizdnęło. Tyle lat tam przepracowałem, a jak doszło do wypadku, to kurwa chuj. To odszedłem. Uciekłem tutaj. Pasę kozy i jest mi dobrze.
- Kozy? zajmujesz się wypasem kóz? - rozczarowanie w głosie było nie do ukrycia. Choć przecież taki polski western też bywa dobrą opowieścią.
- Żyję życiem najemnika, gdzie robota tam idę. Co mi zostało. Ale teraz dobrze mi się żyje, nie zamieniłby tego na nic innego. Tylko punktualny muszę być. I nic więcej. Tylko punktualny.

Rozmowa potoczyła się chyba po niech ich myśli, bo przestali się zajmować przybyłym, a i on w tej ciszy co zapadła poszedł zmienić stolik. Chyba po pracy ze zwierzętami ma się jednak ochotę na gimnastykę języka. A może to urok piwa?

Dwa stoliki dalej zauważyłam właściciela galerii. Był ze swoim synem. Jego syn polubił nas, więc zamachał ręką, po czym przybiegł do stolika. Dzieciaki poszły pobiegać za kotem, przepraszam, za tygrysem bieszczadzkim, a my zajęliśmy się kontemplowaniem ciszy.

Chciałam porozmawiać z właścicielem galerii skąd u niego towar, kim są ci ludzie, artyści, jak żyją, chciałam znaleźć własne historie, ale .....
- W końcu możemy być razem .....-rzekł Mooniek, więc przysiadłam na dupie.

Wrócę. Do Wetliny wrócę. I do galerii wpadnę i do baru pisanego nocą. Znajdę własne historie.


Jedną mam.


Arte spotkała Chrystusa bieszczadzkiego


Dzieciakom wystarczył jeden rzut oka na przyniesione talerze z pizzą, by stwierdziły jednomyślnie
-  To jest niedobre....fuj.... - po czym pognały nad Wetlinkę olewając pizzę..
Może i uczyniły  słusznie znikając nam z oczu, bo zabi c to mało, a tak zostaliśmy poirytowani ich zachowaniem.Utkwiliśmy przy stole. Jak zwykle. Ręce samy opadły, a żołądki zajęczały " o!nieeee".
- Dieta stary? Jaka dieta?! No chyba jak opylę dzieci...
- Wystarczy nie zamawiać...
- A kto zamawiał?



 Jedliśmy przeżuwając leniwie, niczym krowy na pastwisku. Z takim też i tępym wzrokiem wbitym w dal, czy gdzie on tam padał,  żuliśmy strawę trwając w tym bezmyślnym stanie. Nagle w ten klimat zawiechy wbiła się wesoło pomalowana nyska. Auto wzbijając tumany kurzu pognało nad rzeczkę. Spojrzeliśmy na siebie i, niczym to bydło w trawie stojące, dalej bezmyślnie przeżuwaliśmy pizzę, Ryk motoru był za słaby na przebudzenie. Do czasu ...Opylę dzieci?!
- Cholera, ten grat pojechał nad rzeczkę, a tam są nasze klony! - obudzona matka w ospałym mym ego wyrwała przed siebie. Poleciałam uskrzydlając się zaciągnięciami papierosa. Szybki bieg, szybkie sztachy. Jakby się nie biegło przez życie, siebie nie wolno tracić.
- Jesteście!!!  Ufff....Cześć łobuzy. Nie pokazujecie się, ładnie to tak?
- Ale mamo, my budujemy, popatrz!
Dzieciaki budowały most z kamieni, by przejść na drugą stronę. Były przemoczone, ale takie szczęśliwe i dumne z siebie. Patrzyłam jak się uwijają, jak robią sobie kawały rzucając kamienie, by ochlapać się nawzajem, jak w tym wszystkim współpracują, by most miał jakiś wygląd.
Odwróciłam się. W nysce siedzieli jacyś dziwni kolesie obserwując zabawę moich kodów genetycznych.
Jeden z nich wyskoczył z auta. Długowłosy, zarośnięty, w kapeluszu, w kolorowym swetrze, w dżinsach, za to bez butów co robiło wrażenie. Jak można o tej porze roku nie ugotować się w takim wdzianku? I łazić na boso?

