czwartek, 2 października 2014

o, dziwo! :)

Pojechałam do restauracji zamówić przyjęcie komunijne na 2016 rok. Tak, na 2016 rok. Takie czasy.
Wybrałam restaurację, gdzie  10 lat temu odbywało się nasze wesele. Właściciele, o dziwo, pomimo znacznego upływu czasu, pamiętali mnie.
- Ty wiesz, ze oni w ciągu dwóch tygodni zorganizowali wesele na 150 osób i tyle gości było, pomimo, że były to wakacje. Porządna rodzina i znajomi.- zwrócił się szef do swojego znajomego.
- No wie pan, każdy był na tyle zdziwiony, ze jednak bierzemy ślub, że musieli to zobaczyć na własne oczy- zażartowałam sobie - zresztą ja i suknia hahahaha ....wydarzenie roku.
Ale tak było. Było tak, ze firma chciała mnie wysłać w delegację, która kompletnie mi nie leżała. To sobie wymyśliłam ślub.
Ha!
W ciągu miesiąca i paru dni załatwiliśmy wszystko.. Zresztą co ja będę stresować się planowaniem uroczystości.
Szybki strzał po temacie.
Nie było smutnego wyjazdu za to była niezła balanga.
- Ale nie jesteś w ciąży? - zapytania rodzinki były monotematycznie nudnawe.
- A propos ciąży to ciąży mi kieliszek w dłoni, na zdrowie!
Dwa dni zabawy. Nawet ja to pamiętam do dzisiaj. O dziwo.
Natomiast biedny T. do dzisiaj na mnie patrzy dziwnymi oczami. Chyba biedak z szoku wyjść nie może. Za to wyszły nam dwa potworne potworzaste potworki, które potwornie kocham. Pomimo, ze guzdrają się jak ich ojciec. A przy tym tempie ruchów miłość spada do -220 stopni w skali Celsjusza.
- Albo zrobię wam transfuzję krwi albo zmajstruję coś przy DNA, bo nie wytrzymam, normalnie nie jesteście moimi dziećmi, tylko ......nie wiem kogo.......chyba teściowej mojej - a jednak mówię jak opętana kobieta, bo opętane kobiety pętają słowami Bogu winne matki swoich mężów.
- Ja jestem twój, bo mam twoje poczucie humoru hahahaha- syn szybko oponował, Młoda zaś zlała tekst radosnym okrzykiem:
- Kasztaaaanyyyy,....... - i pobiegła pod drzewo prawie nurkując nosem w trawie.

Dzieci odstawiłam do instytucji. Moje mieszkanie: kawa i muza. Luz. Zerknęłam na bałagan. Nie piszczy, nie marudzi, ma się, jednym słowem, dobrze, więc nie ruszyłam go.
Wyciągnęłam nogi i wpadłam w marzenia. Tracę czas, ale co tam. Fajnie tak zwisnąć nad swoim zwojem. Rozłupywać go powoli patrząc z radością dziecka na kryjące się tam robaczki.O jakiś czerwony ...

Czas wolności minął nieubłaganie. Poleciałam po Potworki. Oczywiście kultowe pytanie musiało paść:
- Synu, jak było  w szkole?
- Rysowałem komiks.
- Aha, ale na lekcjach jak było?
- No to mówię, rysowałem komiks.......
Młoda w tym czasie była podrywana przez przedszkolnego kolegę. On wołał ją po imieniu, a ona zerkając zza ramienia uśmiechała się jak to ona potrafi.
- A czyj to rower? Młodej? - zapytał się zdziwiony Kacper, pokazując na mój rower, który prowadziłam.
-  Pewnie, że to Młodej.
- Taki duży? Jak Młoda jeździ?
- Normalnie. Ma magiczne siedzenie i jak siada to nogi jej rosną.
- TAK?
- NOOO
- To pokaż.
- E tam, Młoda pokazywała jak była mała, teraz wstydzi się.
No to pogadałam sobie z ...., jak by to powiedzieli na pewnym obszarze, z przyszłym zięciem

