środa, 1 lipca 2015

kajaki


czasami trzeba spłynąć .....



























- Młoda, a ile liści wyłowiłaś?
- 15.
- A ja 94!































Spędzieliśmy parę godzin na wodzie pokonując około osiemanstu kilometrów. Wiosłowanie to nie lada wywanie, zwłaszcza na mieliznach, które pojawiaja się nie wiadomo skąd. Wpadłam oczywiście na kamienie, przy czym syn roznbawiony, niczym starzec z loży szyderców, skomentował:
- Cała mama.
Pomimo zapowiedzi topienia kajaków ta sztuczka tym razem mi nie wyszła. Móże i dobrze, bo potem płynęliśmy rzeką, która sama w sobie bywa niebezpieczna.
Słońce, deszcz i pataków śpiew. Jakbyśmy się znależli gdzieś indziej, w innym swiecie. Bakowym wręcz. Tyle, że sprowadzało nas na ziemię gadanie dzieciaków. Przez cały czas mówiły. To niesamowite, ze tyle czasu można kłapać dziobem. 
- A kiedy jeszcze pójdziemy na kajaki?
Spodobało im się, pomimo pojawiajacej się na końcu nudy. A mi się marzą wakacje w kajaku, pod namiotem. Walka z siła przyrody. I własna słabością.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz