czwartek, 27 listopada 2014

taki weekend był :)







(z tej oto książeczki pochodzą cytaty dot formacji muzycznych)






Pewnego pięknego dnia wybyliśmy na zaprawę muzycznobrowarową. Właściwie mówiąc to ja wybyłam na piwo, a mężu z kumplem na muzę. Czekało nas parę dziwnych tworów, ale cel był jeden: Borghesia.
Ich cel, bo moim było oderwanie się od reala. Wybycie w świat szeroki. Złapanie innych atomów powietrza. 

Koncerty odbywały się we wnętrzu Starego Klasztoru, który swoimi cegłami nadawał niezły klimat, a stoliki rozmieszczone w kameralnym tonie zawierały niezwykłą aurą. 

 






INDUSTRIAL -jak przeczytałam w książeczce, którą prezentuję na górnej fotce - w początkowej, radykalnej i wybitnie kontestatorskiej fazie at 70-tych XX wieku, mimo swojej wyjątkowości i oryginalności naznaczona była całą gamą wpływów i inspiracji - spuścizną dźwiękową bruityzmu, dorobkiem kompozytorów muzyki konkretnej, dziedzictwem muzyki awangardowej elektroniki, świeżością ruchu psychodelicznego, przeróżnymi nurtami eksperymentalnego rocka i punkową prowokacyjnością. Ich następcy eksplorują wciąż nowe artystyczne ścieżki, włączając do swojej twórczości elementy rozmaitych estetyk, wciąż poszerzając twórcze horyzonty we wszelakich możliwych kierunkach pozostając jednak wierna swoim kontrkullturowym korzeniom.

No dobra, brzmi zajebiście i chyba fajnie jest otworzyć coś w sobie więcej niż tylko pęcherz. 
Ale musiałam się nałykać piany, by złapać klimat.


Zaczęło się ....




AB INTRA 

(uwaga: proszę puszczać muzykę, 
bo bez tego nie ma czajenia klimatu!!!!:D)




Mało?





Ab Intra to łaciński zwrot znaczący "od wewnątrz" . Twórca eksploruje wewnętrzne przestrzenie umysłowe i przedstawia je za pomocą dźwięków. W jego utworach nie chodzi o prezentację konkretnych znaczeń czy wyobrażeń - to raczej próba wprowadzenia świadomości w określone stany.
Jest to muzyka intymna jak i osobista, zarówno dla autora, jak i dla słuchacza. Wymaga pełnego wyciszenia i koncentracji. 

Zamiast jednak klimatu złapałam piwo. I to ono, powiodło mnie w określone stany. A nawet do wc. 





A potem była eksplozja dźwięków: Frustration, francuska postpunkowa kapela, obudziła tłum.

.



Była moc. Bas oraz głos wokalisty są nie do opisania, nie mówiąc już o perkusji i innych instrumentach, które  miażdżyły swoimi dźwiękami.


Jak przeczytałam, jest to hołd dla brutalnej prostoty Warsaw, pozbawionego melancholii smutku Joy Division, punkowej energii Wire, szczerej intensywności The Fu, bezkompromisowości Cirisis oraz buntowniczości wczesnego Kiling Joke.

Na koncercie wymiatają. I trudno było ustać w miejscu. Zwłaszcza młodemu człowiekowi, który był przede mną. Tak mu głowa  latała, że zastanawiałam się, kiedy pozbawi mnie jedynek. Na szczęście rzuciło go na lewą burtę i przycisnął jakąś tam gościówę do muru. 








Następnie na scenie zaprezentował się SEKTION B. 
Chłopaki uprawiają muzykę rytmiczną, osadzoną precyzyjnych, ścisłych strukturach i charakteryzująca się odważnym, zaciekłym i minimalistycznym brzmieniem. Ideą przyświecającą członkom formacji jest jest bezkompromisowy terroryzm kulturalny - ich utwory dotyczą przede wszystkim aktualnej socjopolitycznej rzeczywistości współczesnego świata: globalizacji, wyzysku, kryzysu kapitalizmu, znieczulicy, światowego spisku, politycznego terroryzmu, wojen o ropę, kontroli substancji psychoaktywnych i próby niszczenia indywidualizmu jednostki za wszelka cenę poprzez spychanie jej do roli niewolnika korporacji. 