Ledwo dotarliśmy do domu i wybiła 15.00.- godzina męczeństwa, przepraszam, obiadu,
Dzieciaki zawisły nad rybą.
- Bo my dzisiaj śpiewaliśmy - Młoda wstała z krzesła i stanęła, po środku kuchni, na baczność - Jeszcze Polska nie zginęła...
Brat jej zawtórował i oboje gubili nie tylko melodię, ale i słowa. Lepsi byli w tym od Kaczyńskiego, choć myślałam, ze jego to nikt nie przebije. A jednak! Zdolne mam dzieci.

A Wodzu tak śpiewał ....i tego jeszcze można wysłuchać :)



- Mamo, jak ci coś pokaże, ale nie denerwuj się.
- Dobra, jak sam mi pokażesz zero nerwu.
Syn pokazał mi swój komiks. Zdębiałam bardziej niż u orzecznika ZUSowskiego.
Narysowany był samochód, a w nim dwa ludziki, które mówiły:
-  Jest McDonalds!
- Kurwa, nareszcie.
Syn chichrał się jak z najlepszego dowcipu, a ja zapowietrzona jak kaloryfer nieodkręcony w sezonie grzewczym, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przekleństwa należą do świata, dorosłych, jak wali nam się tona na łeb, a ty masz ich nie używać, rozumiesz?
- Ale tona na łeb mi spadła - i chichra się.
- Spadnie ci jak tylko wrócimy z tańców. Synku, naprawdę to nie jest fajne....
A najgorsze w tym wszystkim, ze przez swoje 8-letnie życie był zaledwie 4 razy w Mekszicie. Hm...może stąd to "nareszcie"?

Wybiła godzina 15.40. Z Młodą pojechaliśmy na rowerach na taniec, który zaczynał się o 16.00. Córa co rusz hamowała.
- Maaaaamoooo....
- Kurcze, czas kobieto, czas!pedałuj a nie mamuj!
Chwila moment....znowu: pisiiiisk...fuck! o mało co nie wylądowałam na dziecku.....
- Młoda, czy ty chcesz mi klawiaturę wymienić?
- Co?
- Jajco!
- Proszę?
- Nic, jedź...
Dotarłyśmy na czas, co nie lada było sukcesem. Młoda skoczyła na parkiet, a ja miałam czas na zakupy i pogaduszki przez telefon. Fajnie mieć z kimś porozmawiać, bo nie zawsze ma to się szczęście do ludzi.

- I jak Młoda na zajęciach?
- Tym razem lepiej. Na początku nie chciała nic robić, ale potem, widocznie z nudów, przyłączyła się i fajnie jej to wychodziło.
- To co zostawiamy ją tutaj?
- Pewnie
Zapłaciłam za semestr 350 zł i luz. Niech ćwiczy taniec nowoczesny.
- A ja muszę trenować w domu wiesz?
- Teraz już wiem. Będziesz?
- NIE!


Wróciłyśmy do domu. Córka została odesłana do babci, za to syn wrócił od mojej matki. Tylko schowałam rower Młodej, siknęłam, wyciągnęłam rower syna i pojechaliśmy na karate. Zajęcia zaczynały się o godz. 18.00
- Nowy miesiąc to wyskakuję z kasy, póki mam, hahaha
- Teraz to będzie 140 zł bo licencję trzeba przedłużyć na rok, a ona kosztuje 40 zł.
- Super.

Z 500 złoty, które wybrałam dzisiaj ze ściany płaczu, zostało mi 10 zł. Nawet na fajki zabrakło. Za to starczyło na 40 jajek w biedronce. No takie jaja.

