piątek, 28 marca 2014

po strzale


Pojechałam do szpitala. Miesiąc minął. Nie wiem w jakim stopniu sprawności jest noga. A boli jak zginam. Nic nie wiem.
Ani jak długo będzie trwało leczenie. Ani nic a nic nie wiem. NIc.
Tak to jest jak prowadzącego lekarza brak. Ha!


Izba przyjęć. Godzina z głowy.
W końcu poszliśmy do przebieralni. Czekając na pracownika porozglądaliśmy się trochę dookoła. Odpady medyczne?
- Chcesz hemoroida?!
- A może tak hemoroida?!



Ten sam tekst w tym  samym momencie. Śmiech. Ech ten durny film (Wilgotne miejsca) chyba nie wyjdzie nam z głowy. Obrzydlistwo mega.
Przyszedł facet:: obroża na rękę, zdanie ciuchów i jazda na górę. Windą do nieba.
Na górze znowu  zapisanie danych. W końcu pacjent pomiędzy pietrami może zniknąć.
Mnie tak straszyli w windzie, poważnie. Ekipa żartownisi.
 Tak wiem wiem narządy zawsze się przydadzą.




Stanik? Biustonosz? Podwiązki?! :)))




Pokój.
Numer 333.
1/3 z 999
Zaczyna być dobrze. Trzyosobowy pokój.
W matematyce tkwi prawda absolutna.

- Cześć, dzień dobry.
Kolano legło po środku, między haluksami. Druty w nodze to dopiero wyzwanie, nie ma co.

Zawołano mnie do gabinetu zabiegowego.
- Poczekaj - poprosiłam mężula.

Przy pobraniu krwi usłyszałam, że będą mnie znieczulać.
- Tak? -zdziwiłam się..
- No tak.
- Ale jak? Przecież to tylko zastrzyk.
- Znieczulenie ogólne, ale na razie weflonu pani nie założę.
 - No wiem, ale to żart?
- Nie, będą robić to pod kamerami
- Eeeee.....
Zdziwiłam się, bo ostatnio babka miała taki strzał w kolanko i to był moment, bez sali operacyjnej. Właściwie to liczyłam na to, że dzisiaj wyjdę.
Zresztą skąd mam cokolwiek wiedzieć? Gówniana sytuacja.

I jakby mi było mało niusów to powiedziano mi, ze mogę tkwić do piątku. Do piątku! Cztery, o zgrozo, dni. Znowu mam jechać na dwóch kromkach od siedemnastej do ósmej rano? Auć. Moje sadełko.
A ja nawet sztućców nie wzięłam. Ani kubka, ani kawy. A tu co? Cyrk jakiś.
Znieczulenie? Kuweta? Cztery dni? WTF?! Zbladłam.

Mężulo poleciał kupić sztućce, kubek, kawę. Mówiłam, bierz plastik, albo inne barachło.
Przyleciał.


- Ostatni uczta ma być w klimacie wyższej kultury.
Dowcipniś, jasna cholera, znalazł się.

I poszedł sobie.
Haluksy spały.
Co tu robić?
Ekg. Po ekg - fajka. Czemu nie. Bo co tu robić?!

Szpital odstawia człowieka na bok. Tor ślepy. Poczekalnia. Zaułek wyciszenia. Zostaje tylko człowiek i jego choroba. Zabawa w nudę, bez ekscytacji i orgazmu. Oczy wypatrują w suficie znaków boskich, a ciało spoczywające w pościeli nawet nie drgnie, żadnym palcem. Rezygnacja.

Ruch uliczny, który zza okna wpada z łoskotem jest jedynym świadectwem toczącego się życia. A jednak gdzieś życie żyje...Koło na poboczu leży, a mechanizm nie stanął. Bo i czymże jest jedno istnienie wobec tylu istnień?

Powieki chcąc coś zmienić opadając na oczy ślą im inny obraz. Niestety sztuczka nie powiodła się, ciemność przygniotła. Wystarczyły dwie godziny ciszy absolutnej do odlotu. Marazm. Można ześwirować. To takie w sumie proste. Dać się wchłonąć szaleństwu. Wciągnąć.Tylko sił brak na krzyk.

Pewnej nocy dziewczynka przybiegła do łoża matki. Wtuliła się w nią szepcząc o strachu. Bo coś gdzieś było, chodziło. Matka objęła czule dziecię swe mrucząc ciepłym głosem: -Kochanie, nie bój się, jestem, spij. Ale mówiąc to czuła, że coś jednak w mrokach pokoju czai się. Sama zadrżała, leciutko. Przebiegł cień? Nagle dziecko podniosło swoją głowę, usiadło jakby było zahipnotyzowane i nie reagując na słowa matki zaczęło kręcić  głową na boki. Ruch był nasączony dużym niepokojem. Matka mówiła, kochanie, stało się coś? chodź się przytul, lecz dziewczynka obracała tylko głowę raz prawo, raz w lewo, głucha na słowa matki.. Zaniepokojona i coraz bardziej wystraszona kobieta zaczęła dopytywać się: Kochanie co jest? co ci jest? Dziecko nie reagowało, a w ciszy ciemność zaczęła szeptać. 
Matka sama zaczęła rozglądać się pełna strachu. W tym momencie dziecko, jakby wyrwane z transu,  spojrzało na matkę  czarnymi oczami. Oczami, które były jak kulki szklane, nie widziały nic. Tylko usta jakby w ironicznym grymasie zadrżały. Wydawało się, że zaraz wychyli się z nich kieł. To nie było dziecko, to była istota obca. Bez wyrazu i uczuć. Matka zadrżała, ten szept, ta obcość, ten zgiełk cieni, ten wzrok co zastygł. Coś opętało córkę!!!!
To nie dziecko to Laleczka chuky?!!!!!
Gdyby matka miała mózg wyżarty to by zabiła, a tak roześmiała się z tego wszystkiego zapalając lampkę.

Dzwonek telefonu wystraszył mnie. Mężulo:
- Byliśmy w przedszkolu po Młodą. Ubierałem ją, a ona opowiadała o gadach i wężach,....... no byli na wystawie. ....... Nie wiem ,ale słuchaj,  ona trajkocze, ja ją ubieram, a Starszy stoi obok i nic nie mówi. Mamy wychodzić a Starszy- co ty w kapciach idziesz? Hahaha zapomniałem jej butów włożyć.  I wiesz co Młoda zrobiła? Poklepała brata po głowie mówiąc: Treściwy facet.
Treściwy facet? Strzał w 10-tkę. Hahaha. Pogadaliśmy trochę.

Przyszła pielęgniarka. Zapytałam się o zastrzyk. Zaczęła się śmiać mówiąc, że to robi się u nich, w gabinecie zabiegowym. Bez znieczulenia nawet miejscowego, bo to tylko ukłucie.
Super. I bądź tu człowieku mądry.


