czwartek, 31 lipca 2014

sennie


Teściu miał gorączkę, którą zbijał tabletkami i choć źle się czuł to pracował w piwnicy rąbiąc deski do pieca. No i wyrąbałby się równo. Na szczęście i w końcu oboje wysłuchali naszych próśb i wezwali lekarza, a lekarz pogotowie.
Badania wykazały, ze teściowi siadły nerki.
W końcu od 2 tygodni nie pił ze mną piwa to się doigrał.
Z drugiej strony wyśpi się bez gadania teściowej. To też dobrze.

A gadaniem teściowa mnie wykończyła. Uratowała ją, przed mym gniewem, tylko moja ospałość. Zabiłam ja więc tylko wzrokiem a nie słowem.

wtorek, 29 lipca 2014

sportowo:)



Dzień zaczynam od 6.00. Tak, szósta rano! SZÓSTA! Wchodzę na salę i wysłowić się nie mogę. Jak mogę się wysłowić skoro śpię? 
Nic dziwnego, że na ćwiczeniach, leżąc w tzw. klatce, zasypiam po prostu. Tak sobie macham nóżką, a powieki opadają same. Naprawdę odlatuję.
Też się brechtają ....
Nie pomaga wcześniejsze podłączenie uda do eletrostymulacji. Ni chu, chu ... Kopanie dla mnie to za mało.
Zero reanimacji ciała, po prostu odlatuję i tyle. 

poniedziałek, 28 lipca 2014

o dniach co minęły....

- Ale to nie jest woda cytrynowa - jęknęła Młoda.
- A jaka? - zapytałam się z leksza zirytowana. Nie dość, ze nie ma czym oddychać, to jeszcze szykuje się na dyskusję.
- LIMONKOWA!
- Aaaa ha - odparłam zrezygnowana.
Dla dziecka jest różnica, dla mnie nie ma.
Zresztą na wielu płaszczyznach nie dostrzegam różnic. Jak powiadają: takie niedowidzenie wzbogaca. Głuchota też uszczęśliwia. Wybiórcza oczywiście.
Ostatnio tracę słuch. Bardzo nie dosłyszę. Zwłaszcza słów swojej mamusi.
- A wzięłaś im wodę? A czapki? A ....
Bla, bla, bla, bla ......niezastąpiona babcia przy matce idiotce.
- Nie, jestem ułomna. Napisz mi na kartce, że mam dbać o dzieci.
Czasami sarkazm to za mało, aczkolwiek musi wystarczyć, bo inaczej mogę pobiec w poszukiwaniu siekiery. Black Angel zamieniłby się w Bloody Butcher.
Hm, chociaż mam zamiar przejść taką transformację czytając sms od Jasia, Jasia z sanatorium. Albo pękła mu  żyłka  w główce (tylko, proszę, nie pytajcie się w której), albo upał zaszkodził, bo zaczął pisać: kocham cię i straciłem dla ciebie głowę.
Po roku czasu ....
Pewnie, ze stracił głowę. Gram nią w kręgle. W te oczodoły pięknie wchodzą palce i każdy rzut kończy zbiciem pionków.


Remont skończył się, ale bałagan wciąż trwa, bo i trwa wciąż oczekiwanie na szafę. Znowu uszczęśliwiłoby mnie parę desek. Wprawdzie już nie zbitych w trumnę, ale w mebel, nie mniej jednak wciąż sen o dechach trwa.
Dusza kornika. Kornika drukarza.
Jestem szkodnikiem. Społecznym.

Nie pracuję. Wciąż nękam ZUS. Bezczelność moja nie zna granic. Bo ZUS nie chce mnie oglądać, bo nie ma moich papierów. Nie ma, bo są w sądzie. Hm, mam wrażenie, że w sądzie na drugim końcu Polski. Sąd też się nie śpieszy. Wszyscy mają czas. Ekstra.
Instytucje nie mogą się dogadać, więc od dwóch miesięcy czekam, aż mnie wezwą na komisję w celu przyznania świadczenia. Tudzież olania mnie.
Dobrze, że nie jestem samotną matką, bo nie miałabym za co żyć.
Nie mam nic, a przy trwającej obecnie rehabilitacji i ciągnących się problemach zdrowotnych trudno o zatrudnienie.
Pat.
Czy kogoś to obchodzi?
Tak, napiszę do Kaczyńskiego. Skoro chce ratować Polskę to może mnie, jednostkę, uratuje? Co to dla niego .....A propos superbohaterów to Gogol fajnie raz sobie rzekł:
  • Ludzie ograniczeni, a przy tym fanatycy, stanowią plagę ludzkości. Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.
I wciąż to prawdą jest. To niesamowite. Czasy sobie płyną, a ułomność ludzka wciąż kwitnie bez zmian.


