sobota, 29 sierpnia 2015

drzewa.....

Pojechałam przed siebie. Słońce lekko przygrzewało. Wpadający  przez otwarte okno wiatr mierzwił mi włosy przynosząc świeżość o którą trudno było w tym rozgrzanym powietrzu.
Mijałam pola zmęczone suszą. Mijałam lasy, z których wiatr porywał suche liście. Tańczyły  przed maską auta niosąc na swych skrzydłach jesień, a miedzy nimi pląsały promienie słoneczne jakby tuląc je w swych ramionach. Oto ostatni pocałunek przed upadkiem.
Muza i radość rozpierały moje ja. Poczucie wolności unosiło mnie ponad wszystko. Przecież jeśli zechcę to nie zatrzyma mnie nikt. Nic nie zatrzyma mnie. Jeśli tylko zechcę ...tylko te krzyże mijane po drodze kazały zdejmować nogę z gazu. Nie liczyłam ich, ale było ich dużo, za dużo. Może kiedyś też tak skończę. Będę żelaznym wspomnieniem pośród zbóż. Niemą pamięcią o śmierci. Tu, tu, tu, tu można zginąć, bo przecież odejść można wszędzie. Nie ma dobrych miejsc na umieranie. Może jedynie ramiona ukochanej osoby, może ...Ale nie chciałabym ich naznaczać odciskiem smutku, zostawiać na rękach śmierć. Dłoń, ostatnie tchnienie życia, pierwsze tchnienie śmierci zmieszane z odciskami łyżki wpadającej do talerza z rosołem. Złączenie życia i śmierci w akcie konsumpcji na stole kuchennym czy też w barze mlecznym.
Ale dlaczego  nie być skoro można być? Po co być skoro można nie być?
Liście tańczyły, wiatr chłodził, słońce ogrzewało, a głośniki charczały....

piątek, 28 sierpnia 2015

w poszukiwaniu zgubionych dni ...

Rano wpadł syn do łóżka, mojego łóżka:
- Mamo, przeczytałem prawie cała książkę.
Oto bóstwo poranka - żywotne, gadatliwe , pełne energii. I całusne. Też cię kocham.
 - Super  - jęknąwszy spojrzałam na zegarek. Wpół do ósmej to nie pora na moje wstawanie. - Synu, daj spać, bądź człowiek ...
Znowu dostałam calusa i pobiegł. Jak stado koni normalnie. Tup, tup, tup...sen zatrzymałam mocno, tak mocno, by nie popękał jak lustro...  zasnęłam.
Do łózka wpadla Młoda:
- Mamo co dzisiaj mamy?
- Srodę,.
Zamyśliłam się.
-Środę? - hm....srodę? zastygłam -  Środę? Nie, dzisiaj jest czwartek.

Czwartek? A nie środa? I zamarłam. Co dzisiaj mamy?! Nie wiem...Sięgnęłam po telefon i nie wierzę, nie wierzę...

wtorek, 25 sierpnia 2015

za duzo mleka w kawie

Pomyśłałam o sporcie, że czas zacząc znowu biegać. I zjadłam kromkę. I pomyslałam, ze brzuszki też czas zacząć robić. I zjadłam kromkę. Nie, no ja o sporcie myśleć nie mogę. To mnie gubi.
Popatrzyłam na rowerek, tak kątem oka, z kuchni rzuciłam tym okiem na przedpokój, gdzie ten sprzęt stoi i co? I zelki przyczepiły mi sie do ręki. Kumpel powiedziałby, że pewnie buduję masę na rzeżbę z mięśni. Ale po takim jedzeniu owszem rzeżba jest, tyle, że z innego materiału. I tak o to wysrałam sie na sport.

Chwyciłam się za ksiązkę, a nogi same zaczęły mi chodzić. Dziwne to uczucie, kiedy czlowiekowi nie chce się nic, a jednak energia go nosi. Nadmiar emocji zamienia się w energię. Bieg na wyrzucenie, pedałowanie na spocenie, brzuszki na przemęczenie - tak, by paść nie myśląc już o niczym. Emocje... ale ja nie mam emocji. Ja mam tylko wiecznego wkurwa. Przestałam zatem zaglądać na oferty pracy. Po co mam sie nakręcać? Przestało mnie to śmieszyć. A mówili, ze niewolnictwo zostało zniesione. 
KURWA!!!!
A nie mówiłam, że mam wkurwa. Jakbym nie mogła mieć pieniędzy. Ech. 
-Każdy ma to, na co zasługuje - i mój mały wkurw zaśmiał się przy tym diabolicznie.

