poniedziałek, 30 czerwca 2014

41 LAT MINĘLO ....:)



Pierwsze czterdzieści lat dostarczają nam tekstu, reszta jest komentarzem Arthur Schopenhauer 



Moje życie zaczyna być komentarzem. No od roku, ale przybywa coraz więcej uwag zapisywanych na marginesie mej księgi. Komentarzy, które wnoszą coraz więcej cennych uwag. Cenniejszych niż dotychczasowa treść.

Urodzinki były cacy.  Kwiaty, szampan, morze życzeń i piwa. I telefony niespodzianki: jeden od Jasia z sanatorium, drugi od super kumpeli. I sms. I fb. No kurcze, aż łza zakręciła się w oku.

Wieczorem spotkała mnie kolejna niespodzianka -przyjaciel z rodziną przyjechał. I była bomba.
I to niezła.
Dwudniowa.
Reklamówka pustych pogniecionych puszek od piwa wciąż urzeka swoją objętością.

I ach te prezenty. Mąż zaskoczył. Kupił mi wypasiony depilator. Na mokro, sucho, z jakimiś bajerami.

własnie taki, o łoł :)))


Musiałam go sprawdzić. Włos spod pachy wydał mi się atrakcyjny.
Włączyłam maszynkę, przyłożyłam i :
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
tak sobie zaśpiewałam" 100 lat".

Na ból znalazł się trunek. Ale będzie, w ramach solidarności zajętych cycków, czekał na kolejną imprezę. Znaczy się kumpela karmi piersią, więc poczekamy, aż wróci jej rozum.

Dostałam Absynta!!!! :)))


A tak poza tym dostałam kasę oraz propozycję od kumpeli na wypad wakacyjny, by odetchnąć od wszystkiego. Cudowne zgranie. Wiem już, gdzie kasę puszczę ...Na bilet PKP.


Życie tak naprawdę jest chwilą i warto żyć i cieszyć się tym co jest. I brać co jest, bez zbędnych pytań. I doszukiwania się drugiego dna.

Naprawdę dotarło do mnie, ze mam wielkie szczęście. Rodzinę, która kocha i przyjaciół dla których nie jestem obojętna. To dużo. Naprawdę dużo. A właściwie wszystko, co oprócz zdrowia, człowiekowi potrzeba.

I tylko mogę dziękować losowi, za to, ze spotykam na swojej drodze ludzi tak niesamowitych i wartościowych.

Bezludzi świat wyglądałby nijako.

Nie wiem czym zasłużyłam sobie na takie morze szczęścia. Ale co tam. nie wnikam

Może sztuką jest wpaść w kałuże i krzyczeć: Morze! A może powstanie morze?

Warto zachować w sobie dziecięcą radość, albo obudzić ja w sobie na nowo.




Jedno zdmuchnięcie świeczek z tortu i już zrobiłam się tak stara i tak sentymentalna
Pewnie to, ten sentymentalizm, jest przyczyną kruszenia kości. Oto ząb czasu.

Ale warto doceniać to co się ma. I chronić. I dbać. Bo to w naszych rękach dokonuje się cud przemiany i wszystko nabiera innej, bezcennej wartości

Trzeba mieć otwarte oczy. Ślepcy potrafią złoto zdeptać.

Tak więc muszę wymienić okulary. By już niczego nie przeoczyć.


Przy kolacji rozmawialiśmy o wyjeździe syna.na obóz sportowy.
- Synek, kupuj co chcesz, masz wakacje, baw się dobrze. Aha, ale nam prezentów nie kupuj, chyba, że dla Młodej, hahahaha....
- A ile mam na dzień?
- Dyszkę.
- To nic jej nie kupie, bo fajne rzeczy są od 20 do 50 zł.
- A ja - wtrąciła się Młoda, kiedy śmiałam się z wyceny prezentu - jak będę w zoo to kupię Starszemu maskotkę, prawda?
Zaczęli się przekomarzać. Zostawiłam ich. niech rozmawiają między sobą. Bez nadzoru kapo.

Rano był do śniadania taniec w kuchni. Mój, niepoprawny, niezdarny, rozśmieszający dzieciaki do łez. Syn przyłączył się i wygłupiając się jak ja, odstawiał pląsy, natomiast córka wskoczyła mi na ręce. Można? Można. Trzeba!
Kocham te chwile. Tej radości znikąd. Chcę dzieci zarazić takim pozytywnym fiołem. Szaleństwem, co pozwala wszystko przetrwać.
- Wiesz kto to śpiewa? - maltretuję syna.
- Nie.
- To co ty wiesz o życiu chłopie?! Hahahaha, to jest Alphaville - Forever Young, kultowa pieśń lat 80-tych. Co za pokolenie ... - i  zaczynam śmiać się.



Uwielbiam  wygłupiać się z nimi.
- MAAAAMOO!!! DRĘCZ MNIEEE!!!!
Aaaaa i zjadam ich na żywca. Nie ma, że boli. Smakują wybornie i jak pięknie krzyczą- oj.

Syn skończył pierwsza klasę. Odebrał swoje pierwsze świadectwo. Wręczając różę, był pierwszym dzieckiem, co sama wychowawczyni podkreśliła,  które objęło panię dziękując za wszystko. 
Taki typ. 
Potem spakowaliśmy walizkę. 
- Nie chcesz maskotki wziąć?
- Chłopaki nie śpią z maskotkami!!! - Starszy oburzył się.

Wyszliśmy na autobus.

- A Młoda gdzie jest? Ona musi mnie pożegnać! - dopominał się syn. Po czym zaczął się śmiać:
- Ale ta małpa rogata za mną się stęskni ...

Kiedy czekaliśmy na autobus przyleciała matka z Młodą. Młoda objęła swojego brata, a on ją. Tulili się i wygłupiali do przyjazdu autobusu.
Oby tak zawsze było.





Buziaki, buziaki, i syn wskoczył do środka. Nawet nie pomachał. Pojechał.

Nikt nie płakał.

Bo i dlaczego?

Starszy będzie miał starych z głowy, a Młoda będzie miała ich na głowie. Układ cudowny.



Rozpoczęliśmy remont. W mieszkaniu powstał sajgon niemożliwy. Okres zmian. Wakacje rozpoczęte od młota i wiertary.





różnica w poziomie podłogi - 4 cm :)



Zadzwoniłam, po dwóch dniach, na obóz. Syn ma się dobrze. Bawi się świetnie. mają basen, treningi i wycieczki. Kibicują na meczach mistrzostw świata.
Nie chcieliśmy rozmawiać z synem, bo i po co? Niech bawi się dobrze.
Rozmowa może go wzruszyć. Nas też. Morze łez. Tralala.

Hm, wolę wzruszać się z innych powodów ...


Córka dopytuje się o brata. Tęskni
- Ja go kocham i lubię denerwować, wiesz kobieto? 
- Kobieto, wiem o tym bardzo dobrze.






- Mamo ja chcę malować farbkami.

Przygotowałam wszystko.

- ALE JA NIE UMIEEEEMMMM
- Umiesz. Namaluj cokolwiek.
- Nie umiem ....
- Umiesz. Wiesz co? Dziabnij co potrafisz, teraz wszystkie gnioty nazywają abstrakcją to wiesz- dawaj plamy. Potem pogadamy na ten temat
- Ale ty też coś namaluj.

Oto nasze dzieła:


Mój misio. Lubię misie.








Młodej dzieło.
- Córciu, co to jest?
- ZIEMIA WYBUCHŁA.








Syn chce jechać nad morze, córka w Beskid, ja marzę o Bieszczadach, a Tomasz jęczy - remont jest :)




Tymbark niczym wróżka?:)))









czwartek, 19 czerwca 2014

Dwa dni ...