A propos  czasu to przez remont nie odebrałam maila. Wzywano mnie na stawiennictwo do biegłego. Kolejnego biegłego. Parę dni wstecz miałam zgłosić się na badania. Ups.
Rano zadzwoniłam. Zrobiła się gorąca linia. Miałam godzinę, by znaleźć opiekę dla dzieci i wskoczyć w pociąg. Udało się.

- Ból nie jest wyznacznikiem, bo każdy ma inny próg.
- To co mam powiedzieć?

Mam dość. Mam dość tych pieprzonych rozmów.

- Pani przydałby się psychiatra......
- Nie, długotrwały pobyt w zakładzie zamkniętym.......


Przybijać głową gwoździe to wciąż za mało.

Wyjechałam.

Parę dni oderwania się od świata uświadomiło mi wiele rzeczy.

Święty spokój był mi potrzebny, fajne towarzystwo jeszcze bardziej, a najbardziej jeszcze parę dni takiego luzu, ale niestety musiałam wracać.


Syn tak się stęsknił, ze zaczął mi po imieniu mówić.
- Stary, umówmy się, jak chcesz mi mówić po imieniu to albo napiszesz swoje pierwsze opowiadanie albo skończysz studia, ok? - żartowałam..
Córę odkleić od drugiej nogi też było trudno. Normalnie dzieciaki mnie kochają, o łoł.
-Mamusiu jesteś kochana, wspaniała, śliczna, kocham cię - Młoda zalała mnie falą słów, aż łezka się zakręciła w oku.
Na drugi dzień byłam już "głupia".
Ech, te kobiece fochy ....

Hm, nie pozostaje nić innego jak częściej wyjeżdżać....

- Mamo, a ja przeczytałem tą książkę w trzy dni .Chce inne części.

Bestsellerowa seria powieści fantastycznych dla dzieci.
 Krótkie opowieści utrzymane w baśniowym klimacie.
 Liczne czarno-białe rysunki. Do samodzielnego czytania przez dzieci w wieku 8+




Poszliśmy do księgarni. Innych części nie było, ale syn wybrał sobie Kroniki.


I czyta.
W parku.
Na ławce przed domem.

- Jaki piękny widok. Dziecko czyta -sąsiadka przystanęła na moment - On tak sam?
- Nie, klejem przyczepiłam mu książkę, hahahaha. Sam, sam....dziwne dziecko, prawda?
-Mózgowiec.
-Nie wiem, ale co robić? - odparłam z uśmiechem.


- Mamo - rzekł syn wieczorem - to razem poczytamy w łóżku? Będzie fajnie.
- Ok, mistrzu.
Rodzinne wieczorki czytelnicze. Klawo.

Oczywiście inne części "Na tropie..." zamówiliśmy przez neta. Syn sam pójdzie odebrać sobie przesyłkę płacąc własną kasą. To jest dobra inwestycja.

A córka? A córka opętana jest filmami. I bieganiem. I brakiem cierpliwości:
- Kiedy będą moje urodziny? Mówiłaś, że jak będzie lato to będę mieć urodziny, a lato już jest, a ja urodzin nie mam. Kłamałaś!
- Dziecko lato trwa trzy miesiąc, 92 dni, a urodziny to jeden dzień, wyluzuj proszę.
- Bo nikt mnie nie kocha.

Ręce opadają.
Do kolan.
































środa, 23 lipca 2014

w podróży....




Nie wiem jak można wypić pól litra coli i nie chcieć puścić bąka, ale w końcu koleś wymiękł i wyszedł z przedziału.
Za oknem był sierp księżyca. Zapomniałam co to znaczy ale  dusza nie zapomniała pieśni. Kiedy patrze na glob czuje jakbym była częścią wszechświata. Słońce nie daje takiego uczucia. Słońce wciąż każe duszy kłaniać się w pól ciała. A czasami rzuca na klęczki.

Jechałam pociągiem nocnym na poszukiwanie siebie. Są pytania na które warto odpowiedzieć za życia, bowiem odradzają się one na łożu śmierci. A wówczas aż głupio umierać. Sztuka jest poszukiwanie albo całkowite zaćmienie. Tyle, ze czasami całun śmierci przywraca pamięć.
Lubie wiedzieć kim jestem. Wiem wówczas jakie buty ubrać, by nóg nie połamać.