- Mamo a opowiedzieć ci wierszyk? - radośnie zapytał się syn wychodząc z sali po treningu.
- Pewnie!
- Wlazł kotek na płotek, pierdolnął go młotek...
- DOŚĆ!!! Dość przekleństw!
Syn uchichrany próbował dokończyć, kiedy ja mu zamykałam usta.
- Czyś ty oszalał doszczętnie? Czy dzisiaj jest dzień świra?
- Miko mi opowiedział a on chodzi do III k;asy, wiesz, i jego to nauczył kuzyn...
- Wstrząsające, zapomnij o tym wierszyku. Nie chcę przekleństw, rozumiesz?
- Rozumiem, ale siostrę nauczę, co?
- Nawet nie waż się! Nie chcę słyszeć przekleństw. Koniec.

Dojechaliśmy do domu. Młoda była już wykąpana przez babcię. Starszy poszedł do łazienki, a ja w tym czasie przygotowywałam kolację.

- Młoda gdzie jesteś? - wydarł się syn.
- Tam, gdzie świeci się światło!!!
- Nie widzę, gdzie się świeci. Chodź do mnie.
Młoda weszła do łazienki.
- ........................... - co mówił syn, pomimo nastawianych radarów, nie doleciało do mnie. Jednak szeptanie zapaliło czerwoną żarówkę: uczy ją wierszyka?!
- Wszystkich kocham, bo jesteśmy rodziną -  usłyszałam głos Młodej.
Hm...miłość? Ale co do pierdolnięcia młotkiem  ma miłość? Nie, no ma ...
Córka wpadła do kuchni
- Wiesz, Starszy pytał się kogo kochasz bardziej mnie czy mamę? a ja mu powiedziałam, że wszystkich kocham tak samo, bo jesteśmy rodziną, wiesz mamo...
- Wiem. To piękne co powiedziałaś.

Uf, czyli znowu pytanka: kogo wolisz bardziej: tego czy tamtą?, co lubisz bardziej: to czy tamto?, a nie wierszyk o kotku . Ufff, uf....ufffuuuuu....

- Mamo, ale ja zadań nie mam odrobionych!
- To odrabiaj.
- A ja chcę bajkę.
- Żadnej bajki!
- Będę bratu śpiewać...
- To chodź na bajkę
- Ale ja też chcę oglądać!
- Nie, masz zadania!
- Ale ja jestem ciekawy i będę bajkę podglądał
- To nie ma bajek!
- Ale ja chcę baaaajkęęęęę........!!!!
- Synu do lekcji, Młoda masz kwadrans na bajkę i KONIEC DYSKUSJI!

- Mamo, sama wyłączyłam telewizor.
- To super. Dobranoc
- Dobranoc

- Wyłącz to światło, bo chcę spać
- Muszę się spakować, bo jutro nie będzie czasu! Co ty sobie myślisz!

- Mamo, a podręczysz mnie?
- Mamo, a poczytasz?

Sama zaczęłam szukać wyłącznika: Koniec dnia.

Nie przejechał mnie traktor ani kombajn, ale ten dzień tak mnie wyorał, że padłam prawie trupem.  A mam tylko dwójkę dzieci i nie pracuję. Za to z ciekawością obejrzałam program Lisa - dlaczego Polacy nie mają dzieci.
Przyznam, że był moment, kiedy wahaliśmy się nad trzecim potworkiem, skoro te dwa są takie wystrzałowe, ale odpuściliśmy. Mój argument "przeciw" był jeden, ale jakże konkretny : potworki są podobne do mnie, trzeci może pójść nie daj Boże w urodę teściowej ....Nie, nie, nie ...ryzyko nie jest dla mnie. Jednak była to siła innej argumentacji nie opartej na ekonomii ani prawie.