Sen.
Sen nie przychodził.
Po korytarzu coś chodziło, czaiło się i dyszało. Vader?! Schowałam się pod załatana łatami kołdrą i zaczęłam liczyć barany. Ledwo zaczęłam, a już padłam, tak jakoś przy Tusku. Zniesmaczenie dobiegło do bezsenności. Dwa trole opowiadające dziwne żarty.
Ja i trzech murzynów też nie dało rady. Wizja poległa, choć tak zatopić się w czekoladzie, hm, a białas byłby w tym układzie rarytasem.
Wizja gubiła się w nocnych odgłosach szpitala...sen nie nadchodził.
Tylko kolano wyrywało z bólu.
A kobietkom wyrywało  się chrapanie. Ciszej, psze panie, ciszej, teraz wzywam do siebie obraz........a nie powiem z kim zagubiłam się, ha. A co. Ha!
Hm...
Nie mogę spać jak nie mam co z rekami zrobić. No bo jak? Szpitalne łóżko, cholera, ile tu dup różnych musiało tkwić. Bleh. Sen uciekł pogoniony tabunem myśli o tych co tu leżeli, sikali, krwawili, puszczali bąki, odciskali hemoroidy.
Dorwało mnie wspomnienie. Dokładnie kwadrans temu, znaczy się 15 lat temu obroniłam się na pięć.I co z tego mam? Aaaaa satysfakcję, ano tak, tak, satysfakcję, no tak, tak...Piliśmy w knajpie. Dzbany piwa krążyły wśród nas radośnie. Ledwo weszłyśmy do pociągu. Toasty w przedziale też były. Do domu wracałam mocno chwiejnym krokiem. Ale dotarłam nie nocując w rowie. Za to wpadłam do wc.
- Co robisz?
 - Hyyyk......pierwszą magisterska kupę.
I życie potem miało być piękne i boskie. I było. Aż tu nagle ....kanał...Gdyby nie on nie było mnie tu, w tej przestrzeni.... Przestrzeń ........

Obudziła nas pielęgniarka, czas zmierzyć temperaturę. Potem było wejście smoków. I sen. I nuda i czas, który stanął w miejscu.
I papieros przed zabiegiem, bo co tam.
Net przestał działać, fuck. Za to przestałam mieć problem z smsami.
Zawołano mnie do zabiegowego. Wielka strzykawka uśmiechała się do mnie ironicznie. Ha czekam tu na ciebie tralalala. I to ma być wypełnione moja krwią? I zostało. Zeszło ze mnie nieco więcej niż pięćdziesiątka. Niewiele, ale strzykawa robiła piorunujące wrażenie.

- A zapłacili ci za to? - mężulo zbrechtał się wbijając na klimat Jarmuscha. Krew dla wampirów, tyle, ze teraz ja czuję się jak córa Draculi, krwi potrzebuję, krwi.

Przetasowanie na sali. Haluks odszedł, przyszła endoproteza.
- Spędziłam dwie godziny na izbie.
- Tyle ludzi?
- Nie, cztery osoby, ale system zawiesił się. Kobitka nie tak wbiła dane.
Czyli zawsze może być gorzej.

Tak kawy chciałam się napić, coś zjeść, a tu nic, nic, nic nie można. Nawet łyka wody. Za to fajka, a jak.
Przyjemnie tak sobie dymek puścić.

W końcu zawołali mnie do zabiegowego.
- Proszę się wyluzować
- Jak pan trzyma w ręku taką strzykawę? No way.
Ale jakoś tak odjechałam, i byłam dzielna- cyk i poszło. Moja odwirowana krew wróciła do swojego ciała.
Nie można było tak wczoraj? Z miejsca? No nie można było.

Dopadłam obiad. Zabrałam się za drugie danie. Buraki, ziemniaki i pulpet. Pulpet o smaku tak wyjałowionym, ze nie czuć było mięsa. Może i dobrze?A może w ramach oszczędności tak przerabia się resztki z amputowanych kończyn? I dodaje się full trocin, by nie było czuć.

Trzynasta, i co tu kurwa robić?
Zjeść zupę?
Zimna breja.

Sms - chcesz pierogi , chłopaki już jedzą, świeże.
Ech mamuśka, mamuśka, ja ci kiedyś główkę ukręcę za znęcanie się nade mną.
Pierogi ......aj.

W szpitalu najgorsze jest to leżenie. Zresztą gdzie tu iść? Po co?
Leżałam z lodem na kolanie, odcięta od neta jak od świata.
A czy mi źle?
A czy mi dobrze?