Pociąg jechał, sen nie nadchodził, choć stukot kol wprawiał w trans. Ogarniał mnie spokój. I duma. Wyrwałam się sama z domu. Sama. To śmieszne, ale po przygwożdżeniu do domu człowiek już sobie nie ufa. Strach zastępuje krew. Zdziczenie. Wścieklizna. Ta podróż będzie jak odtrutka.
Czas wracać do ludzi.
Oswoić świat na nowo.
Kręciłam się na siedzeniu nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W końcu złapał mnie skurcz nóg i pośladków tez. Czy to ma nadawać ton memu życiu? Bezruch zamknięty w paraliżu?
Trzeba mieć odwagę i sile rozdeptać to wszystko co powoduje dyskomfort.
W oddali światła mijanych miast, które wciąż przypominają mi bajkę. Ktoś musi pracować, by ktoś musiał spać. Cieszyłam się wtedy posiadaniem kołdryktóra zamieniała się w ciepłą przystań. Ja nic nie muszę. Wciąż tak mam. Nic nie muszę.
Łózko to magiczne miejsce.
Zderzenie myśli i działań.. Energetyczne. Odkrywcze. Otulające.
Na nim  przychodzimy, czasami na nim umieramy. Portal miedzy światami. Lodka na fali uniesień.
Ekstaza w końcu tez jest podróżą w głąb siebie.
A mit o puszce Pandory wciąż jest żywy.
Jadę przed siebie.







poniedziałek, 21 lipca 2014

Parę dni.:)



Pewnego poranka Starszy, wskoczywszy na mnie, oznajmił:
- A kiedy będziesz ćwiczyć brzuszki?
- Bo co?
- Bo brzuch ci urósł.
I nie było, że boli. Robiliśmy brzuszki w różnych wydaniach.
- A teraz pompki!
- Żartujesz!
- Wiem, ze noga cię boli, ale załóż nogę na nogę, o tak - syn zaczął pokazywać na sobie- i możesz spokojnie ćwiczyć.
Zrobiłam 10 pompek i zaczęłam wąchać panele. Arcyciekawy zapach, nie powiem. A syn? Trzasnął sobie 30. Tylko zatrzepałam powiekami z wrażenia.
Następnie miały być przysiady, ale podarował mi, bo tego nie jestem w stanie zrobić oraz "jumpy", czyli skoki.
Potem trener zarządził skłony, wymachy rąk, następnie przeszedł na trening ciosów i bloków z karate.
I tu głowę mi wyrwało. Fajnie na to się patrzy, gorzej jak trzeba powtórzyć. Mieszały mi się kierunki, ręce, wszystko. Naprawdę dla dzieci to jest mega ćwiczenia- koncentracja, pamieć, opanowanie stron.
To nie jest łatwe.
- Mamo, spokojnie, popatrz- syn z cierpliwością tłumaczył - też na początku miałem z tym problemy.
Ale pomimo powtórzeń bloki blokowały się i wychodziło śmiesznie.
Córka w tym czasie zaczęła wyć swój najnowszy hit:
 - Nikt nie chce się ze mną bawić, nikt mnie nie kocha.
Po raz kolejny prosiliśmy, by się do nas przyłączyła.
- Nie, bo nie.
No cała Młoda!!!!
Kolejna seria ćwiczeń. Znowu pompki, brzuszki
- A teraz rowerek - zakomenderował syn - jedziemy powoli pod górkę ......a teraz szybko z górki.
 Padłam trupem a syn zrobił nad zwłokami odliczanie. Po japońsku. Do sześciu.
- Ile ćwiczyliśmy?
- Godzinę - wycharczałam.
- O to wiesz to była mała rozgrzewka.
- CO?!

Uciekłam do kuchni mówiąc, że obiad muszę zrobić. W końcu chcieli naleśniki.
O jak ja się ucieszyłam na widok patelni. Naprawdę.

W tym czasie doszło do walk plemiennych, więc dzieciaki rozdzieliłam każąc osobno im siedzieć w pokojach.
Wytrwali około pięciu minut i już kombinowali co by tu robić, by jednak razem być.
Niech żyją drzwi! - zamknęłam drzwi od kuchni. Muza włączona i niech dzieje się co chce. Nie mam sił.

W końcu zainteresowała mnie brak krzyku i wrzasku. Pozabijali się czy co?
Otworzyłam drzwi i idąc za głosem weszłam do dużego pokoju
I jaki widok zastałam?
Syn czytał Młodej książeczki. Między nimi było parę wybranych pozycji.
- A Starszy mi czyta - wydarła się cała szczęśliwa córa.
- Widzę. Fajnie masz, prawda?
- Mamo, bo ja lubię czytać.
- Super synu!

Jak chcą to potrafią przypominać ludzi. Jak chcą.





Wyruszyliśmy na spływ kajakowy. Dla Młodej był to pierwszy raz. Starszy z nami wcześniej pływał, nawet zaliczył małe podtopienie.
W sumie zastanawialiśmy się, czy Młoda wysiedzi i to bez marudzenia.