W każdym bądź razie zasiadłam, jak rzadko kiedy, przed tv, by uświadomić sobie dlaczego naród polski nie rozmnaża się i czy państwo świadome przyczyn zamierza coś z tym zrobić.
Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Program wydawał się być wyreżyserowany pod propagandę rządu, czyli kompletnie z czapy wyjęty i oderwany od życia.
Nie wiem jak w tym kraju, mając normalną pracę można utrzymać 5/6 dzieci. Za to przedstawiciel rządu dumnie mówił o karcie rodziny, która daje zniżki do teatru, kina, na basen.
Super! Nic tylko rodzić! To był mega argument za powiększaniem rodziny i bosko wspierający rodziny wielodzietne. Będziemy mieć strawę duchową zamiast chleba! Wow!
Tylko a napisałam specjalnie o kosztach zajęć dodatkowych, zastanawiam się jak mogłabym zapewnić dzieciom  dodatkowe zajęcia  mając ich gromadkę. 490 zł kosztowała mnie tylko dwójka, a pozostała trójka, czwórka? Pomijam problem dogrania harmonogramu, ale bez auta ani rusz, czyli już potrzebny jest rodzinie drugi samochód. Koszty utrzymania dwóch aut nie są niskie.
Zresztą co ja mówię: jak mogłabym zapewnić zaspokojenie elementarnych potrzeb, przy takich płacach jakie są w Polsce.  Jak pracując mogłabym zapewnić im opiekę? Bo system godzin elastycznych jest raczej w powijakach.  A co w przypadku choroby? Przecież jedno dziecko zazwyczaj zaraża drugie i powstaje ciąg chorobowego. A wiadomo jak pracodawcy podchodzą do zwolnień lekarskich.
A tak w ogóle zastawiam się, kiedy miałabym czas, by każdemu z dziecku poświęcić trochę czasu. Moja dwójka potrafi mnie zagadać, osiodłać i przegonić równo.
Każde dziecko potrzebuje rozmowy, zainteresowania, czułości i przy dwójce jest czasami trudno. Nierzadko mam ochotę sklonować się.
A szóstka????
W sumie to podziwiam takie rodziny, własnie z takiego aspektu - spędzania wspólnie wolnego czasu.
Najlepiej to wywieźć do lasu: - Biegamy!
Bo o wakacjach to raczej można zapomnieć ....

Za to panie będące w programie tryskały niesamowitym optymizmem i energią. Pracują, mają opiekunki do dzieci, jest super. Szkoda, że Lis nie zapytał się, czy także mają pomoc domową, bo jakoś nie sądzę, by to one siedziały przy garach tudzież przy pralce.
Jedno jest pewnę: jak ma się status materialny i pozycję zawodową to można rozmnażać się. Kasa pozwala na wszystko. Powstaje wtedy sztab przy armii, czyli pomoce przy dzieciach. Tylko przecież do tego nie potrzeba programu Lisa, bo każdym o tym wie. W tym samym czasie zwykły zjadacz chleba zastanawia się mieć czy nie mieć choć jednego potomka. A media i bez tego krzyczą, że polskie dzieci głodują. Przy tak niskim wzroście naturalnym państwo pozwala małym obywatelom na puste brzuszki? No jak? Ale dajmy dzieciakom karnet do kina ....
Pewna para młodych ludzi z dumą orzekła, że państwo nie jest im potrzebne do posiadania dziecka. Hm, ale gdyby tak było, nie było problemu z przyrostem naturalnym, prawda?
I wszystko byłoby może ok, gdyby nie to, ze jednak większa część społeczeństwa nie należy do ludzi zamożnych, ba! niektórzy żyją na granicy ubóstwa.
Przedstawiciel rządu rozwodził się nad dokonaniami jego partii w zakresie przedłużenia urlopu macierzyńskiego. Super. Tylko ten sam rząd wprowadził umowy śmieciowe, z których to pracodawcy chętnie korzystają.  Więc de facto kobieta w imię prawa i umów nie skorzysta z urlopu.
Suma sumarum dyskusja była jałowa i oderwana od realiów.
Realia zaś wytyczają płace, umowy, budownictwo i dostęp do darmowych placówek opiekuńczych.
Jak jest to wiadomo.
Kryteria pomocy najuboższym też są znane ze swojego absurdu.
Zasiłki rodzinne, pomoc socjalna, zasiłki dla bezrobotnych to tylko żałosna jałmużna, a nie realna pomoc.
Zresztą granica płacy minimalnej jest śmiechem na sali. 1240 zł. Szkoda,  ze posłowie tyle nie zarabiają, może wówczas wiedzieli, by coś o życiu. Ale w miarę dobrobytu wzrok jakby tracił na sile dostrzegania rzeczywistych problemów.