Komunikacja międzyludzka jest podstawą dobrych stosunków. Czasami rozumiemy się z kimś bez słów. Czasami po długich rozmowach odnajdujemy porozumienie.
Lata dialogu powinny prowadzić do rozumienia wzajemnej mowy.
Powinny...
Ale z latami bywa tak, ze czasami mózg obumiera....
I każdego człowieka może to spotkać.

Rozmowy z moją matką stają się wielkim absurdem. Właściwie to zapytałam się męża:
- Czy ty nie masz dziwnego wrażenia, że moja matka jest coraz bardziej trzepnięta? By nie powiedzieć maximum pierdolus?

Mogę mówić do rodzicielki, mamusia potwierdza, ze wie, że dotarło i rozumie, po czym postępuje tak jakbym jej nie nic mówiła mając potem pretensje, że jej nic nie mówię.
Potrafi mnie wrzucić do studni szoku.
Gdyby mężu nie był świadkiem prowadzonych rozmów pomyślałabym, ze to wszystko co zostało powiedziane to tylko głosy w mojej głowie.
Ot, wiatr, co świszczy pomiędzy moimi uszami. Przeciąg robiący sobie jaja udając ludzką mowę...
Rozumiem, że mamusia przygrzała się nad morzem. Przygrzała się dość mocno, bo, o laboga, kupiła bilety na koncert disco polo. Wszystko zrozumiem. Tylko nie rozumiem dlaczego nie rozumie co do niej mówię. Więc sobie mogę mówić, choć właściwie nie wiem po co wciąż mówię.
Chyba nadchodzi czas przybijania wielkich szablonów w jej przedpokoju z datami "proszę pomóc".

- Mamo, to co? Idę teraz po Młodą i przyjdę z nią tutaj. Tak jak prosiłam, zaopiekujesz się dzieciakami, gdzieś tak do osiemnastej, bo chcemy opróżnić szafy, posprzątać. One niech latają, robią co chcą, ale nam nie przeszkadzają.
- Nie ma sprawy.
- Super. Dzięki.

Przychodzę z łobuzami do matki, a mamusi nie ma. Dzwonię. I co? Mamusia sobie przypomniała, ze musi odwiedzić kumpelę, przed jej wyjazdem, a potem leci na cmentarz, bo przecież rocznica śmierci ojca. Będzie po 18.00.
Fajnie tyle, ze o pomoc prosiłam dzień wcześniej, przypominając się już tylko w dniu remontu, by nie było. A jednak było
A grrrr..... mogła powiedzieć:
 - Nie! 
czy też:
- Może zaplanujcie na inny dzień, bo ja mam plany.
Mogła.
Ale to jest przecież moja mama, ha!

- Mamo, przecież cię prosiłam. ...
- Nic nie mówiłaś, o której i kiedy.

Nie nie mówiłam. Wcale nic nie mówiłam. Ja nigdy nic nie mówię.

I tak wciąż kot jest obracany. Nie ma sprawy - ojej, zapomniałam. Tyle, ze naprawdę może powiedzieć NIE.
Prosto i na temat. Ech...

- Idę dzisiaj do znajomych na kolację.
- Jak? Przecież prosiłam cię, byś Młodej towarzyszyła w czasie próby, bo my chcemy być na egzaminie Starszego, bo potem mamy spotkanie organizacyjne przed wyjazdem. I powiedziałaś, że nie ma sprawy.....
- Kiedy mi mówiłaś?
- MAMO!!!! Cholera jasna, masz mózg? Bo już zaczynam w to wątpić... W poniedziałek ci mówiłam, prosząc o pomoc, i po to ci wcześniej mówiłam, by wiedzieć czy masz plany czy też nie by nie było jak z poniedziałkiem, dżizas!

Matka zadzwoniła do znajomych, ze spóźni się, bo dzieci jak zwykle pokrzyżowały jej plany.
Zabić to mało.
Ale może by tak podgryźć tętnice? Stara metoda spuszczania krwi była dobra na wszystko.




Zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy. Matka poszła z Młodą na próbę, a my na karate.
Syn zdał egzamin na 7 kyu. Żółta belka na niebieskim pasie.
Naprawdę wyrabia się.
Widząc jak robi pompki w tym swoim małym synku zobaczyłam mężczyznę. Taki chłop.



Potem odbyło się spotkanie przed wyjazdem. Słuszna była prośba, by nie dawać telefonów, bo dzieciaki, kierowane aktualnymi emocjami, będą dzwonić co chwila.

- Mamo, a ten mnie nazwał downem....
- Mamo, ale ja tęsknię buuuu, przyjedź....
- Mamo, a chłopaki opowiadają o duchach a ja się boję...
- Mamo,  a ja się topiłem, ale mnie uratowano....
- Mamo, a ja zgubiłem portfel ....

Straszne?
Chyba dla tych, co zapomnieli o swoich pobytach na koloniach.

W czasie rozmowy okazuje się, ze portfel leżał na stołówce. Dziecko wcale się nie topiło tylko chciało pokazać jak umie pływać nie mając tej umiejętności opanowanej. Chłopaki wprawdzie opowiedzieli kawał o duchach, ale już dawno spali. A sprzeczki między chłopakami to rzecz normalna i każda ze stron potrafi wobec siebie dziwnych epitetów używać, by za chwilę grać wspólnie w piłkę i to w jednej drużynie, bo taka komitywa.
Kto tego nie zna ten nie był na wyjazdach i jest dupa.

Synowi nie dajemy ani telefonu, ani tabletu. Pieniądze trafiają do wychowawczyni, która co dziennie będzie wydzielała odpowiednia kwotę.
I nie będziemy go odwiedzać, bo czymże jest 10 dni? No bez przesady.
Zero matkowania, zero ojcowania - niech radzi sobie sam. Basta. Czas dorosnąć.

Po spotkaniu zadzwoniłam do matki.
- U nas już koniec a u was jak? Kończy się próba?
- Oglądamy film.
- Film?! Jaki film?!Co ty mówisz? Jak oglądacie film skoro miała być próba?!
- Ale nie ma prób, jest film.
- My już tam idziemy.

Faktycznie jakieś dzieciaki oglądały film, ale nie było znajomych twarzy. Hm....
Mąż odwiózł matkę do znajomych, a w tym czasie  skończył się seans.
Powłóczyłam się po korytarzach  i znalazłam ludzi z tańca.
- O jesteście!
- No tak....
- Macie szczęście, były opóźnienia, zaraz zaczynamy próbę...
Opadłam. Ze zdziwienia, radości, mocy absurdu...
Młoda  szybko wskoczyła w przebranie pszczółki i wraz z innymi dziewczynkami wybiegła przed scenę. Światła wraz z muzyką zostały włączone, poszły dymy, a wraz z nim płacz jednej z pszczółek.
Stop!
Matka opanowała córkę.
Od nowa...
Prowadząca znowu ustawiła dwa rzędy "owadów", ale co stawiała jeden to drugi się rozbiegał.
Zaczynało być zabawnie.
W końcu udało się: Dziewczynki bzycząc i machając rękoma wybiegły na scenę. Młoda odstawiła taniec martwej pszczółki. Patrząc na widownię nie ruszyła nogą. Ręka też nie.
Syn popłakał się ze śmiechu.
Młoda nie tańczyła, bo nie chciała zdjęć.
- Jakich zdjęć? Dziecko, o czym ty dla mnie rozmawiasz, co?
- Nie chcę zdjęć buuuu, chcę loda.....
Nie dogadałyśmy się. Rośnie kolejne pokolenie bez wzajemnego zrozumienia?

Potem mąż zaciągnął mnie do księgarni.
- Zbliżają się twoje urodziny to wybieraj...
On jest taki kochany i romantyczny.
Wybrałam trzy tytuły, która rzekomo powinny być na półkach, a których, wstyd przyznać, nie przeczytałam.
Ale przeczytam.
Taj jak zrobię wiele rzeczy, które należy zrobić przed śmiercią.
Nie ma to jak umrzeć w pełni życia.





Córka wskoczyła na mnie krzycząc, ze jest słońce i trzeba wstawać. Zerknęłam na zegarek. Było parę minut po szóstej .....po szóstej. A!ła, godzina zabolała, zapiekła pod powiekami.Nakryła głęboko kołdrą.

- Słońce świeci, nie ma nocy, wstajemy.
- To wstawaj.
- Ty też.
- Mnie nie ma
- Mamo!!!!
- Tak jest dziecko idź i wołaj swoją mamę. Szukaj, szukaj ...
- Hahahahahaha, ty jesteś moją mamą.
- Tak?!
I śmiejąc się wygilgotałam, podroczyłam, wycałowałam córkę. Zresztą inaczej być nie mogło. Tak łatwo jest kochać dzieci o poranku.

- A co tam jest w tych pudłach na górze?
- Twoja siostra Klementyna.
- Hahahahahaha

- Mamo, a w nocy ptaszki śpiewały, wiesz. Dlaczego one nie śpią?
- Bo lubią rozmawiać.
- Aha.


- Mamo, a ty masz spódnice, sukienki?
- No coś tam mam.
- To załóż w końcu!
- Ale dziecko dzisiaj jest Boże Ciało, a nie boskie ciało. Hahahaaha....

Dobrze, ze syn wstał, więc nie było tematu. Jego też podręczyłam porcją gilgotek i całusów.
- Mamo! litości!
- Nic z tego, giń!
- Ahahahaha......przestaaaań....
Potem oboje ubrali się i nie mogąc u mnie wynegocjować bajek stwierdzili, ze lecą do babci. Ha! a idźcie, idźcie...
Oto moja zemsta na babci, za kręcenie. I na dzieciach też: za pobudkę.
Na dzieciach, bo może babcia wyciągnie je do kościoła.
A ja co? Kawa, muza i  "Marzenie Celtów". Dzień jak co dzień. Po prostu.
A mąż nadal spał snem kibica.
Błogi spokój.

Dzieciaki przyleciały wymigawszy się od śniadania i kościoła. Moonka zrzuciłam z wyrka. Po czym zrobiłam awanturę.
Wciąż o to samo - że nie idzie z dziećmi na rower. Że nie idzie z nimi zagrać w piłkę.
Bo ja siedzę.
No tak ....
Kurwa, niech no tylko ten ból mi zniknie....
A jak połamię kręgosłup to co?
Wszyscy będziemy leżeć.

I wszyscy legliśmy na występach w domu kultury. Młoda jednak zatańczyła coś. Machnęła i łapką i noga i biodrem. Byliśmy z niej dumni.

Występy trwały dwie godziny. Zakończenie tanecznego sezonu. Pożegnanie starszych tancerzy, co odchodzą do studium, na studia. Taneczne oczywiście. Atmosfera była nieziemska. Rodzina jedna wielka.

Młoda zasnęła szybko, a syn kibicował z nami Urugwajowi.





Czasami, pomimo nieporozumień, życie bywa piękne.



Starszy pomaga Młodej założyć buty. Nieprawdopodobne, prawda? :)))

Tym, co odeszli....



Na osiedlu jest sklep. Sklep ten jest ważnym punktem spotkań panów i pani obradujących od samego rana przy piwie. W prowadzonych dysputach mogliby zawstydzić niejednego posła, który wybiera, zamiast fotela sejmowego, pościel czy inną formę wagarów. A tu, proszę, obywatele od wczesnych godzin porannych do późnowieczornych prowadzą zacięte rozmowy. Temat ten sam co w kuluarach na Wiejskiej - co komu ukraść, by żyło się lepiej.

Alkoholu tam nigdy nie brakuje, za to widać ubytki w ludziach. I to nie dlatego, ze porzuciwszy nałóg zaczęli chodzić do pracy, oj nie.
Pierwsza odeszła pani. Zmieniła lokalizację  nie zgadzając się z ideologią panów. Tak się na nich wściekła, ze uciekła do małej skrzynki i zasypana ziemią udaje, że jej nie ma. Tyle, że chyba nie wie, że już nie udaje. Albo udaje, że udaje, bo podobno duch jej straszy pod wierzbą. Panowie pewnie odlaliby pod drzewem trochę piwa, ale każda kropla jest na wagę złota. I to tak, że kłócą się między sobą o każdego łyka. I o każdego bacha też. Tacy kulturalni. Aczkolwiek, już za mocno wstawieni, pod tym drzewem, odlewają się beztrosko.
Pani miała zwykłą historię życia z elementami tragedii, jakie zdarzają się, bo i taki jest los człowieczy. Miała męża i dwóch synów i pracę i dom i pieska. Piesek uciekł za suką, mąż zginął w wypadku, a wódka przytuliła zmartwioną skroń do siebie głaszcząc ją lekko co wieczór. Starszy syn stał się mężczyzną i zaczął pilnować domowego ogniska, a pani zaczęła wykazywać nierównomierne zainteresowanie osiedlowymi mężczyznami. W końcu  ile może przytulać sam alkohol?
Niestety młody, zdolny student zginął w wypadku i jego śmierć otworzyła bramy zagubienia. Tragedia jest dobrą wymówką, by przestać istnieć. By przestać istnieć człowiek sięga po wszystko.
Młodszy syn, bez wzroku starszego brata, popłynął także, ale w stronę narkotyków. Jednak, w przeciwieństwie do matki, ocknął się po czym wyprasował koszule, ubrał czyste dżinsy, spakował przybrudzony plecak i wyleciał do Anglii.
Kobieta została sama. Do domu sprowadzała mężczyzn, a matka jej przychodziła pod blok, taka zatroskana i gdzieś na krawężniku, niczym wróbla, dokarmiała swoją córkę.
Pewnego dnia nadmiar ideologicznych dysput popartych silnymi argumentami rąk zabrał panią na amen. I niech ziemia jej lekką będzie. Robale zresztą też. One są milsze od ludzi.  Zjadają do końca, nie rzucając obolałego ciała w siniakach.

Nie minął miesiąc jak kolejna osoba opuściła zwarte szeregi zszarzałych ludzi. Kobiety już nie było, więc padł facet. Jak padł tak cicho zrobiło się na osiedlu. Bo to był typ głośnego mówcy, który swoimi gromkimi "kurwami" płoszył dzieci. A że lubił głośno do siebie mówić to był zakałą całej społeczności. Latarnie tak nie świeciły, jak prowadził jego głos w ciemnościach.
Pił razem z żoną. On krzyczał, ona milczała. On bił, ona to przyjmowała.
Pewnego dnia w sklepie ona osunęła się podłogę. Zmartwił się mężczyzna i to bardzo:
- Wstawaj kurwo, nie rób pośmiewiska.
- Do kobiety mówisz. Zmień słownictwo człowieku. To takie przykre. Nic pani nie jest?
- Byyyy beeee gleeeee....
I żona przestała pić. Nie dlatego, że zmieniła koncepcję życia, tylko dlatego, ze choroba położyła ja do łóżka. Sparaliżowana leżała całymi dniami, a on całymi dniami dalej pił. Pił dopóki nie przyjechał syn. Kolejna awantura zakończyła się połamanym kręgosłupem. Ups, co za niezręczny wypadek, no spadł ze schodów. Sąsiedzi chętnie to potwierdzili. O tak, tak, wracał ze sklepu jak zwykle nasączony tak alkoholem, ze na schodach zostawiał mokre ślady, no  i straciwszy równowagę poleciał do tyłu. ...Prokurator jednak nie uwierzył.
Szkoda.


