czwartek, 27 lutego 2014

Wygnanie - środek

cd. wydarzeń sprzed tygodnia :)

Nie muszę mówić, że zaśnięcie w takim miejscu bez przytulasków i całusów dzieciaczków oraz mężula to w ogóle kosmos. Banicja na wyspę tęsknoty. Bo to jest oczywiste jak to, że w dzień świeci słońce, a w nocy, księżyc. Więc pisać o tym nie będę. Bo to smuty.






Wtorek - drugi dzień na wygnaniu



Zasnęłam. Obudziła mnie ręka z jakimś przedmiotem przy czole. Wrzasnęłam podskoczywszy na wyrku. Co to? Eter i wymiana narządów?!
- Przepraszam nie chciałam wystraszyć, mierzę temperaturę. Jest w porządku.
- Nic nie szkodzi.......dzień dobry.
Zerknęłam na telefon - 5.50. Jezu, wkopałam się z powrotem w pościel. Obok pani zaczęła już mówić. Zwiałam w sen.

wtorek, 25 lutego 2014

Pierwszy dzień na wygnaniu...

Przetrwałam. Przeżyłam. Będzie dobrze. Bo macie moc. Dzięki za ciepłe słowa. Modlitwy * i wsparcie.

Ale po kolei ....




W poniedziałek zgłosiłam się na Izbę Przyjęć. Było gęsto od ludzi. Czekaliśmy nie wiadomo na co. Pani siedząca za okienkiem popijając kawę klepała coś na klawiaturze. Nikogo nie przyjmowała.
W końcu zgłupiałam i zapytałam się kolesia stojącego obok, czy też czeka na przyjęcie na oddział.
- Tak jak tu wszyscy,,,
- To dlaczego nikt nie przyjmuje?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Stanęłam jak baran w tym stadzie i czekałam na swoją kolei. Pani zaczęła przyjmować, ale szło to jak krewa z nosa. Miałam ochotę wpaść tam, za okienko i odgryźć jej szyję. Noż kurde, jak nie klepała jednym palcem to myliła się, to wpadała w zagubienie do osłabienia mojego.
Głód tylko zaostrzał moje zmysły. Zbliżałam się do granicy szaleństwa...
- Ale ja, ja nie mam skierowania - doleciał do mnie głos starszej kobiety. Dygotała cała - to ja zostawię bagaż, zaraz mam autobus, skierowanie na pewno leży w kuchni, na stole, przyjadę, mogę tu zostawić swoje rzeczy?
Pani uspokoiła kobietę, że nic się nie stało, że zostanie przyjęta i niech spokojnie jedzie po zapomniany dokument. Starsza kobiecina wyrwała jak na miotle. Miała szczęście, że mieszkała w tym mieście.

Znowu zapadła  nuda, a ja zapadłam się w sobie..

środa, 19 lutego 2014

To BI or not to BI?hm...



Zaciągnęłam męża na zakupy. On ma kartę a ja potrzeby. Bielizna, elektroniczny pilnik do stóp, kremy,

bajera :D

 podkład, tusz etc oraz wizyta u fryzjera. I do tego kupiłam sobie uroczą  piżamkę,  z osiołkiem i z napisem happy. Bo takim szczęśliwym zwierzęciem jestem.

niedziela, 16 lutego 2014

taki czas...

Córka w płacz. Wpadamy z synem do pokoju. Co się stało? Młoda walczy ze skarpetką - no złośliwy materiał na nóżkę wejść nie może.
- Nie mogę ..........buuuuuuuuu
- Jedną ręką wkładasz? Jedną ręką to się po tyłku możesz podrapać.
Nie ma to jak wsparcie faceta.
- Nagadałeś się?, to może teraz pomożesz siostrze?
Popatrzył na mnie jak na kosmitkę i prychnął. Rozumiem ten gest - kiepski żart.
Pomogłam Młodej założyć skarpetkę na stopę. Otarła łzy, trzepnęła włosem i już był uśmiech. Niesamowicie szybko przechodzi z jednego stanu w drugi. Rasowa kobieta. Jazda bez trzymanki.
A ja mam alergię na płacz. I otwiera się we mnie klapka i całe zło świata paruje mi uszami.
Płacz zamiast działania. Płacz z byle powodu...Wiem, ze to jest dziecko, ale ona nie jest ciapą, to bystra i fajna dziewczyna i takie zachowanie jest po prostu czymś ....absurdalnym i bezpodstawnym. Ech......no ale jest babą.
Naprawdę zacznę przyjmować dożylnie melisę. Albo nie wiem co.
Bo potem sama na siebie wściekam się, ze wściekłam się. Bo co?
Bo baba.