Diabolicznie....Diabolicznie zaczyna się rozdział 19 "Mistrza i Małgorzaty*": 

Za mna czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mna czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci ukażę taką miłość*".
(...)
O bogowie!, o bogowie moi! Czegoż brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzył sie nieustannie jakieś niepojęte ogniki? (...)
Mówiła zapewne prawdę - potrzebny był jej on, miastrz, a wcale nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniadze. Mówiła prawdę- ona go kochała*."


Przybiegłam z parasolką, a Ty powiedziałeś:
- Wyrzucić ją, zatańczmy deszczu.
I poniosło nas w rytm padających kropel, tyle, że nieoczekiwanie Woland zrobił zawieruchę:.
- Jak to tak?! nie dałem znaku, a wy bal zaczynacie?!KURWA!
- Czyżbyś był w urzędzie pracy?
- Nie zmieniaj tematu.
- Nie zmieniam, pytam sie o zródlo kurwy.
- A ja o bal!
- Bal trwa! - krzyknęłam, a ty porwałes mnie do dalszego tańca. Jednym tanecznym krokiem na deszczu zamieniliśmy sie w króla i królowa życia. Wrażenie kolosalne. Radość zapełniła nasze serca, bo ta chwila była tą chwilą i nic innego nie liczyło się. Takimi chwilami postanowiliśmy lepić nasze życie. Patchwork skomponowany ze szczęścia. Nad ranem będzie ogrzewał przemarznięte nasze ciała, które potrafią nieoczekiwanie zasnąć po akcie wzajemnego oddania się i choc są złączone to jednak poranek lubi gilgotać je zimnymi palcami. Kocyk szczęścia poprawia smak porannej kawy. 
Zagraliśmy Wolandowi na nosie, niech ma dziad jeden. 
Piekła nie boję się,ani przekraczania wszelkich bram. Jednak niesforność ma jak i wiara nieraz zawiodły mnie na manowce, na których to oto tańczyliśmy, a między nogami przechadzał się Behemot. Miauczał, po czym "ukroił sobie kawałek ananasa, posolił go, popieprzył, zjadł, a potem tak brawurowo chlupnął drugą setkę spirytusu, że wszyscy zaczęli mu bić brawo…*" Na manowcach bywa wesoło. Droga donikąd. a czy trzeba gdzieś dojść? Dlaczego? Na bezdrożach są tylko inne duchy. A bez miłości to i tak jeden wielki chuj.























    czwartek, 20 sierpnia 2015

    w kolejce ...

    .Stoję przy kasie, jako druga osoba stoję, w końcutak blisko wyjścia z tego sklepu i nagle odzywa się głos za mną :
    -Dzien dobry pani...
    Odwróciłam się, hm....jakiś sztajmes. Do mnie?nie wiem, ale odpowiedziałam:
    - Dzien dobry,
    Odpowiedziłam nie wiedząc komu,hm... może to osoba z która wspołpracowałam?, bo z róznymi ludźmi pracowałam i czasami naprawde nie wiem, kto wita się ze mną na ulicy... wiec kultura nade wszystko....Facet uśmiecha sie mówiac: 
    - To ja , ten łobuz z karuzeli...
    AAAA!!! - wyrwało mi się głośno w głowie.
     - Z panią tak miło zawsze się rozmawiało, a ja juz tam nie pracuję, do Hamburga jadę...i... -  tak gada i ciach!, przede mną stanął z tanim winem ....- Ale pani ma ładna cerę, gdybym taka  miał ....
    - To byłby pan kobietą! 
     - Hahahaha, ale pani jest sliczna, naprawdę napatrzec się nie mogę -  i cmok mnie w ramie! Fuck!!!, opadłam opierając się wzrokiem o kasjerkę: powiekami  wystukałam morsem: - : kasuj go pani, kasuj, bo pierdolnę ...Skasowała...!!!! On poszedł,  a ja walnełam śmiechem ....skubaniec wrócił, znowu cmok w ramię,: 
    - Pani naprawdę jest super!
    I poszedł......Nie wiem jak reagować w takich sytuacjach. Popatrzyłam na kasjęrkę:
    - Wczoraj Janosik, dzisiaj on...wymiekam przy takich typach....

    Jak reagować? Walić w pysk? Nie wypada, zreszta to nie mój styl. Robić zadymę? Też nie mój styl.

    Wiec cóż pozostaje mi być cipą, miękka cipą.
    Przepraszam, miłym człowiekiem.

    A Wy, co zroblibyście?

    środa, 19 sierpnia 2015

    próby pisania :)





    Każdy ma jakiś obraz w sobie. Wspomnienia są niczym elektrony. Prąd życia jest nieustanny. Zatrzymuje go tylko brama śmierci. Ale tylko na chwile.A potem dusza nas unosi. Bez niej, marna egzystencja. I brak szans na odrodzenie. 