Alkohol bywa czasami piękny. Pięknie potrafi rozruszać duszę. Malować barwy życia. Układać myśli. I jest taki towarzyski. I zaskakujący. I smieszny. I potrzebny.

Ale niestety, alkoholizm bywa już tylko dramatem.


A ja miałam ostatnio super obiad: ciacho z truskawkami, malusi kawałek, bo przecież muszę dbać o siebie.
I do tego piwo.
Zimne, cudowne ochłodzenie.....









wtorek, 17 czerwca 2014

taki dzień ....:P

Dla niej wszystkie dni były jednakowe. A wszystkie dni są takie same wtedy, kiedy ludzie przestają dostrzegać to wszystko, czym obdarowuje ich los, podczas gdy słońce wędruje po niebie. Coelho




Zasłuchana w muzykę, zaciągnięta w sieć słów nawet nie zauważyłam jak godziny pomknęły do przodu znikając bezpowrotnie. W końcu wstałam przeciągając się z zasiedzenia. Zegarek wskazywał na godzinę trzynastą.
- Która?!!
Wylazłam z sypialni. Mężu uwalony dziwną substancją czyścił futryny. W całym mieszkaniu zapanował syf nieziemski. Ręce mi opadły...
Kto zrobił bałagan niech sprząta.

Wskoczyłam pod prysznic i pognałam na obiad do matki. Nie zjadłam za wiele, bo wiek mój nie sprzyja konsumpcji. Akurat tej konsumpcji, bo innym konsumpcjom sprzyja jak najbardziej.
- Ty jakoś marnie wyglądasz, dziecko drogie...
- Tja, jak całe życie ...
Rozmowa z matką otworzyła mi oczy. Ona wie jak mi podnieść ciśnienie, ech...Wysłałam ją za karę po syna do szkoły.


- Idziemy na fajkę?
- Ale na ławkę.
- Ale co? balkon nam urwało?
- Przecież kafelek nie ma.
- Co?!
Zdumiona poszłam zajrzeć i faktycznie posadzka balkonowa była goła. O, żesz kurczę.
Wprawdzie słyszałam burczenie wiertarki, ale nie sądziłam, ze tak szaleją na naszym balkonie.
Teraz musimy kupić nowe kafle. Mąż ciągnął mnie bezlitośnie po sklepach, a ja szłam opornie. Bo nie kafle mi w głowie ...Głowa jak zwykle w niebie marzeń, czy tam w chmurach tęsknoty.

- Trzeba było męża kopać? - zza sklepowej półki wyłonił się nieoczekiwanie znajomy.
- Stary, jakbym go kopnęła to by nie żył!
Rozmowa uatrakcyjniła przykry obowiązek zakupów, a przybita na grilla sztama zakończyła to nieoczekiwane spotkanie miłą wizją utopienia rzeczywistości. Ten powiew świeżości ocucił mnie na chwilę.
Siła nieziemska tkwi w ludziach. Bez nich nie ma nic. A jak jest to pustka i nuda. A mi się już nie chce ścian oglądać.

W przedszkolu poproszono mnie o pomoc w sprzedawaniu zdjęć dzieci. Fotki z sesji fotograficznej.
- Nawet wygodne krzesło damy pani.
No jak wygodne krzesło dają to jak tu odmówić?
Zgodziłam się. I będę tam tkwić w najbliższym czasie.


Chłopcy pojechali na karate, a ja wyszłam z Młodą na plac zabaw. Córka grzebała w piachu, a ja siedząc na ławce pod drzewem, które dawało cień wytchnienia, czytałam "Marzenie Celta".
Nagle z góry zleciało coś. Coś wielkiego, rozłożonego, strasznego, nieoczekiwanego. Wrzeszcząc:
- AAAAA!!!!!
wyrzuciłam książkę do góry i zatańczyłam, jednonoznie i w miejscu, słynny taniec wielkiej paniki. Az okulary spadły mi z nosa. Widowisko ujęło nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Z głupim uśmiechem przeprosiłam mówiąc nieskładnie o zaskoczeniu nieziemskim.

Czy ja zawsze muszę być takim pajacem?

 - Mamo, a ty kiedyś kopałaś piłkę? - Młoda przybiegła do mnie z zestawem niepokojących pytań.
- Pewnie i to z tobą. Biegałyśmy, wariowałyśmy. Nie pamiętasz?
- Tak? - Młoda ryknęła z dziecięcą mocą zdumionego dziecka-a kiedy będziesz mogła kopać ze mną?
- Nie wiem, kochanie, pewnie nie długo...
Córka poleciała grać w piłkę krzycząc, ze chce zostać piłkarzem, gdy zadzwonił telefon.
- To co, jedziemy w góry?
- Kurde nie mogę jeszcze. Noga nawala. A twoja ręka jak? już spoko?
- Do dupy, ale mogę przynajmniej chodzić, hahahaha
- A ja, wiesz, pozazdrość, mogę rękoma wiele rzeczy robić hehehehe
- Weź babo jago, hahaha, to spotykajmy się na małe co nieco to pogadamy.
- Ok ...
No tak, czas ruszyć tyłek na odzyskanie siebie, a tu wciąż dupa. Ech...

A potem rykoszetem dostałam w twarz od koleżanki, która przyszła na plac zabaw. Zabiła z piskiem pająka, który próbował pozwiedzać moją szyję. Nie ma to jak maseczka z truchła.
W  końcu przeniosłyśmy się na inna ławkę opuszczając cień pajęczego drzewa, bo ile można krzykiem stresować dzieci? W spokoju pośmiałyśmy się z zakręcenia własnych pociech. Szczyt pogubienia? Zgubienie kaptura od kurtki w drodze do szkoły.
Dzieci to zdolne bestie, naprawdę.

Wieczorem okazało się, ze mój idealny syn zgubił wiersze, które miał nauczyć się na pamięć. Kartki wcięło tak, że przekopywanie zeszytów, tornistra, książek nic nie dało. Trudno. Poniesie konsekwencje własnego zakręcenia.  Ewidentne przemęczenie materiału. Znak, że wakacje się zbliżają.


A w nocy było bosko..........oooo.
I nie dlatego, ze Stany wkopały Ghanie.




niedziela, 15 czerwca 2014

dziećkowo



Dzieci są fantastyczne.

A moje takie są. A co.

Uwielbiam ich śmiech i ich teksty.

- Ale moje teksty są fajne, nie Młodej. Młoda ma do dupy teksty.
- Synu, wyrażaj się!
- Dupa to dupa, no co?

Oczywiście nie jest to równoznaczne z tym, że mnie nie denerwują. Oj denerwują, denerwują. Co ja mówię "denerwują", one potrafią mnie wkurwiać do potęgi. Zwłaszcza swoim zawieszeniem w czasie bądź płaczem.
Są takie chwile, kiedy najchętniej  podłączyłabym się pod kroplówkę z uspokajaczem. Na zawsze.
Powiem więcej, moją krew powinno wymienić się na inne płyny ustrojowe. Albo powinnam sama sobie wyrwać głowę.

Rano, upływający czas, kurczy emocje do wrzasku. A dzioba muszę wydrzeć, bo inaczej przyśpieszarki u dzieci nie działają, niestety.
Wrzask ściąga ich z planety przymulenia porannego.
- Ale ty krzyczysz!
- A ty nie wiesz co robić! Szlag mnie zaraz trafi, no idź myć zęby człowieku, co rano to samo,a ty nie pamiętasz!!!!! No ludzie trzymajcie mnie, bo łeb odgryzę ....