- Mamo nie oddawaj tej książki.
- Śnieżki?
- Tak, bardzo ją lubię.
- -Ale ją czytałaś dużo razy. To głupie czytać cały czas jedną książkę. -syn zjawił się znikąd, zawsze musi być przy rozmowie.
- Ale ja ją lubię.

A ja już nie mogę jej czytać.

Zła Królowa zapytała się lusterka:
- Lustereczko, powiedz przecie gdzie są moje pierogi, bo zaraz wystawię rogi!

Przerabiam ostatnio jak mogę.

Śnieżka i Królewicz żyli długo i szczęśliwie. I mieli dwoje dzieci: Starszego i Młoda.

Dzieciaki śmieją się niesamowicie i sami zaczynają wykazywać się twórczością.

Pewnego dnia, gdy śnieżka czerpała wodę ze studni, na cembrowinie przysiadło stadko gołębi. O dziwo Śnieżka zrozumiała ich mowę. A gołąbki gruchały:
- A znasz dowcip o słoniu i mrówce? Dżdżownica nam opowiedziała .......


Bo syn oczywiście przylatuje i słucha. Choć co za głupia historia.

- Nie  do końca synu...

I zaczyna się rozmowa o sztuce miłości i sile serca.


U Starszego natomiast na topie jest Władca pierścieni. Szkoda, ze sam jeszcze nie umie czytać, bo czytanie tego na głos bywa nie lada wyzwaniem. Można usnąć. Choć osobiście uwielbiam tą trylogię to jednak czytanie tego dziecku powala na podłogę.
Kurcze, chciałabym pojechać do Nowej Zelandii i zobaczyć to wszystko. Właściwie to żałuje, ze tępa dzida ze mnie , bo gdyby język był opanowany - to ciach - oto moje nowe miejsce na ziemi. Albo Islandia. Polecieć na wariackich papierach i spróbować się odnaleźć. A nie - utkwienie w bloku w mieście zapomnianym, w państwie bez przyszłości.

Z bibliotecznych łowów to jeszcze jedna, oprócz Królewny Śnieżki, zaległa nam książka. Książka o potwornych potworach, co atakują w każdym wieku.




Moje dzieciaki zostały zaatakowane przez potwory niejadki. Zbuntowały się mówiąc, że tej zupy nie zjedzą. Jarzynowy koszmar. Zbuntowałam się i ja :
 - Będziecie siedzieć w kuchni dopóki nie zjecie.
Niech poznają siłę i zło matki, a co! Więc zasiedli sobie przy stole zabijając czas nie mlaskaniem, a zagadkami.
- Co to jest rano ryczy i marudzi i zadaje głupie pytania?
- Ja! - krzyczy zadowolona Młoda.
I rechoczą.
Zaczynają między sobą rozmawiać. To piękne. Lepsze od pustego talerza.
W miarę upływu czasu trochę jednak zjadły, więc odpuściłam. Aż taką zołzą nie jestem.
Mało tego, włączyłam się w zabawę.
- Zgadnijcie jakie stworzenie mam na myśli poprzez zadawanie mi ukierunkowanych pytań. Wiecie jak w grze A kto to. Podpowiem,jest to stworzenie, które spotyka się w domu i jest ohydne.
- Mysz? - strzelił syn.
- Nie.
- Ja wiem- krzyknęłam Młoda - to Starszy!
i znowu rechot. Brat się nie obraził. Za to wymyślił zagadkę na Młodą.