Potem porozmawiałam z ordynatorem, ale poszło nie tak. Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Lubię jasne sytuacje, wiedzieć co i jak i na czym stoję. Mam dość - od roku wciąż to samo. Od Annasza do Kajfasza.
- Jestem pod pana opieką od początku i nie chciałabym żeby to się zmieniło. Wie, pan ,mam dość, co chwilę inny lekarz, teraz w przychodni jakiś fizjoterapeuta. Nie wiem co i jak dalej.
Odeszłam z niczym czując się ze coraz bardziej zapadam się w dupie czarnej. Mam być w przychodni. W porzo, tylko tam przyjmuje taki lekarz jaki jest. Po prostu.
Wkurwiło mnie, zdołowało.
Nie mówiąc, że miałam trudności, by się zarejestrować tam na wizytę kontrolną. A szlag z tym.

Ławeczka, papieros i ci ludzie na ulicy  spieszący się nie wiadomo po co i gdzie.

Na kolację dali jajko. Jedno jajko. Głodnej tak? Jedno jajo? Zaczęłam się chichrać ze swoich kretyńskich myśli. Jedno jajo ...
Mężulo zawsze mówił ze jestem zrypana:
 -To wybij mi to. Swoją maczugą,
Moje myśli jak głaz tkwią nienaruszone zarastając mchem perwersji.
A teraz co?
Przymusowa samotność. Na drugi raz zakoszę dzieciakom maskotkę. Zanurkuje w niej nosem. Taki pieszczoch ze mnie buhahaha.  Perwersyjny.

Zrobiliśmy ucieczkę na fajkę. Dwie babki na kulach. Przebiegłe bestie jednonożne. Tyle ze gościówa miała gips na nodze. Chciałyśmy gwizdnąć wózek, ale jak tu pchać? O jedną kalekę za dużo.

Telefon. Pogratulowałam synowi zdania egzaminu. Zdobył niebieski pas. Super.

Telewizja,książka rozmowy.
Ostatni papieros. Ochroniarz wyszedł z nami. Rozwalił mnie jego srebrny sygnet. Potęga.
Zapaliliśmy.
W ciszy, w smogu miasta, w świetle lamp.

Na sali babeczka chciała poprawić łóżko. Odsunęłam szafkę i chlast, kubek przytulił się do poduszki, a fusy po kawie rozgościły się na moim prześcieradle.Hahahahaha, pięknie. Wzorek był do dupy, nie szło z niego nic wyczytać.

- Przepraszam ale mam problem. Załatwiłam resztką kawy prześcieradło, można zmienić?
 Nie było problemu. Super, dziękuję.

Sen. nie nadchodził. Głębokie wdechy i wydechy wydobywające się z pokoi na korytarz wywoływały u mnie śmiech.
YYYychryyyy, chryyyy Yyyychryyyy
Vaderki w kokonach?
Człowiek naprawdę jest jak materac.
Yyyygryyyy hyyyy
Człowiek ja materac, pompuje się....materac,,,,,sio myśli nieczyste.....myśli...pompowame ...

Poranny obchód.
- Do domu dzisiaj - powiedział lekarz i poszedł do pacjentki obok. Tylko tyle? A co dalej?
Kiedy wychodzili zapytałam się:
- Przepraszam ale co dalej? Bo nie wiem, czy mam ćwiczyć nogę.
- Widzicie - ryknął ordynator - a ta swoje pępek świata się znalazł, myśli, że jest najważniejsza
I coś tam gadał. Bezczelność ma, była wielka.
-Przepraszam, ale nie znam zaleceń i nie wiem co robić, a zdrowie jest dla mnie ważne.
- Proszę nie ćwiczyć, niech noga odpoczywa,  kule na  trzy tygodnie i kontrola - odparł inny lekarz.
- Dziękuję.

Pępek świata? Fajnie. Przepraszam, ze się pytam. To mało istotny szczegół - zakaz ćwiczeń. Dalsze leczenie.