Oboje pobijają rekordy nie tylko w utracie pamięci, ale również w siedzeniu nad śniadaniem i ja sobie mogę mówić, prosić ....Ominąć śniadania się nie da, bo przecież dzieci są tak rano głodne tak, że spod kołder wręcz krzyczą: JEŚĆ! Do tego Młoda płacze, bo nie chce jakiejś części garderoby, tylko tamtą i to mega absurdalną,  bo sznurówka w bucie jest głupia, bo .....jest pięciolatką i świat uwiera ją pod piątym żebrem. I to paskudnie uwiera. Wciąż uwiera.
Syn natomiast potrafi się kręcić w kółko, bo zapomniał co chciał zrobić  i dokąd szedł mamrocząc przy tym nieustannie pod nosem.
- Ale ty się ostatnio rozgadałeś, synu.Gadasz i gadasz, że nie mogę...
- Po tobie to mam gadułko.
- Po mnie? Chyba, bo babci A.
- Po tobie, po tobie, ty, rozgadana gadułko.
- Działaj chłopie, a nie gadaj!

No i jeszcze cwaniaczy, ech....

- Synu, przestań łapkować mi ściany. Chcę tu obraz widzieć, a nie odciski twoich dłoni!
- Ale ślady będą ciekawsze!

- Jesteś dzieckiem i masz mnie słuchać! - wypaliłam argumentem z armaty bezradnej chwili rodzica.
- Ale ty też jesteś dzieckiem, tyle, że wyrośniętym!


Jest jak jest, a jak rozmawiam z innymi rodzicami to okazuje się, ze takie odchylenia są normą. I mamy polewkę z naszych dzieciaków.Taka forma zemsty rodzica -zlanie z dziecka. I jaka przy tym ulga, ze ta nienormalność jest normalnością.

- A ja ci będę na wszystko pozwalać - no proszę jak córka jest cudowna. A bywa przesłodka. Oj i to strasznie.
 Upomina się rano, wieczorem i w przedszkolu:

- A buziaczki i przytulaski?

Zresztą syn w tym te z nie odstaje, wciąż wiesza się na nas. Dwa pieszczochy. Ale jak urosną to kupię sobie fretkę, o!. Będzie podobnie, hahaha.

Dzieciaki są jakie są, ale najbardziej cieszę się z tego, że oboje potrafią razem bawić się, dogadywać i kłócić się też. Młoda uwielbia zaczepiać i droczyć się z bratem. Ale jednak trzymają sztamę.
I jedno o drugim pamięta co jest po prostu wzruszające.
Starszy wlatuje do kuchni i bierze ciastko nie tylko dla siebie, ale również dla siostry. Siostra też martwi się czy, aby dla brata starczy czekolady i dzieli wszystko na dwa. O nas też nie zapominają dopytując się, czy my próbowaliśmy, czy chcemy. Mamy nadzieję, że to nigdy im nie minie.

Syn zakończył swoją przygodę na Uniwersytecie Dziecięcym Unikids. Na zakończenie roku, podczas trwającej uroczystości, Starszy, jako jeden z trzech chłopców, otrzymał dyplom i książkę wręczoną przez burmistrza miasta. Piękne wyróżnienie. Wyróżnienie za obecność na wszystkich zajęciach.
A potem była zabawa z ciekłym azotem. Eksperymenty, które wciągnęły nie tylko dzieci, ale i rodziców.




Czasami sam chętnie coś czyta, a czasami wystawia rogi, kiedy proszę, by coś przeczytał. 
W klasie Starszy był najlepszy z testu czytania, czym nas zaskoczył., mówiąc, ze uzyskał najlepszy wynik
 Zdolna bestia.


Dzieciaki podczas warsztatów brały udział w eksperymentach, a po przez zabawę miały możliwość poznania wielu zagadnień z różnych dziedzin nauki.
I głaskały węże. I bawiły się modułami robotów. I czas spędzały świetnie.

Dzieciaki na koniec roku dostały płytę z zajęć rocznych. Czaderska pamiątka.

Oto obraz Starszego, który wraz z dwójką dzieciaków stoi na tle laboratorium chemicznego. Wszyscy są ubrani w białe fartuchy i okulary ochronne. Syn trzymając mikrofon prowadzi wywiad z "chemikami".
Zaskakujące ujęcie z "Efektów specjalnych w telewizji". Każde dziecko miało swoją rolę. Od dziennikarza, po dźwiękowca, oświetleniowca, po bycie aktorem.

Ile zostanie w głowie? Trudno powiedzieć, ale warto tą głowę poruszyć.

- A wiesz mamo, ze turkuć podjadek potrafi zjeść cała marchewkę w ciągu dnia?
- O, to ja jestem takim turkuciem, hahahaha.
- Ale on jest mały, a ty duża.
- No wiesz co? Ja duża? Chłopie, zapamiętaj - nigdy nie mów kobiecie, że jest duża, bo możesz zginąć od focha.

Uwielbiam gadki z synem.

- Chyba jednak pójdę do fryzjera i zetnę włosy.
- Masz zapuszczać włosy i wyglądać jak laska!

No proszę, coś ten chłop jednak uczy się...



Starszy trenuje do kolejnego egzaminu z karate kyokushin, który odbędzie się za parę dni. Trening to nic innego, jak kopanie liści na drzewie, a jak.
Mówi, ze tylko on z kolegą znają cały układ na 7 kyu, bo chodzą na wszystkie zajęcia. Skoro tak mówi, to pewnie wie co mówi.






Gram sobie w grę na kompie. Syn patrzy.
- Oj, chyba tego etapu nigdy nie przejdę.
- Wątpisz w siebie? Wątpienie w siebie w niczym nie pomaga, wiesz mamo....

Mistrzu mój :DDDD



Kyokushin oznacza dążenie do prawdy. Tą dyscyplinę trenowali miedzy innymi Ronald Reagan, Juan Carlos, Sean Connery oraz  Dolpf Lundgren.

Poniższy filmik opowiada o pozytywnych stronach ćwiczenia tej formy karate.

warto obejrzeć, posłuchać do końca





A za dwa tygodnie synuś wyjeżdża na 10-dniowy obóz treningowy. Nawet nie myślę i nie rozmawiamy o tym, bo i o czym. Jedzie to jedzie. Nie przeżywamy, by nie nakręcać jakiś emocji. Wierzymy, że da radę. Najgorzej pewnie będzie z Młodą, bo zostanie sama w domu. Coś wymyślimy, by nie było jej smutno.

W sobotę odbył się festyn przedszkolny. Program artystyczny był super. Zresztą jak występują dzieciaki to inaczej być nie może. Jedne maluchy ziewają, inne stoją jak słupy, a inne wykazują niezły talent w tym co robią.
Młoda też tańczyła. I to bez fochów. Szok.
Córkę czeka jeszcze jeden występ i to na deskach domu kultury. Występ w ramach zakończenia roku tanecznego z klubu Dance. Ciekawe, ciekawe ...bo Młoda to Młoda. Naprawdę bywa nieprzewidywalna.

Po festynie poszliśmy do teściów.
- Zrobić ci kawy?
- A będziesz do mnie gadać?
- Będę.
- To nic nie chcę, nie chce mi się ciebie słuchać, spadamy.
No nie ma siły na mnie, muszę podrażnić się z teściową. No muszę i basta. Ona jest taka drętwa, że wymiękam.
- Kawa, jaka kawa, my się piwa napijemy - i jak tu nie kochać teścia?