    Pamiętam ten pokoik w hotelu małego miasteczka,w którym domy tuliły się do siebie, a przechodnie trącali się ramionami w wąskich uliczkach.
    Prowadziły do niego skrzypiące, drewniane schody z chwiejącą się poręczą. Drzwi były duże, stare toporne. Miałam wrażenie, że nie są to drzwi, a portal do innego świata. Weszliśmy. Mała izba z szarymi  ścianami była odpychająca, ale jednak miała swój urok. Było to dziwne miejsce. Po prawej stronie stała rozłożona wersalka, która wciskała się w ścianę, jakby nie chciała istnieć, zaś po lewej zamontowano malutką umywalkę. Pod oknem stał kulawy, niewielki,  drewniany stół, a przy nim, niczym strażnicy, tkwiły dwa krzesła. Zapach środków czystości mieszał się ze stęchlizną rozkładającego się czasu, który zatrzymał się tutaj. Pierwsze słowa jakie wypowiedziałam stały się poniekąd moim przeznaczeniem.
    - Tu powinna stać maszyna na której będę pisać. Widzę siebie: moje samotne ja płaczące w rytm stukających czcionek.
    - Z takimi cyckami nigdy nie będziesz samotna - mówiąc to rzucił bagaż w kąt - Patrz, a tu stoi łóżko, które musimy przetestować.  Wiesz jakie jest spragnione nowej historii? -rzucił się na wersalkę, która stęknęła - słyszysz, jaka już jest głodna. Ona cierpi, ja też cierpię.
    Mówiąc to pociągnął mnie za rękę. Wpadłam na niego. Jego ręce wplatały się w moje włosy, zaczął mnie całować. Mocno, zdecydowanie, pożądliwe. Jego żar rozpalił mnie. Poddałam się dotykowi, który uwiódł mnie w krainę rozkoszy.

    niedziela, 16 sierpnia 2015

    poranek....

    spłonęły me wargi
    w pożegnalnym pocałunku
    myśli twoich
    niewypowiedzianych
    ale
    serce które kocha
    czuje
    jak śmierć nadchodzi
    więc dziękuję ci za ten gest
    ostatni
    bo mogło go nie być
    ile to ludzi odchodzi
    nie odwróciwszy nawet głowy


    Wizja śmierci jest jak poduszka. Lubię się w nią wtulać w chwilach słabości. Właściwie większość czasu spędzam w łóżku. Czasami wyrwę się do życia, ale to chyba niepotrzebne są ruchy. Leżę i mówię do serca, by przestało bić, ale nie chce słuchać, choć czasami wyrywa się jak oszalałe. Do bólu tak. I nie chce odpocząć. Turla się we wszystkie strony, by zagłuszyć mój szept: "przestań żyć, no przestań, proszę cię ..." A ono jakby na przekór chce więcej jeszcze czuć i wciąż jest spragnione.
    Zamykam oczy. Opuszczam ciało i wędruję przed siebie. Z ciemności wskakuję w kolory. Jestem bytem bez formy. Nie istnieję choć dryfuję w dziwnej, ciepłej przestrzeni. Spokój.....

    czwartek, 13 sierpnia 2015

    Sanok - Solina: foto

    Sanok to fajne miasteczko. Ma przemiły rynek i zamek,
     gdzie mozna obejrzeć obrazy Tomasza Beksińskiego.
    Wartotam spedzieć cały dzień 
    Niestety wyjechaliśmy jak zwykle późno i tylko wpadliśmy do Skansenu.
    Czego nie mogłam przeżałować, bo chciałam spotkać się z mrokiem pana Tomasza.
    Trudno, moze następnym razem ...

    A w drodze powrotnej pojechaliśmy nad Solinę.




    Sanok :))))



     - mamo, co ma czołg? dżdżownice?

    wtorek, 11 sierpnia 2015

    skok

    - Yhy - odpowiedziałam synowi otwierając lodówkę. Jeść? Bleeee...
    - No, mamo nie mów tak ...
    - Ale jak? - wyciagnęłam wodę i trzasnęłam drzwiczkami. Przy takich temperaturach to tylko płyny wchodzą. I internet.
    - Zawsze jak mówisz "yyyyhyyy" to nigdy nie słuchasz.  Co powiedziałem?
    No i złapał mnie, mój detektyw uczuć, na odjeździe. Faktycznie nie słuchalam. Za to zdziwiłam się poczynionymi przez syna obserwacjami. Chyba rodzic musi pamiętać, że jest na celowniku dziecka. Dzieci to radary, a nie ludzka tkanka.
    - No dobra, nie słuchałam, przepraszam. Możesz powtórzyć?