Ja naprawdę nic nie wiem. Ćwiczyć, nie ćwiczyć, jak? A potem co? Ile to potrwa? Jakie są rokowania? To nie jest śmieszne. Już mi rok życia spierdzielono. Nerwy mi trochę puściły. Ordynatorowi zawdzięczam wiele, ale cholera mógłby czasami wysłuchać do końca, a nie wykrzykiwać swoje zdanie, nie do końca słuszne. Czy to jest zbrodnią, że nie chcę trafić na byle kogo?
Ech...jak wyjdę z tego to mam nadzieję, że przez 20 lat nie będę oglądać białych fartuchów. Trzeba mieć zdrowie, by chorować, albo mieć szczęście do prowadzącego lekarza.
Ale czy to tak wiele, by  minutę poświecić dla pacjenta, powiedzieć co i jak?

Wywieźli babeczkę na operacje. Wróciła po trzech godzinach ubawiona, bo słyszała wszystko
- Mówię wam, ale te przekleństwa latały pomiędzy młotkiem a piła. - zaczęła udawać głos lekarza -Kurwa mowie ci daj mi to hahahah i tak cały czas, szkoda tylko ze nie widziałam jak to piłowali...

Rehabilitantka wraz z praktykantami przyszła uczyć nas poruszani się kulach.
- Ale ja umiem.
Mam iść. W porzo. Klatka schodowa. Przy stolikach siedziały zakonnice i pacjenci. Obserwowały swoją koleżankę w habicie, która uczyła się schodzić z góry.
Podeszłam na schody mówiąc ze wiem jak to jest. i cyk - hop hop hop w dół i cyk na górę.
 I co?
Dostałam brawo od zakonnic, aż się ukłoniłam. Poszły jeszcze większe brawa.
- Dziękuję. To siła dziewczyn, powiedziały ze dam radę to dałam - skwitowałam ze śmiechem.
Bo takie chodzenie nie jest wbrew pozorom łatwe.

A potem nastąpił zwis. Pępek świata czekał na wypis. Inni hyc hyc do domu a ja nie.
Największy problem tkwił w tym, że bez wypisu nie mogłam zarejestrować się w przychodni.

A czas leciał.

Przyszedł lekarz.
-Wypis był nie wiem czemu  dziewczyny nie znalazły, proszę pokazać nogę.
Wow, ktoś obejrzał. Opuchnięta? To dobrze. Boli? To dobrze.
- Zgięcie wyprost, zgięcie, wyprost. za mało - proszę ćwiczyć.
-Ale miałam nie ćwiczyć
-Trzeba
Dziękuję. Tylko tyle mi było trzeba. Dwie minuty konkretu. Za mało. Dogięcia, przyciśnięcia. Chce się żyć.

Z wypisem pognałam do przychodni. trzy pietra w dół , hyc, hyc, hyc. Zapisałam się. Na termin jaki był wyznaczony. Szok, że dało się, bo telefonicznie mnie spławiano.
Hyc hyc hyc do góry. Dezodorant nie zdał egzaminu. Bleeeh.
Dobrze ze nie ważę 100 kilo i nie mieszkam na IV piętrze.

Zaległam w wyrku. Czytam wypis. Zalecenia: trzy tygodnie kule i orteza
Orteza?!
To czemu nikt nie mówił? W domu mam, więc to nie problem. Nie poszłam się zapytać, by nie być pępkiem świata. Zresztą o tej porze pewnie już nikogo nie było.

Książka skończona, neta wywala, sąsiadka śpi. Rozmawiam z sufitem. Nie odpowiada, blady jakiś i milczący. Dziwny typ.

Kolacja, nie dla mnie, mnie tu już nie powinno być, ale wciąż czekam na mężula...

- Cześć boski.
- Cześć człowieku.
Porozmawiałam z synem, a potem Młoda dorwała słuchawkę
 - Mamo, a kiedy wrócisz do domu?
- Nie wiem
- A pomęczysz mnie?
 - Jasne kochanie ale jutro i to tak ze piety będą ci gwizdały.
- Ahahahahahaha
Stęskniłam się za Gadami.