Pana Lisa natomiast zachęcam do rozmowy z ludźmi z  ulicy. Może wtedy zobaczy jak wygląda Polska.









-----------------------------------

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD



A tu polecam nowość wydawniczą -:)
http://www.empik.com/zlodziejka-marzen-sakowicz-anna,p1101665518,ksiazka-p

którą można będzie wygrać  u autorki na Jej blogu
http://kuradomowa.blogujaca.pl   (w piątek )

Szybciej przeczytałam Złodziejkę marzeń  (wciąż się śmieję :D) niż Margueza, choć od "Miłości w czasach zarazy" nie mogłam oderwać się :DDDD.


-------------------------------------------------------

Poranna rozmowa z mężulkiem. Bla, bla, bla.....
- Cholera!
- Co cholera?
- A bo czegoś nie mogę znaleźć...
- hahaha, jajek?
- Przestań, telefonu szukam....
- Yyyyyyy....tego przez który ze mną rozmawiasz?
- AAAAAAAAAAAhahahahaha







8 komentarzy:

  1. Dzięki, Arte. Do Uli książka już dotarła, więc do Ciebie też powinna. Zajrzyj na ostatnią ostatniutką stronę. :) :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu dostałam, chwalę się na fb :))))

    Aczkolwiek z dedykacją przesadziłaś lekko- dałabyś, dałabyś - :)))))

    W każdym bądź razie jeszcze nie zdążyłam przeczytać 3 stron a kolejka do książki mi robi:DDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Arte, podobno po drugim dziecku już nie ma różnicy czy jest ich troje, czworo czy dziesięcioro ;) Oczywiście biorąc pod uwagę samą organizację a nie wydatki.
    Weselicho na 150 osób? Nie posądzałabym Cię o to :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Chomiczku, uwierz mi, ze przy dwójce Glowa ucieka mi do tylka:P:D:D
    A weselicho bylo, nie takie jak chcialam ( mialbyc bieszczadzki drewniany kosciolek buuuu), ale co tam.....w sumie zawsze bylam przeciwniczka malzenstwa, wiec wszystko wzielo w leb:P:P:P:D:D:D
    Ale jak drugi raz będę brać slub to juz z mych marzen, hahaha:P:D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale zobacz- jak np. miałabyś trzecie, to założę się, że Młody by się nim najczęściej zajmował a jak już by miało ze 2-3 lata, to i Mółoda już zaczęłaby ogarniać masę rzeczy, więc Ty już byś była do pachnienia :D
    Ej, no ja też (jak mnie już potrzepie :P ) to bym chciła w takim małym drewnianym kościółku wziąć ślub. Już nawet wiem, którym! W Spale! ;)
    Arte, nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, swoje biodra wymęczyłam :P- czas na inne :PPP:DDDD

      No Chomisiu, wygoglowałam churcha, wow! - i oby Cie potrzepało! :)

      Drugi ślub- hm.......a kto wie, kto wie, hahahahahahhaa
      ;PPPP

      A ja to wiesz .......

      Usuń
  6. Ale Ty mi życzysz- potrzepania :D Kościółek kocham, tak jak i Spałę zresztą... :)
    A może Twoje biodra są stworzone do rodzenia? ;D

    OdpowiedzUsuń