Spływ był na małej rzeczce wijącej się pośród lasów. Gdzieniegdzie łachy piasku zapraszały na postój. Z postoju korzystali ci co pili piwo, a lało się ono dość mocno.

Rzeczka nie była nudną wodą. Co rusz z wody wystawały korzenie bądź gałęzie, albo wielkie kamienie o które można wywrócić kajak.
I tak bywało, ku uciesze innych.
Woda była płytka, ciepła, więc zdobywanie doświadczenia w podtapianiu kajaka było nieocenione.

Nurt rzeczki był spokojny, bo i wody było niewiele. Dość często osadzaliśmy się na mieliźnie. Ponieważ Mooniek ma swoją wagę, więc to mi najczęściej przypadał zaszczyt wychodzenia z kajaka i pchanie go po wodzie. Spacer z kajakiem po wodzie. Naprawdę cudny widok.
Wchodzenie do kajaka jest sztuką, bowiem łatwo jest go wywrócić. Opanowałam tą umiejętność perfekcyjnie: rozkrok na łódką i myk tyłkiem na siedzonko. Tyle, że z buta wlatywało dużo wody, więc mieliśmy naprawdę mokro.


Ale co tam. Drzewa, fantastyczne kształty korzeni i chmur, kaczki pływające na wyciągnięcie ręki, ważki, które siadały na rękach bądź butach, czapce dawały tyle pozytywnych achów i ochów, że reszta była nie ważna.
Dzieciaki wodziły rękoma po wodzie. Potem latały po rzece. Cali szczęśliwi i mokrzy.
Czasami trzeba spłynąć. I to na maksa.

Jeden moment był nieprzyjemny. Młodzieńcy wpadli swoim kajakiem na nasz. Ręką uchroniłam głowę Młodej przed uderzeniem kadłuba. Myślałam, że połamało mi kości, ale nawet siniaka nie mam. Stalowa dłoń.

Po spływie można było piec kiełbaski, zagrać w siatkę plażową, wypić piwo. dzieciaki bawiły się na placu zabaw albo brały udział w zabawach organizowanych przez animatorkę.

Dzisiaj syn kończy osiem lat. Porwaliśmy go na pierogi z jagodami. W księgarni wybrał sobie książkę, a potem były lody. Tort będzie za tydzień. Wraz z prezentem.


Wszystkiego naj Mocarzu!


- Mieć takiego syna to....
- To sama frajda? - dokończył syn.
- Dokładnie!!!!


A córka, jak nie płacze to też wymiata.
I już, po dzisiejszym dniu, nie może doczekać się swoich urodzin.
Dla niej przygotujemy coś ekstra.
Mam plan.
Grunt to mieć plan.






czwartek, 17 lipca 2014

tyle

Są takie noce, kiedy trudno jest o sen. Są takie myśli, kiedy trudno o cokolwiek. Chyba nie chcę już siebie rozumieć. Czy to zmieni coś? Nie sadzę.

Więc pewnie, swoim utartym zwyczajem, będę iść na żywioł. W ramach zasady: co doświadczysz to twoje. Ból oczyszcza duszę.

Spotkałam się ze znajomymi na piwie. Przypomnieli mi imprezę sprzed lat.

- Arte nie pije? Nie pije, bo karmi? Hahahahaha

No hahahahaha, śmieszne, doprawdy.

Broniłam się przez trzy godziny. Potem wytłumaczono mi grzecznie, ze po trzech godzinach to piwo przestałoby krążyć w mej krwi. A jak tak dalej pójdzie to córkę będę karmić piersią do 18-tki. A że fajnie grali....

O drugiej w nocy matka dzwoniła, ze córa płacze, a ja bełkocząc mówiłam, ze zasięg tracę.
Tańczyliśmy do ostatniej nuty.

- Babo! Ty o piątej nad ranem porywałaś mnie na parkiet!
- A trzeba było mi lać?

Na dobre wyszło. Wybawiłam się za całe półtora roku, a właściwie za ponad dwa lata, a córka zaczęła przesypiać noce.

Mocne cięcia potrafią ściąć genialnie. Zresztą, może czasami nie widać, że coś usycha i przyjacielska dłoń potrafi zdziałać cuda. Grunt to idealne zgranie potrzeb i celów.


czwartek, 10 lipca 2014

Powrót syna .....

I nadeszła ta wielkopomna chwila, kiedy staliśmy na parkingu w oczekiwaniu na autobus. Słońce przygrzewało niemiłosiernie. Poszłam siąść na murek, który był w cieniu drzewa.
- Klapnij Młoda.
- Nie.
- Nie? bo co?
- A tam są mrówki?
- Pewnie.
- To nie siadam.
- Ale co ci mrówki zrobią?
- One gryza  i szczypią. Kiedy przyjedzie autobus?
- Patrz, już jedzie, tam, tam....
- Gdzie?