A jak to brzmi? Proszę.



Albo:








Mój mózg ani dusza nie były aż tak wysublimowane i podążyły do baru po kolejne zrozumienie własnej świadomości, która zaczęła powoli dryfować w kierunku zacieszu.
W toalecie stwierdziłam, że jednak nie tylko ja szukałam innej jazdy. Ktoś próbował surfingu czy może po prostu jazdy na desce.









Ja piłam, a chłopaki zgłodnieli. Bez poczucia strat moralnych wyszliśmy na żarło trafiając do jakieś sieciówki.




- A ty jesz?
- Nie, ja jak zwykle żyję miłością i piwem - odpowiedziałam na pytanie mężusia.


Chłopaki niestety szybko wcisnęli swoje porcyjki i wpadliśmy na TROUM. Troum w języku starogermańskim oznacza "sen" i to właśnie sen, postrzegany jako centralna manifestacja nieświadomości symbolizuje cel muzyków, którzy chcą wprowadzić słuchacza w bliski marzeniu sennemu transowy stan umysłu, w przed-słowną pierwotną sferę świadomości. 
Troum wykorzystuje muzykę jako bezpośrednią ścieżkę do Tego co Niewiadome, wskazując na archaiczną esencję najgłębszych pokladów ludzkiej psyche. Kompozycje projektu są zainspirowane estetyką postindriustrialną minimalistycznej elektroniki i drone.


Gdyby nie rozmowa pewnie miałabym sen jak cacy. Godzina takiego udżwiękowienia przeniosłaby mnie przez wszystkie zaświaty wszystkich doktryn religijnych.
- E chłopaki, ale fajne są tu babki, nie?
- Nie.
- Nie.
- Jak nie?
Jacyś dziwni albo zakochani.
- E chłopaki, ale tu są fajni faceci, nie?
- Nie.
- Nie.
- Jak nie?
Też jacyś dziwni, no nie?
To sobie pogadałam. Tak więc oni ćwiczyli język, a ja oko.

Tłukli o muzie.
Na Castle Party jak zwykle nie ma co jechać. Sama nuda.
- A co będzie, wiadomo?
- Tja, to samo co było. Albo jakieś dziwactwa typu Ab Intra. Co to kurwa jest?
- To co leciało, kiedy weszliśmy.
- Hahahaha, bosko.
Walnęłam śmiechem. Znaleźli się znawcy.Never mind. Jest dobrze.
- Proszę o piwo.


I nastal ERIC RANDOM. Ciekawe to było, nie powiem.





Artysta w swojej twórczości budował mosty pomiędzy czasem bardzo od siebie odległymi muzycznymi stylistykami. Umiejętnie łączył estetykę industrialną z post-punkiem, dub z ezoterycznym jazzem, nową falę z funkiem, a muzykę etniczną z elektronicznym eksperymentem.



.



 Eric  Eric'kiem ,ale po nim Borghesia dała czadu.

Zespół został założony w 1982 roku w Ljublijanie przez członków alternatywnej grupy teatralnej FV-112/15. W hipnotycznych utworach  formacji wypenionych samplami z filmów i audycji radiowych mieszają się rózne gatunki i stylistyki - można w nich usłyszeć nową falę, minimal wave, electo, syhtpop, proto-techno i muzykę dyskotekową.













Stałam pod sceną jak zaklęta chłonąc muzę duszą, skórą, włosami, płytką paznokciową.











po koncercie z tym oto gitarzystą strzeliłam sobie git fotkę :)
 - sweet focia to nie była, gdyż wyszłam nie fajnie, ale za to gitarzysta miał niezłego smajla :D

a to jego nogi :)








Koncert by zajebisty. Wart kolejnego piwa dla ochłody emocji. 


A w tym czasie na scenie zamontował się ROMA AMOR.