I tak z łojcem siedziałam na podwórku otwierając kolejne butelki. On wypił kapkę piwa, a ja resztę. Cudny stan leniwego odlotu. Dzieciaki biegały za muchami, za groszkiem, truskawkami, piłką, słońce świeciło, zimne piwo chłodziło. A potem lekko wymiękłam spuszczając wino.
Rausz to jest ten stan, który kocham, bo cóż mi zostało, skoro wciąż nie mogę jeździć, biegać, skakać ...
A seks.....no tak....
 -Pij, pij, będziesz łatwiejsza.
- To jeszcze bardziej mogę? Ech, i co z tego skoro wymiękasz.
- Poczekaj aż wrócimy do domu.
- Jasne, chyba na kawę- droczenie się z Moonkiem jest jak powietrze: niezbędny element wspólnej egzystencji.
Dziadek szybko przerwał naszą konwersację:
- Czemu nie zjadłeś pierogów? - zapytał się  Starszego.
- Fuuuj, babcia niedobre zrobiła.
- Widzisz, a ja muszę je jeść. I jeszcze na mnie krzyczy, że wydziwiam.
- To ona wydziwia przy tych przepisach - wtrącił się mąż - przecież ruskie to ser, ziemniaki i cebula, a nie jakieś cholerne dodatki.
- Ej, Starszy powiedz coś babci, obroń dziadka - podpuściłam syna.

Syn nie wiele myśląc wleciał do domu i nie bacząc, że do babci przyszła jej koleżanka, zaczął krzyczeć, by zaczęła robić pierogi ruskie jak kiedyś, a nie znęcała się nad biednym dziadkiem. Babcia dostała po nosie, bo jak to tak przy znajomej, słowa takie, przecież ona jest mistrzynią kuchni.
A dziadek miał zaciesz jakich mało.

A ja miałam stracha jakich mało.

Pewnego pięknego poranka siedzę przy lapku przeglądając neta. Słuchawki w uszach, kawa, cudowny stan reanimacji duszy, a tu nagle wdziera mi się głos w głowę:
- HAAALOOO!!!! HAAAALOOO!!!!
Głos?
Co jest?!
Patrzę na lewo- książki spokojnie leżą i żadna nie uśmiecha się.
Patrze na prawo i .......facet stoi na balkonie.
- Halo!!! Proszę sprzątnąć pranie, bo będziemy remontować balkony.

 I od poniedziałku zacznie się remont balkonu, remont futryn, egzamin Starszego, występ Młodej, a w sobotę impreza pogrzebowa, ech.....





piątek, 13 czerwca 2014

Homo od Kury :D

Pewnego pięknego dnia wygrałam u Anny, słynnej Kury,  książkę - Homoseksokrację Matta Mayewskiego. I to z autografem autora! O Wow! :)

Jak to się stało?
Tak to się stało:
http://anna-sakowicz.blog.pl/page/2/

Odtańczyłam dziki taniec radości i wikłam w kartki książki.



Początek historii był trudny, ale potem jak zaczęłam oddychać tym powietrzem, to oderwać się nie mogłam.



Homoseksokracja  to wizja świata, w którym rządzą homoseksualni, a hetero są mniejszością mieszkającą w getcie. Wizja ta jest dość diabelska, ale w tym szalonym koncepcie zmuszająca do myślenia. Ideologia, która wobec dzisiejszych zmian seksualności,coming outów i walk o prawa mniejszości, wybiega daleko do przodu.

Jak dla mnie książka ta jest lekcją tolerancji. Brak akceptacji innych ludzi prowadzi do tragedii. Adolf Hitler zresztą pokazał to światu. Przez fobie sami siebie obdzieramy z człowieczeństwa. A dominacja jednych idei niszczy wszystkich ludzi.


Matt Mayevski dość wnikliwie opisuje świat, który stworzył. Świat walk politycznych oraz jednostkowych przypadków. Innymi słowy homofobia kontra heterofobia. A jakby było mało to w tym wszystkim wyłania się mizoandria, gynofobia, femminonazizm, poliamoria.
I szaleństwo.
I zakłamanie.
I potrzeba miłości.
I schyłek wartości.

W HS (homoseksokracja) rządzi partia ZPF ( "Na zawsze piękni i młodzi"), która promuje zawieranie kontraktów partnerskich oraz promuje homonaturalizację dzieci hetero. Ich przeciwnicy polityczni maja jednak inna wizję. Wszystkim jednak chodzi o jedno: o władzę, nie o człowieka.

Jedno co łączy wszystkie partie HS to branie psychotropów, balangi.  Nawet konwenty wyborcze stają się jedna wielka imprezą. Hedonizm stał się rzeczywistością.
 "To ciągle pobudzanie zmysłów podczas konwentów skutkowało wzmożona aktywnością seksualną. W wielu miejscach rozlokowano wprawdzie kabiny intymności z darmowymi akcesoriami oraz próbkami używek...."

A to co się dzieje w getcie nie mniej przeraża. Gangi handlujące dziećmi są codziennością. Codziennością jest alkoholizowanie się, ucieczki z domów, przemoc i wycie psów. Zanik ludzkich uczuć. Bo w biedzie wszystko umiera.

".....nie pamiętał innego świata,  niż ten w którym żył. Oficjalna propaganda, łącznie z edukacją, głosiły, że homoseksualni zawsze rządzili światem, i tylko dzięki nim rozwijała się cywilizacja. Jednak zdarzało się słyszeć także inny, alternatywny scenariusz historii, przekazywany nieoficjalnymi kanałami informacyjnymi. Według najstarszych mieszkańców HG (heterogetta) to heteroseksualni byli kiedyś dominującą większością, a homoseksualni musieli się ukrywać.."



Matt Mayevsky używa oryginalnego języka, którym opisuje stworzony przez siebie świata. Z czasem nowe sformułowania stają się przyswajalne, a fabuła wciąga coraz bardziej.
Intrygi, losy bohaterów, zwroty akcji powodują, ze coraz trudniej było mi oderwać się od książki. A zakończenie, powiem szczerze, rozśmieszyło mnie. Pomyślałam sobie: - ha! i bardzo dobrze!

Przewrotność sytuacji oraz zdarzeń czyni tą książkę lekturą wartą uwagi. Lekturą, która budzi wiele emocji. Ta książka nie jest tuzinkowa. Warto po nią sięgnąć, bo jest inną, niż wszystkie historie.
Historią, która zapada gdzieś w duszy czytelniczej.










środa, 11 czerwca 2014

roztrzepanie



Poszłam do sklepu rozmienić pieniądze. Nie kupić papierosy, ale rozmienić pieniądze. Tak to się nazywa. Wracając, obejrzałam się za siebie. Na ulicy leżał zwitek banknotów. Podniosłam. To było moje 80 zł. Ucieszyłam się. W końcu znalazłam coś co mogłam utracić.



Obierając marchewkę poniosło mnie gestem. Kciuk poczuł moc ostrza.
- Ty, mamo zawsze musisz sobie coś zrobić!
- A ty musisz wciąż tak mi mówić?

Rozpoczął się sezon tanich truskawek. Nie ma to jak roztrzepaniec. Kefir, owoce, mikser. Odpaliłam maszynę na najwyższe obroty zapominając założyć przykrywkę. Kuchnia zrobiła się taka jakaś inna. Kolorowa. Letnia.

Potem sprawdziłam czyjś samochód. Dobre miał hamulce. Zatrzymał się koło mnie. Przeprosiłam.

Wracam na obroty swojego zagubienia. I zabijania się o kanty stołu. Mam piękny, kolorowy i taki wielki siniak na udzie. Stempelek niepoczytalności.


utonęłam

Sny są projekcją uśpionego rozumu. Nie mamy władzy nad swoimi snami, dlatego fundowane jest nam kino własnej podświadomości. Bywa to bogaty i zróżnicowany repertuar.
Nasze lęki, obawy, traumy, marzenia, pragnienia są scenariuszem dla nocnego filmu. Czasami budzimy się szczęśliwi, bo sen był fascynująco uroczy. Czasami budzimy się szczęśliwi, bo horror się skończył.