Złapałam Młodą i wygilgotałam. Uwielbia łaskotanie i żarty.
- A noski?
Były i noski.
W końcu autobus przyjechał. Moja matka wyrwała do przodu. Syn ledwo wysiadł, a ta się rzuciła na niego. Starszy wyrwał się i podszedł do mnie. Chciałam go przytulić, ale postawił się mówiąc:
- Nie tutaj, w domu.
No cóż ...skoro tak chce. Mężu poszedł po walizkę, a syn sięgnął do swojego plecaka. Wyciągnął zawiniątko i wręczył babci:
- Proszę babciu, to dla ciebie.
Matka rozpakowała prezent i uśmiechnęła się:
- Dziękuję wnusiu, naprawdę super prezent.
Co dostała? Mały obrazek Jana Pawła II. Padliśmy ze śmiechu. Agent jakich mało. Uroczy skurczybyczek.
W domu syn rzucił się na nas. Super jest przytulić do siebie dzieciaka. Stęskniliśmy się za nim strasznie.
- Zanim się obejrzałem już wróciłem.
- Tęskniliśmy za tobą bardzo.
- Bo wy jesteście panikarze.
Syn miał i dla nas prezent. Kartki pocztowe oraz zakładki do książek. Dla siostry fujarkę. Idealne wyczucie.
Wie, ze kartki pocztowe są u mnie zakładkami, a zakładki też się przydają, bo jednak wiele książek czeka na swoje pocztówki.
- A ta piłka jest dla nas- powiedział syn wręczając piłkę Młodej.
Dzieciaki znowu zaczęły szaleć, wygłupiać się, skakać. Radocha na maksa. A potem był wrzask i walka, bo Młoda chce mieć to, co ma brat. Życie wróciło do codziennego porządku. Krzyk, kłótnie i miłość.

Syn podszedł do babci :
- Babciu to dla ciebie. Jak podobał ci się prezent to kup sobie jeszcze coś ode mnie - i wręczył jej kopertę. Z pieniędzmi.

- Stęskniłeś się za siostrą?- zapytałam syna.
- Tak.
- To przytul mnie ..... - odparła Młoda patrząc na brata takim wzrokiem ....aż dreszcz przeszedł. Ma fajne oczy, oczy, które potrafią wiele wyrazić. Emocjonalne stworzonko. Zresztą syn też.
Nie dzwonił, bo nie chciał pokazać jak tęsknił.

- A chcecie usłyszeć przysięgę samuraja? 
- Jasne.
- Przysięga samuraja - syn zaczął mówić z pamięci - ja nędzny ogryzek, namiastka wielkiego samuraja siedzę przed Tobą wielki Szogunie, prosząc o chrzest. pragnę, aby cięgi, które spadną na me ciało sprawiły, abym stal się lepszym karateką i ćwiczył karate do końca życia.
- Wow super i co dostaliście cięgi?
- Nie, sen sei oblewał nas wodą i musieliśmy przyjąć nowe imię.
- Nowe imię?
- Noooo...ja nazwałem sie Szablozębną Kobrą.
- Hahahaahahahaha......

Potem syna wzięło na opowiadanie dowcipów. Okazało się, ze pokój dzielił z szóstoklasista, który mając telefon komórkowy czytał synowi kawały XXl, a wieczorami oglądali horrory. Przeszedł niezłe szkolenie.

- Opowiedzieć wam dowcip? 
- No, dawaj. - odpowiedziałam. Wow, to będzie nowość w repertuarze syna.
- Idzie zakonnica z kościoła do domu. Wywaliła się na ulicy i mówi:
- O Jezus Maryja
W domu ukazuje się jej Jezus i mówi:
- może ja mam ryja, ale za to ty masz krzywe nogi

Uffff takie kawały ....to niech opowiada.

- Chcecie jeszcze jeden?
- Pewnie.

I opowiedział ten;

Przychodzi Jasiu do spowiedzi.
[J]aś: Nie jadłem nie piłem lecz mam wielką winę bo całowałem dziewczynę.
[K]siądz: Całowałeś pewnie w czoło?
J: niżej...
K: Marny twój los, całowałeś pannę w nos?
J: Niżej...
K. Straszna twa rozpusta, całowałeś pannę w usta?
J Niżej...
K: Chyba tego nie przeżyję, całowałeś pannę w szyję?
J:Niżej...
K: Marny twój występek, całowałeś pannę w pępek?
J: Troszkę niżej proszę księdza.
K: Zbierzmy to wszystko w kupę- całowałeś pannę w dupę?
J: A niech będę potępiony, całowałem z drugiej strony
K: Młody niech cie gwizdnę całowałeś pannę w pizdę! Nie dostaniesz rozgrzeszenia, chuj ci w dupę do widzenia!