 Ich muzyka sytuuje się gdzieś na skrzyzowaniu dróg pomiedzy melodyjnymi nasyconymi fokiem włoskimi szlagierami z lat 60-tych XX wieku z kabaretową romantycznością współczesnych francuskich bardów pokroju Jacquesa Brela. Kierując sie nostagią na atmosferę starej Europy, na której  muzycznych scenach dominował walc, tango, i muzyka kabaretowa, w swoich utworach próbują wskrzesić i przywołać te minione czasy. Pełne wyrafinowania i sentymentalności utwory formacji można określić mianem neofolku, chanson noir i neo-cabaretu. Trudne do podrobienia ciepłe i zmysłowe brzmienie zespołu opera się na użyciu tradycyjnych instrumentów (takich jak akordeon, kastaniety, czy też fortepian). i na szorstkim, ochrypłym głłosie wokalistki, w którym można usłyszeć notę pijackich wielkości włoskich i francuskich szansonistów.




Czad



Naprawdę przepiękna uczta muzyczna, tyle, że nie o pierwszej nocy. Nie po takiej ilości piw, jakiej nie pogardziłby Gieniu spod naszego sklepu.



- Mam dość- orzekłam -  chcę do łóżka.

Chłopaki stwierdzili, że  ta muza w ogóle do nich nie przemawia i skoro "bogowie" wystąpili to można zawijać się.
- Kurde, nie wypiję już bronka. Wylać?
- A nie możesz mi zawieźć do domu?
- Mogę.
I zasiadłam w fotelu auta z kubkiem piwem pomiędzy nogami. Przymknęłam oczy, tak na chwilę, a kiedy otworzyłam to byliśmy już na parkingu przed naszym blokiem. Normalnie jakby czas zamienił się w jedną minutę. 
Proszę - rzekłam wręczając mężowi browar. Na odchodne odpaliliśmy fajkę pokoju.  Wystarczył jeden sztach powietrza bym zaniepokojonym, ale jakże szeroko otwartym okiem, łypnęłam na klatkę i stojącą obok ławkę. "Hmmmm....coś tu się nie zgadza ...."
- Co to? - oburzona zwrócilam się do chłopaków -  Pojebało ich do końca? Po jaką cholerę przekopali ławkę na drugą stronę? Kretynizm nie jedno ma imię, pierdolnięta spółdzielnia! jaki to ma sens?
Chłopcy spojrzeli na mnie. Ich wzrok jakoś kazał mi zamilknąć i nie drążyć tematu.
 Mężulo łyknął trochę piwa.
- Ale wiesz, że to nie nasza klatka. Jesteśmy o numer dalej.
- Eeeee.......i teraz mi to mówisz?

Weszliśmy do domu. Po chwili, chcąc odczytać sms, stwierdziłam, że nie mam okularów.
- Ty, szkieł nie mam. Eeee.......znowu gdzieś wyrzuciłam?
- Nie, chyba nie. Ale kto cię tam wie.
- No weź, proszę, idź do auta, moze tam są? To niemożliwe, by miały być gdzie indziej....pliiiiissss.....
Poszedł. I wrócił ze zdobyczą.
- Głupi to ma jednak  szczęście, leżały na podłodze.
- Na podłodze? Pewnie spadły jak spałam..
-  Wiesz, ty to jesteś dobra: zgubiłaś okulary, pomyliłaś klatki, ale śpiąc przez całą drogę nie wylałaś ani jednej kropli piwa
- Mówiłeś przecież: dowieźć to dowiozłam, no co? - odparłam ze śmiechem. A potem świat mi zgasł.




Na drugi dzień, dla odmiany, pojechaliśmy na spektakl teatralny MAYDAY 2. Sztuka jest zabawną kontynuacją historii opowiedzianej w Mayday. Oto po 18 latach od wydarzeń z pierwszej części, John Smith nadal żyje podwójnym życiem czyniąc cuda, by jedna zona nie dowiedziała się o istnieniu tej drugiej. Tyle, że w drugiej części jego  dzieci odkryły siebie w internecie.... a kombinacje jak i splot wydarzeń doprowadza widza co rusz do ataku śmiechu.



Oczywiście obiecaliśmy sobie częściej bywać w teatrze, nawet ponownie wróciliśmy do tematu filharmonii, ale co tam - pogadać sobie można. W końcu za marzenia nie płaci się niczym, poza małym rozczarowaniem, a  jest to  niska cena za uśmiech wywołany projekcją marzeń. A może jednak coś pozytywnego wykluje się?