Tej nocy śniło mi się, ze byłam nad morzem. Kiedy wszyscy się kąpali siedziałam samotnie na brzegu. Przyszły fale i ludzie wyszli z wody. Fale były piękne. Mocne, dzikie, niespokojne. Odczułam potrzebę zmierzenia się z nimi. Czułam nieziemską moc w sobie. Wskoczyłam do wody, machnęłam dwa razy rękami, chciałam coś krzyknąć komuś na brzegu, komuś kto czekał na mnie, ale fala mnie zabrała. W tym momencie obudziłam się będąc na pograniczu orgazmu. To było coś niesamowitego. Taka mała śmierć. Podwójna rozkosz. Mogę umierać.

Przy kawie dostałam ataku śmiechu, myśląc sobie, ze :
primo: śmierci nie ma co się bać, w końcu jest to ostatni orgazm (zajebisty, tylko jak zwykle trzeba się, otworzyć, a nie bać się - stąd te uśmiechy zmarlaków w trumnie);
secudno - może ludzie boją się śmierci, bo nie wiedzą czy po tamtej stronie będzie ktoś na nas czekał (kochał).



Później, wiedziona babską ciekawością, wskoczyłam na sennik i przeczytałam:

Utonięcie - bezradność wobec uczuć które ogarnęły śniącego; tonięcie we śnie wskazuje na brak inicjatywy w kreowaniu własnej przyszłości; to także przestroga przed biernością, która może cię zgubić.

utonąć, utopić – sen taki oznacza zazwyczaj brak umiejętności poradzenia sobie z napływem uczuć,  swojego rodzaju przeciążeniem emocjonalnym. Może zwiastować również brak stabilizacji życiowej, śniący zostanie sam w trudnej sytuacji, bez poczucia kontroli i z dramatycznym uczuciem braku oparcia.
Według innych interpretacji sen, w którym toniemy jest swoistą próbą odwagi, która apeluje o ostrożność w życiu.


Słowa klucze niczym jaskółki przefrunęły mi nad głową. Znudzona życiem zatraciłam radość istnienia.
Każdy dzień jest taki sam. I będzie wciąż taki sam. I choćby się nawet coś działo to i tak będzie taki sam dzień. Jak się jest trupem emocjonalnym to żadne wydarzenia nic nie zmienią. Bo one też są wciąż takie same. Powtarzalność pogłębia marazm.

Kochany mąż, kochane dzieci, szczęśliwy dom i moja pustka.

Zabawne jest jak będąc na postoju życia można się rozbić. Rozbić się w tym momencie, kiedy powinno się delektować każdą chwilą. Bo jest czas, by nacieszyć się tym co jest i docenić.
Powinno...

Ostatnie dni były pięknymi godzinami. Sama z dzieciaczkami ogarniałam codzienność zasypiając bez myśli. Lubię takie bezmyślne życie. Gonitwa nie pozwala na zaangażowanie się w siebie, we własne pragnienia, wyobrażenia, emocje. Ucieczka od siebie. Od pytania o sens życia. Bo najgorzej jest zacząć się pytać.

Mam poczucie życia w labiryncie. Pełno jest dróg, mogę iść gdzie chcę, ale wciąż poruszam się po tej samej płaszczyźnie idąc wciąż tymi samymi ścieżkami, nie widząc wyjścia.

Chcę wyskoczyć z życia, z siebie, z marazmu, z powtarzalności, z mechanicznych dni.

Zachłanność przynosi zagubienie. Więc pewnie utonę ....

Bywa.


Bywa, że człowiek nie docenia tego co ma, bo uważa, że gdzieś jest coś lepszego, fajniejszego, bo wciąż szuka wrażeń i wskrzeszenia własnej duszy. Wciąż poszukuje większych wrażeń. Bo może być intensywniej, mocniej. Bo nie chce trwać chcąc żyć. Tyle, że będąc ślepym nie odzyska się wzroku.
Ułuda znalezionych nowych, ekscytujących chwil daje inny smak. Na moment.
Odwieczni wędrowcy będą zawsze błądzić. A złoto w ich w rękach zawsze z czasem w nicość będzie się zamieniać. Choć wciąż jest złotem, to jednak ten blask już nie cieszy. Ludzie, chcąc się odnaleźć, gubią się we własnych zmysłach. Ale wędrówka jest lepsza od trwania. Nienasycenie wzmaga apetyt. Tyle, ze można pewne rzeczy przejeść. Bezpowrotnie. Tylko kto ma pewność, że akurat to jest to?
Niepewność jest niebem pod którym śpią wędrowcy.




Dlaczego wciąż się trzymać jednego koloru skoro jest tyle barw?
Dlaczego wciąż czuć jeden smak, gdy jest tyle smaków?
Dlaczego wciąż czytać jedną książkę, gdy jest tyle książek?






Musze siebie ogarnąć. Postawić do pionu. Ta wieczna huśtawka rozwala mnie. Raz sięgam nieba, a raz zaskakuję z chmur waląc twarzą w glebę. Ucieram sobie nosa.

Tyle, ze jakoś coraz mniej mi się chce żyć....
Tyle, że jakoś żyć mi się chce intensywniej...


Fale ...











„Często najlepsze chwile w życiu to te, kiedy nic nie robisz, tylko zastanawiasz się nad swoim istnieniem, kontemplujesz różne sprawy. I tak kiedy na przykład mówisz, że wszystko nie ma sensu, to nie może do końca nie mieć sensu, bo przecież jesteś świadom, że nie ma sensu, a twoja świadomość braku sensu nadaje temu jakiś sens. Rozumiecie, o co mi chodzi? Optymistyczny pesymizm.”
Charles Bukowski "Szmira"


czwartek, 5 czerwca 2014

.....



Chcę wódy i seksu. Nic poza tym. Takie aspiracje życiowe. Snopki emocji na polu znużenia.
Walić się bądź walić w ryło.

Przyjemna fala zniszczenia. Podnosić się, by upaść. Upadać, by się podnosić.

Zakaz posiadania broni czyni mnie wciąż żywym człowiekiem.
Jeszcze żywym człowiekiem...
A to by było takie proste - jeden strzał. Pewność bycia trupem.
Urwana szczęka, mózg na ścianie. Ostatnie dzieło. Elipsa istnienia.
Esencja życia: proch wymieszany z gównem.

środa, 4 czerwca 2014

foto:P






Drzewa bywają zachwycające. Niby norka a jednak niczym niemy krzyk człowieka. Na górze widać oczka. Oto drzewo co w nocy pożera spóźnionych przechodniów.

- Są tam kości czy jakieś zwierzątko mieszka?





 Tęcza - chyba każdego w każdym wieku cieszy, chyba ....




Oto kraina mlekiem płynąca, po prostu:)))))))))))
(oczywiście, nawet zrobienie budyniu przerasta mnie :D)





Tutaj sobie polatali, potem też latali
a w Dzień Dziecka mieli byczo - zamiast obiadu - szejki lodowe - niebieskie :))))







No to się nie dam ;PPP






Młoda już nie ma takich włosów długich. Tak chciałam podciąć, a potem wyrównać, że  suma sumarum szyję widać.......ups ......i dalej jest krzywo......ech......






Tęcza - oby zawsze było bajecznie i kolorowo :)))






Starszy zjechał na linie z wysokości prawie ok. pierwszego piętra, a potem chodził po linie rozwieszonej miedzy drzewami.
Jak tylko stanę na nogi będę mieć super kumpla do parku linowego, oooojeeee :))))







Tym razem moje samotne piwo .......







Były dwie kule Młodej :)))
a Starszy narysował już jedną :))))
z krzykiem:
-  Zapomniałem kulę narysować!!!
- Synu, nie rysuj, bo po co?
- Bo tak i już!


I jak widać, patrząc na oba rysunki,  w ciągu tych paru miesięcy nogi przytyły mi :P:D







Zygmunt wciąż żyje :DDD










wtorek, 3 czerwca 2014

naiwnie tak bardzo...