Zatkało nas. Śmiech schowany pod bluzki. I szok wymieszany z niedowierzaniem, który zamieszkał w szeroko otwartych oczach.

- No synu, no wiesz co? - chciałam być mocno oburzona, ale była cholernie wstrząśnięta, nie mieszana.
- Starszy, może jednak chodziło, ze całował w ją rękę, co? - rzekł mąż.
- Tato! w jaką rękę? - zdecydowanym głosem syn zaoponował - -on ją w pizdę całował!
Konsternacja nasza sięgnęła apogeum.
- Dość! - zareagowałam szybko - synu, opowiadaj co chcesz, ale nie wyrażaj się w ten sposób. 
I zamieniałam się w jeden krotki treściwy monolog.
- Nie chcę słyszeć wulgarnych slow. Rozumiesz? Nie chcę.
- No dobra ...

Zabraliśmy syna do mieszkania, by pokazać na jakim etapie jest remont przedpokoju.
- Wygląda jak piwnica.
- Dlatego przez ten czas mieszkamy i będziemy mieszkać u babci, wiesz.
- Ale ja chcę tutaj.
- My też, ale widzisz, ze to nie są warunki do życia.

Tak jakby u matki były...
Bo mieszkamy u mojej matki. Mam problem z internetem, matką, z sobą. Z ogarnięciem tego wszystkiego. Taki mały rozpierdol życiowy. Remont, noga, jakieś takie fatalne nałożenie się tych warstw, które zamieniają się w ubranko co dusi. Brak przestrzeni własnej. I planów urlopowych, jak nigdy dotąd.
Zaduszenie. Otwierając kolejne piwo myślę sobie niech to życie leci jak chce. Mam wyjebane. A taka postawa to droga do szczęścia. Myśli są jak kolce, wbijają się okrutnie. Nie myślę. Zamykam się. A matka czasami, nawet nieświadomie, próbuję mi udowadniać, ze jestem do niczego. W końcu szlag mnie trafił.
-Masz rację, beznadziejna ze mnie jest matka, weź sobie moje dzieci, weź.... przecież gdyby nie babcia to by zginęły, prawda? żoną, kurwa, tez jestem do dupy, jasne powinnam wam kurwa za wszystko dziękować, zawsze .....za wszystko .....przecież jestem nikim ....ot pierdolec.....ja pierdolę...
- Ale ...
Wyszłam trzasnąwszy drzwiami. Papieros palony w samotności najlepiej smakuje. Ona może gadać, ja siebie dołować nie będę. Dość tego. Zresztą bez wypracowanego dystansu i siły już dawno strzeliłabym sobie w łeb. A tak .....potrafię wypierdolić cały świat za okno.Życie cudem jest. cudownym, zaskakującym cudem.
A dlaczego jestem beznadziejna? Tym razem, bo siedzę przy kompie i piszę. To jest powód wylewania na mnie absurdalnych zarzutów. Więc nie pisze. Zabije i to w sobie. Dla ideałów bycia idealną.
- Lepiej siedzieć przy popierdolonych serialach, prawda mamusiu? O to jest życie. Takie zajebiste....
Prawo bliskości nie jest powodem dla wtrącania się do życia. A jednak te parę dni to horror jakiś ...Wciąż jestem punktowana. Aż do zarzygania.
- Znowu rozmawia przez telefon? - dobiegł mnie głos matki skierowanej do Moońka. Mojemu męzowi nie przeszkadza nic, mojej matce- wszystko. Przerwałam na chwile rozmowę z przyjacielem, z którym ustalałam co z Castle party.
- Masz problem jakiś? Co ciebie to obchodzi? Co?! Puknij się w głowę i pomyśl, co to za komentarz?!- i już mówiąc do kumpla- widzisz, mam być ich własnością. siedzieć i patrzeć na nich. nic mi już nie wolno. Półtora roku mojego zasiedzenia zamieniło ich mózgi w gówno jakieś. Ja pierdole i jak tu się nie napić?Wyjść nie mam jak, bo z kula nie będę popierdzielać, wiec siedzę i co i chuj, nie mogę nawet z ludźmi pogadać przez tela. ....ja jebię ....
- Arte wyluzuj ...
- Już mi przeszło ...przepraszam.
Nie nakręcam się negatywnymi emocjami. Bo i po co?
Zresztą ludzie wchodzą na nas na tyle na ile im pozwalamy. A uzależnienie, przez ta cholerną nogę, od matki urosło do czegoś, co mnie też z równowagi wytrąciło. Czas stanąć na nogi, odzyskać niezależność.
Nie jestem niewdzięczna, ale z wdzięczności nie pozwolę siebie deptać. Granice musza jakieś być. Czasami jakieś granice muszą być.
Zasiedzenie moje spowodowało, że jestem. Wciąż jestem w domu, dla rodzimy, na wyłączność. Jak nigdy. Ale widocznie to za mało. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tyle, ze moje "ja" chce żyć.
Praca czy też wypady towarzyskie dawały wolność. Spotkania i rozmowy z ludźmi są niczym woda na młyn. Nakręcenie mega. Kontakt ze światem każe myśleć. Idee pozytywnie wpływają na życie.
Utrata wolności spowodowała zamianę energii na bezruch. Zamieniłam się w  trupa. Mechanicznego trupa z zasiekami na duszy.Nawet książki nie cieszą jak kiedyś.
Ale nie zakopię się.