Ręką poprawił swoją kudłowatość, włożył kapelusz z powrotem na głowę i wyciągnął dłoń, którą uścisnęłam na przywitanie.
- Cześć. Napijesz się?
- Cześć Nie, dzięki. - pewnie kiedyś bym nie odmówiła, ale dzisiaj już potrafię stać na granicy.
- To ja się napiję.
- A pij. Na zdrowie.



 - Co tu robisz? - zapytał się, gdy wrócił z plastikowym kubkiem.
-  A żyję. Jak widzisz, żyję.
Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał o bijatykach, wolności, i policji, która wiecznie go kopała.
- Bo ten świat wciąż jest zły. Zły jest ten świat. Nie zmieni go nic. Ale ja mogłem swoje życie zmienić.
- A nie czujesz się jak Jezus? - zażartowałam.
Pociągnął za brodę, poprawił ją, uśmiechnął się.
- Nie.
- To dobrze, bo jak jemu nie wyszło to szkoda twoich sił. - no cóż, czasami hodowany latami cynizm przebijał się.
- Nie wyjdzie nikomu. Za dużo zła. A ja teraz nie mam nic i jestem szczęśliwy.
- Poważnie? Jesteś szczęśliwy czy zgrywasz się?
- Poważnie, tylko te skurwysyny w mundurach nie pozwalają żyć. Ostatnio za to, że spałem pod mostem zatrzymali mnie. Bili, ale ja ich nie ruszyłem. Zabiłbym ich. Popatrz na tą rękę. No zabiłbym. Zło, za dużo zła jest w ludziach.
- Lepiej tańczyć na bukowinach? - zaśmiałam się.
- Hahaha, żebyś wiedziała. Jestem wolnym człowiekiem.
-  I długo tak żyjesz tutaj?
- Z pięć lat będzie. Opuściłem cywilizację. Miałem dość. Wiesz, przychodzi taki dzień w życiu, kiedy mówisz teraz albo nigdy. Arte, to co napijesz się?
- Nie, dzięki. Zresztą już będę zbierać dzieciaki, małżonek idzie. Dzięki stary, powodzenia.
- Do zobaczenia, trzymaj się. - odwrócił się- wszyscy tu wracają, jak kochają wracają, bez połonin żyć się nie da. Tu jest ta wolność, Arte, tu.

























I siedziało takich dwóch. Na schodach siedziało  i sztachali się jednym papierosem. I patrzyli.
- Patrz jaka fajna dziewczyna. - i  śmieją się.  Do mnie?
- Która? - zapytałam się, bo ciekawa byłam jak fajne dziewczyny wyglądają.
- No ty. Nie widziałaś?
- Nie, widziałam.  Za to widzę orłów dwóch.
- Hahahaha...

Oni dalej pili, a ja poszłam sobie. No co będę bez piwa przy nich tkwić :D :P

Cisna- schody na pomnik :)







Bieszczady w obiektywie:

http://arte1973.blogspot.com/2015/08/maa-rawka-wlk-rawka-krzemieniec.html

http://arte1973.blogspot.com/2015/07/ustrzyki-tarnica-woosate.html





foto: Arte, Mooniek.


2 komentarze:

  1. Ciekawe miejsce, fajny wystrój tego baru ;]
    No i rozmowy, dialogi - takie tylko u Ciebie :D :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bar naprawdę powala, wchodzisz i nie wiem gdzie oczy zaczepić, i wiersze można przeczytać i w ogóle :) klimatycznie i te świeczniki na drewnianych stołach i ludzie i bar i ....obym zaległa tam w 2016 roku :)


      dziękuję za dobre słowo :DDD

      Usuń