Dzień Dziecka miał być dniem kolorowym i pełnym atrakcji, więc porwaliśmy dzieciaki na miejskie atrakcje.
Rynek. Było trochę ludzi łażących tu i tam. Jak barany. Kręciołki pośród Cyganerii. Bo ta akurat w takie dni wypływa jak fala powodziowa po dniach ulew. Kolorowy krzyk niczym cygańskie logo.


Dotarliśmy do epicentrum rozrywki.
Animatorka zachęcała dzieci do przebierania się w ciuchy. Ubrania leżały gdzieś koło niej w pudle. Takie powrzucane tobołki wyglądające jak rzeczy wysypane z pojemników PCK. Jedna, odważna dziewczynka podeszła, ale jak podniosła czerwoną szmatę to rzuciła ją z powrotem i wróciła do rodziców.
 A może to miał być trening dla dzieci - jak radzić sobie w szmateksach?!

Druga prowadząca, w chwilach ciszy, krzyczała chcąc zebrać grupę chętnych do śpiewów, ale dzieciaki wolały rączki rodziców. Nic dziwnego, bo gdzie miały iść?

Chaos wypełniał wszystkich.

Gdzieś jakieś panie malowały buźki, ale... chęci to nie umiejętności. Dzieci wyglądały na plamkowiaków - plamiaste twarze wyrażały tylko plamy. Mało kolorowe zresztą.

Impreza  była żenująca jak całe miasto. No, ale podobno wystarczy puścić wesołą muzykę i jakoś to będzie.
Tyle, ze jakoś nie było.


Poszliśmy stamtąd na lody i mrożoną kawę. Kawa otworzyła mózgi - idziemy na plac zamkowy.

Dzieciaki wleciały na plac zabaw, który został na ten dzień przygotowany, a my do ogródka.
Było cicho, miło spokojnie.
Wakacyjnie.
Było dopóki nie wdarł się Marsz Życia i Rodziny. No ale nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji.

Na transparentach były hasła typu NIE DLA MASTURBACJI 4-LATKÓW, NIE CHCEMY PAŃSTWOWEJ SEKSUALIZACJI, CHCEMY SZKOŁY WOLNEJ OD DEPRAWACJI, koszulki u pań MATKA W MODLITWIE. Przemowy oraz puszczanie wystąpienia Jana Pawła II były dopełnieniem tego zjawiskowego spotkania. Marsz na Dzień Dziecka. Bosko po prostu, bosko.
Musiałam wypić jeszcze jedno piwo, by to ogarnąć. Ale nawet po trzecim nie udało mi się tego zrobić.
Za to był piękny sik - długi i prosty.

Miasto okazało się jeszcze bardziej przygnębiającym miejscem. Miejscem, gdzie imprez bez kościoła nie można zorganizować. Możemy być przykładnym miastem dla prawicy.
Msza święta i pochody patriotyczno-katolickie są stałymi punktami wszelkich świąt.
Święta Ziemia znalazła swoje nowe miejsce. I jeśli Jezus zmartwychwstanie to zrobi własnie tu, w tym moim mieście. W małym Watykanie.

W miedzy czasie okazało się, ze jednak jest program artystyczny. Dzieci ze szkoły katolickiej dały występ. Cyrkowe przedstawienie. Co nas uderzyło oprócz nudy i kiepskiego scenariusza? Treserem był chłopiec, a lwem dziewczynka. Jak on machnął batem tak ona wiedziała, że ma iść.
Znaj kobieto swoje miejsce....
Hm, chociaż to wyglądało na fajną zabawę i może miało być jakąś zawoalowaną  inspiracją, może..

Ale nie, nie, po katolicku robi się "to" z kalendarzykiem w ręku i pod kołdrą.

Dalsza złośliwość nas ogarniała ...

Zastanawiało nas dlaczego nie było haseł: NIE DLA PEDOFILII KSIĘŻY, NIE DLA AGRESYWNYCH ZAKONNIC.

Hm...

Szkoła deprawuje dzieci? Ale to kościół gwałci jak nie umysł to ciała dzieci. I to nie tylko teorią.


Czemu ma służyć taka demonstracja? Komu?

Katolicy mają szkoły katolickie, więc mogą mieć edukację zgodną z ich ideologią.

Dlaczego jedna grupa ma innym ludziom narzucać zasady według których powinno się żyć?

Na jakiej podstawie?

Kto atakuje polskie rodziny?


Polska rodzina jawi się niczym Józef, Maryja i Jezus.

Świętość nie do ruszenia.

Zwłaszcza jak on leje ją.

I dostają też dzieci.

Ale co tam - idą razem za rączkę, i to co niedzielę, do kościoła, więc są godni naśladowania.

Pewnie, że tak...



Oczywiście można było podpisać petycję. Na internecie też jest, a jakże. Petycja do Prezydenta.

cyt. Uważam, że polska szkoła powinna być wolna od wpływów ideologii i treści, które mogą szkodzić dzieciom. Jako głowa państwa, ale również rodziny, z pewnością zdaje sobie Pan sprawę, jak wielkie znaczenie w procesie wychowawczym ma przekazywanie dobrych wzorców. Niestety, dziś osoby i organizacje propagujące treści kwestionujące rolę rodziny w rozwoju człowieka mają otwarty dostęp do dzieci w polskich placówkach oświatowych.

Dlaczego zatem w państwowych placówkach prowadzone są lekcje religii? Przecież polska szkoła powinna być wolna od ideologii i treści.

A gdzie jest miejsce na tolerancję?

Kto młodych ludzi nauczy tolerancji? Rodzice zapatrzeni w doktrynę religijną?

A oni nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecko wyhodowane pod stronami Biblii może być homo? I co wtedy?

No co wtedy?

Aha, synu, masz powołanie zostaniesz księdzem?

Córo - jesteś wyklęta. Albo zakon?

Infantylnie żartuje, ale za tym kryją się czasami dramaty ludzi.

Zupełnie niepotrzebnie.


Kolejna treść:

cyt. wyrażam swoje poparcie dla projektu zmiany Ustawy o systemie oświaty poprzez dodanie w nim artykułu 4b w brzmieniu: Szkoły i placówki przekazują wzorzec małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny oraz tworzonej przez małżonków trwałej rodziny jako optymalnego środowiska wychowania dzieci.


Trwałej rodziny. Trwałej ....Trwały to może być super klej. Albo zaprawa murarska.

Przykazanie 11 daje wam: Niech dzieję się co chce macie tkwić razem na trwałe choćby związek gównem był.

Czyli rodzina jest cool, reszta beeeeeeeeee.

Mamy dzieci, więc zakaz rozwodów.

A może by tak pójść dalej: proponuję by po rozwodzie rodziców oddać dzieci innej rodzinie, jako optymalnemu środowisku.



Patrząc na to wszystko poczułam się jakbym odbyła podróż do średniowiecza.

Szkoda, że nie było diabłów co pieką wszystkich homosi, rozwodników, i kogo tylko by tam chcieli.

XXI wiek ....a czas jakby stanął w miejscu.

I jeszcze te Deklaracje Wiary podpisywane przez lekarzy.

Co się dzieje?





A żyj człowieku jak chcesz, zgodnie z sobą i daj innym żyć. Żyj tak, by nikomu nie robić krzywdy. Ani sobie. W końcu każdy jest ważny.

I tyle.

Proste.


Lepiej mieć otwarty umysł niż oglądać świat przez szablony.


Szablony jakie narzuca nam kościół.


Bo najważniejszy jest człowiek.


Nie chore ideologie i doktryny.


Czwartego piwa już nie wypiłam w obawie, ze wejdę na górę i zwymiotuję na to wszystko.