A potem spotkała mnie kolejna dawka happy hours. Pobyt u teściów. Przecież nie mogłam odmówić wyjazdu. Matka też przyjechała. Wzięłam koc i poszłam zalec na słońcu. Cisza. Cisza potrafi być piękna. Nikt nic nie mówi. Trzy dni życia na kupie zamieniło się w prawdziwa kupę. Dusza powieszona na sznurku do prania. wystawiona na żer....
Ale od czego poczucie humoru jest? Zalewam nim wszystko.

I takie chwile są piękne. Naprawdę. Piękne, bo dają kopa to działania. Nie dam siebie zakopać. Za długo byłam trupem. Im bardziej mam pod górkę tym bardziej chce mi się biec. A że życie jest jedno to trzeba je chłonąć.
Zadzwoniłam do kumpeli.
- Wódka?
- Z tobą zawsze.

Do męża też zadzwoniłam.
-Patrz matka, kolejny telefon!
W końcu tetrycy są zgryźliwi ...

- Kochanie z okazji 10lecia strzelania przez nas samobója życzę Ci byś jakoś wytrzymał jeszcze tudzież znalazł sposób na przetrwanie ze mną kolejnych lat, czy jakoś tak. Dzięki za te lata.
- Zapomniałem o naszej rocznicy. To dzisiaj?
- Nie dziwie się- odparłam ze śmiechem - bo o czym tu pamiętać?







Teksty dzieciaków.

- Mamo a Młoda nienawidzi Jezusa- syn wpadł na balkon, a za nim siostra:
- Ja nie wiem jak go nie widziałam to go nie lubię.



- Starszy przeczytaj mi to mam robić ....- zwróciła się młoda do brata ze swoja książeczką.
- Kobieto, ja jem to nie przeszkadzaj. Potem ci poczytam....

- Synu, powiedz, co mamy ci kupić na urodziny?
- Nie wiem...wystarczy, że pozwolicie mi przeczytać książkę Kinga, tą, gdzie na okładce jest wilk a w oknie jest facet z bronią ...


Dzieci mają jakiś opór przed wyjściem na podwórko Zwłaszcza Starszy. Nie wiem o co chodzi, ale chętniej siedzą w domu, tyle, że ile można znieść ich walki i gry w piłkę. Młoda zresztą zaczęła o każdą pierdołę wyć.
Wyrzuciłam ich przed blok. Sama też siebie wyprowadziłam. Z synem rzucaliśmy piłeczka na odległość. Deszcz na nas kropił. Młoda sama kopała piłkę. To są super momenty. Jakby mi życie wróciło. Znowu będę z nimi bawić się na full. Ruch pozera czas i myśli.
Młoda podbiegła do mnie mówiąc:
- Wiem dlaczego płakałam. Brakowało mi świeżego powietrza, wiesz mamo?


I to jest to. Brak świeżości wykańcza. Nie ma co unikać otwartych okien.






sobota, 5 lipca 2014

Mloda



Młoda tęskni za bratem. Potrafi znienacka zapłakać dopytując się, kiedy Starszy wróci. Z synem do tej pory raz rozmawiałam. Córa podbiegła do telefonu:
- Kocham cie braciszku.
Po odłożeniu słuchawki zorientowałam się, że nie pytałam się czy zmienia bieliznę, czy dba o rzeczy, czy myje się a w szczególności zęby. Nic z tych rzeczy. Tylko jak się masz, jak się bawisz. A on lakonicznie odpowiadał: tak, dobrze. Nic a nic nie trajkotał. Jak zwykle zresztą.