Na trzeci dzień była kumulacja dni: swojska bibka.



A potem nastał Dzień Niepodległości, tyle, że nie dla mnie. Poległam.

Ze śmiechu.


- Synu tylko umyj włosy.

- Ale ty mi wczoraj umyłaś.


Eeeee .....ups- super, tylko....hmmm..... jakoś nie pamiętam.



- Nie pamiętasz?

- Pamiętam, tylko ciebie kontroluję, czy ty pamiętasz.


Ups....




Na kolacji pojawił się bunt. Dzieciaki stwierdziły, że nie będą jeść zapiekanki makaronowej.

- Otwieraj buziaka, bo szalony makaron leci. On chce roznieść wszechświat. Zjedz go, bo świat rozwali!!!!
- YYYYyyyy - zamruczała córa odmownie kręcąc głową.
- Dobra, to ja zjem to szaleństwo nawiedzonych kosmitów- odparłam i skonsumowałam rurkę. Po czym wstrząsnęło mocno moim ciałem i z krzesła spadłam na podłogę.
Dzieciaki dostały ataku śmiechu a ja poinformowałam ich, że zjadłam bombę, i trzeba resztę makaronu wkręcić zanim świat przestanie istnieć.
- On jest w waszych rękach.
- Hahahaha, ty to głupoty gadasz...
- A ty nic nie jesz!
Ponieważ moje argumenty okazały się słabą bronią odpaliłam laptopa i puszczając Beethovena (symfonię nr 9) oznajmiłam im, że nie wyjdą z kuchni póki nie zjedzą, a póki w kuchni siedzieć będą to  będą słuchać Ludwiga.
- Durna ta muzyka jest!!! - wydarła się córa.
- A właśnie, ze fajna - odparował syn.
Powstała wojna.
Bez udziału kosmitów.
Ech.....












Ciekawe czy ktoś to przeczytał w całości hahahahaha
 - łapka do góry
:P









14 komentarzy:

  1. Dałam radę ;) choć miejscami było trudno ha,ha!!
    pozdrawiam Dorcia

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba ta muzyka to jednak nie moje klimaty. Za to Mayday 2 oglądałam w Krakowie i muszę przyznać, że jedynka podobała mi się bardziej (tę widziałam w Szczecinie). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja też nie do końca :)

      Ale teatr - zawsze :)

      Gm, a w Warszawie z jaką obsadą grają, oj :) i w rez. Jandy :)

      Usuń
  3. Twój mąż ma rację, niezła jesteś. Klatki pomyliłaś, okulary zgubiłaś, ale najważniejsze w pełni dowiozłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i wyszło jak słucham się mężusia, [prawda? :)

      Usuń
  4. Musiałam i ja dowieźć jedno, by poczuć smak... piwa :)
    A tej muzyki bez Ciebie ie rozbiorę za nic :)
    Musisz służyć za translejtera, skoro piwo nie pomogło mi za chiny :)
    Chyba za stara jestem :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahaha, ale ja musiałam swoje zwoje piwem przeczyścić, by nie uciec :)
      Aczkolwiek Random i Roma Amor mają swój klimat i są dla mnie odkryciem :)

      Usuń
  5. Ja niewiele zrozumiałam z części kulturalno-edukacyjnej wpisu, ale cieszę się, że weekendzik się udał, a i miło się czyta o Arte co kropli piwa nie uroni. Taką Ciebie chyba lubię najbardziej ;).

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale się działo ;) Nie wiem czy ja bym się tam odnalazła, ale ważne, że wy daliście radę hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie było innego wyjścia (bilety były za drogie by uciec :P:D)

      Usuń
  7. Ty wiesz,że z tego wpisu wynika,że tej muzy się nie da bez browara??? ;-) No ja na bank tylko z browarem. Ale że nie rozlałaś piwa w aucie??? Szacun! Rodzicielka kubek z kawą zawsze mi rozleje i to na trzeźwo :-P
    Ściski! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się bez browara, oj nie da się :)
      Wiesz kawa to nie piwo :D
      Pozdro :)

      Usuń