Zwis i czekanie na.... jak na Godota normalnie.

- Kiedy przyjedziesz po mnie?
- Nie wiem

Fuck!

Wróciłam do domu ok 21.00 Ucałowałam śpiące główki dzieciaków.

Dom.

Prysznic. Zegnaj szpitalu.

Zatonęłam.





Poranna radocha dzieciaków.

- Już cie nigdzie nie puścimy, nigdzie i nie pojedziesz do sanatorium
- Bez ciebie jest nudno i cicho jakoś i nic się nie dzieje.
-  Hahahaha, a co,  nie ma kto drzeć na was kopary?!
- Nooooo, hahahahaha

Kule, orteza, ćwiczyć - nie ćwiczyć, za trzy tygodnie kontrola. Co dalej nie wiem.


Dzieciaki wróciły do domu.  Były radosne. Karuzela rozbiła się niedaleko.
- Pójdziemy najpierw na zjeżdżalnie dmuchana
- A potem kulki, dobrze?
- No ta odpoczniemy sobie
- I będziemy rzucać, ale nie w głowę, nie w cipkę. W jajka też nie.
- A potem na kolejkę pójdziemy
- I na autka.

Grunt to mieć plan.
Gadały, chichrały.
 Cudownie jest być w domu.






Polecam, dla wszystkich :)_
http://nauka.newsweek.pl/jak-zadbac-o-kolana,85682,1,1.html







10 komentarzy:

  1. Oj, ja zaliczyłem wycinanie kawałka łękotki z kolana kilka lat temu. Na szczęście dla mnie w prywatnej klinice mającej układy z NFZtem. Ech, było zabawnie. A od jakiegoś czasu klika mi drugie kolano, ale terminy przyjęć są tak ironicznie odległe, że szkoda pisać. Farsa jakaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ja powiem szczerze, że miałam szczęście, że udało mi się, z tą artroskopią, wielkie szczęście, naprawdę.

      Ludzie z niektórymi operacjami (np. biodro) czekają nawet dwa lata, bywają i dłuższe terminy, PARANOJA.......

      Usuń
  2. i dałaś radę :)

    ja w szpitalu leżałam 5 dni!! I niczego nieświadoma się najadłam pierwszego dnia, dostałam syrop na przeczyszczenie a potem 4 dni bez łyka wody! Nic nie wolno było tknąć ;/ nawet kropelki wody... A w dniu wypisu dostałam kleik :D Boże, jaka to radocha była :D

    I taki pobyt pozwala nam też docenić i zatęsknić za domem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no własnie, a skąd mogłaś wiedzieć?!
      czasami mama wrażenie, że pacjent powinien obryć się w necie ze wszystkim

      oj, stęskniłam się strasznie - mam tylko nadzieje, że jutro bedzie słońce i gdzieś brykniemy, nie tylko na karuzelę:)

      Usuń
  3. Widzę, że pobyt w szpitalu pozwolił na odrobinę radości w domu :) :) :) I nawet KARUZELA! :)
    Szkoda tylko, że pacjenta traktują jak traktują. Chciałabym mieć jakieś moce i umiejętnośc ratowania Polski w takich chwilach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, jakbym dostala nowe zycie:), a potem zawiecha, a potem kop, i tak jakoś sie bujam::)

      ja nie wiem czy to tak trudno by czlowiek człowieka traktowal tak jakoś normalnie, po ludzku...ech

      Usuń
  4. Najlepiej byłoby nie chorować :D I z tego miejsca życzę wszystkim duuuużo zdrowia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja tez zycze by wszystkim zawsze zdrowie dopisywalo:)

      Usuń
  5. Byle jak najdalej...od szpitali itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie,bo jeszcze troche i zaczne wygladac na swoje lata:P:D
      to jest kosmos nie do ogarnięcia normalnie

      Usuń