Młodą zabieram na plac zabaw. Nie stawiam na rolkach, nie uczę jeździć na rowerze, nie kopiemy piłki, nie gonię jej, nie jeździmy na basen. Nie. Już nic z tego.Idę z nią do piaskownicy i tyle. Młoda grzebie w piasku, a ja sobie leżę na ławce. To po prostu zabija mnie. Więc leżę odpływając w marzenia, gdzie znowu biegam jak dawniej. Jak pijany pasikonik chłonę życie nieustającą energią. Ale niestety tak nie ma. Za to będą sądy, biegli i konsternacja lekarza - to boli? Nie, tak sobie wymyślam. Wszystko sobie wymyśliłam. Zawsze coś wymyślam. Światy, słowa, uczucia....Biegły psychiatra dostanie niezły materiał. A ja może łóżko w psychiatryku. Ja i biel ścian.Taki kosmos w kolorach niewinności. I wiadro prochów na zapomnienie. Nie myślenie jest błogością. Niestety ten stan jest poza moim zasięgiem. Znowu włącza mi się chęć ucieczki. Ucieczki od wszystkiego. Znowu dopadło mnie zmęczenie. Zanurkuję w książki. I odnajdę siebie. Na moment. Może. Chociaż po co ...A w nocy śnią mi się skoki ze spadochronem, na linie. W dol tak ...

"Lubimy towarzystwo, ale nie możemy znieść ludzi cały czas koło siebie. Więc gdzieś się gubimy, potem wracamy i znów znikamy w diabły."Jon Krakauer 

Przyjechała rodzinka z nad morza. Oni, co wakacje, zabierają przyczepę campingową i włóczą się po Polsce. Rozbili się 100 km od nas, więc nie było mocnych by nie wpadli na kawę. Choć tradycyjnie powinniśmy spędzić weekend na polu namiotowym włócząc się razem za dnia, a wieczorem czas spędzać przy piwku.
Ich opowieści i przygody są niesamowite. Poprawiają humor. Mam wrażenie, ze spotkałam bohaterów z książek Chmielewskiej. Rewelacyjni ludzie.
Rozbili się pod gorą. na szczyt nie weszli.
- Dlaczego?
- Bo ciebie zabrakło.
Tutaj jednak mnie nie zabrakło, wiec wyciągnęłam rodzinkę na spacer po parkach, ulicach, na zamek. Młoda złapała swojego 14-letniego kuzyna za rękę i nie puściła.
- A będziesz mnie nieść na barana? - zapytała się swoim słodkim głosikiem patrząc figlarnym okiem.
No, proszę, ta wielka nieśmiałość, a jednak potrafi okiełznać nawet nastolatka.
Jak go nie trzymała za dłoń to biegała jak afrykańskie dziecko za antylopami.

Na terenie zamku, w malej kawiarence, zamówiliśmy piwo za spotkanie, a dzieciakom szejki. Młoda część napoju wylała na siebie. Niebieskie plamy na różowej sukience.
- Mamo...
- Jejku, znowu? trzeba było od razu ubrać sukienkę we wzorki, a nie samej robić - zbrechtałam się. Naprawdę już nie reaguje na plamy. Nie warto....
- I ty tak ze stoickim spokojem to przyjmujesz?
- No ciociu, ale powiedz, co da jak ryknę? Plamy i tak będą, a Młoda z tego nie wyrośnie.
- No masz rację. Ale mnie to jeszcze irytuje.
Młoda wyrwała na drugi koniec kawiarenki do bujaka i coś gestykulując do gościa siedzącego przy stoliku coś pokazywała. córka przybiegła do nas, a zaczepiony facet przyniósł jej zabawkę do nas.
- Dziękuję.
- Ok.
Szczeny nam opadły. nie dość, ze poprosiła obcą osobę o pomoc to potem ukazało się, że naprawdę to był Anglik.
Po chwili radosnego bujania córcia ryknęła na cały głos:
- Ja chcę kuuuupęęęę! Kuuuupaaaa!!!!
Moje dziecko to przygoda. Jazda bez trzymanki. Mały odlocik.

Wracaliśmy przez park, gdzie była zachowana ostatnia brama. Kiedy opowiadałam o tym elemencie w systemie fortyfikacji miasta podszedł do nas człowiek, który przysłuchiwał się naszej rozmowie.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy pani przewodnik mogłaby odpowiedzieć mi na jedno pytanie?
Zamurowało mnie, a rodzinkę rozśmieszyło. Kiedyś pewnie wkręcałabym kolesia, ale teraz:
- Hahaha, nie jestem przewodnikiem, ale proszę, jeśli będę znała odpowiedz,to chętnie odpowiem.
Porozmawialiśmy na temat powodzi z 1997 roku i szkód jakie narobiła w tutejszych okolicach.

W drodze powrotnej Młoda wskoczyła na ręce babci mówiąc:
- A teraz tak mnie nieś do domu.

Po kolacji córka, rozbestwiona na maksa, kazała ucichnąć wszystkim i puścić muzykę. Zaprezentowała swój taniec, nowoczesny taniec. Nawet niezłe jej szlo. Co z tej Bestii wyrośnie? Któż to wie ....