 Zapytałam się matki kolegi syna, czy jej pociecha jedzie na obóz sportowy.
- Nie!, boję się, wiesz mam go jednego.
Zatkało mnie.
- Eeeeee... niew wiem, mam dwójkę dzieci, ale to nie znaczy, ze się nie boję....
I machnąwszy ręką poszłam.
Choć powinnam zapytać się czy jak będzie miała drugie dziecko to jest to równoznaczne z położeniem lagi na pierwsze.Ale to nie moja brocha. Każdy żyje po swojemu. Oceniać nie będę.
Widocznie jestem wyrodna.
No ale blaszka połamana też się boję, ale nie można przez uczucie strachu trzymać dziecko w klatce. Bo albo dziecko się uwiąże albo samo zerwie się  z matczynego łańcucha tak, że ...dopiero strach myśleć jak tacy ludzie potrafią zachłysnąć się wolnością.
W każdym bądź razie wpłaciłam zaliczkę na obóz. Ćwiczy to musi jechać. W między czasie okazało się, ze jest to 10-dniowy pobyt. Byczo. Myślałam, ze to 7 dni, mąż, że 5 dni, ale co tam -będzie dobrze. Potem syna oświecimy.

Póki co to ja opuszczam dom. Na ile? Nie wiem. Jutro mężulo mnie wywozi na atrakcje: strzał w kręgosłup i kuweta. Omdlewam. Pal licho ze szpitalnym jedzeniem - zimne i niedobre, ale siusianie w blaszaną miskę tak jakoś mnie mrozi. A nie daj Boże, tak kupę walnąć.
Tej nocy miałam sen.
Mooniek mnie odwiózł do szpitala i zostawił. Pojechał sobie choć mówiłam, że to nie ten szpital, ale on tylko wzruszył ramionami mamrocąc coś o braku czasu i tyle go widziałam. Siadłam w poczekalni przed izbą przyjęć. Siedziałam jak osowiała cipa patrząc na ten absurd jaki był wokół mnie. Plątanina ciał, kłótnie przy okienku. Na podłodze walające się buty. Co to jest? Popatrzyłam na zegarek. Była 9.30. Stwierdziłam, że mam jeszcze pół godziny, by dotrzeć do swojego szpitala. Podniosłam torbę. Była lekka. Otworzyłam ją i zobaczyłam, ze jest tam tylko piżama. Cholera! Chciałam wyjść jak najszybciej, by zrobić jeszcze zakupy, ale nie miałam butów na nogach. Zaczęłam kręcić się na czworakach szukając swojego obuwia wdając się w dyskusję z kimś obok na temat koloru moich trepów. Ubrałam by le co, bo było do pary i wyrwałam stamtąd. Biegłam i przeskakiwałam płotki wpadając na jakąś burdę na ulicy. Nie wytrzymałam tego i .........obudziłam się.
Ledwo otworzywszy oko wysłuchałam porad mężula na temat mycia i pielęgnowania patelni. Nie miałam sił , by cisnąć w niego poduszką. Ale za chwilę podał mi do łózka omlet z nutellą, więc w niego zęby wbiłam.

Mam nadzieję, że artroskopia zakończy się sukcesem. Mam nadzieję, że za rok stok będzie mój. Na razie straszyli mnie kilkoma miesiącami rehabilitacji. A jak będzie- wkrótce okaże się. W końcu zejdzie ze mnie niepokój...

Od jutra odcinam się od neta. Zanurkuję w kołderkę i w książki. Samotnie będę tkwić w obcym mieście. Mężulo w pracy, a matka z dziećmi.
I znowu powtórka, jak sprzed roku...

Psze, się módlcie, trzymajcie kciuki, za co z góry mówię - DZIĘKI! :)







Wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina 
a rekin?
mnie wcina!


Pieśń ojca i syna (są autorami słów :D)






sobota, 15 lutego 2014

o miłości słów parę ....



Walentynki, Walentynki....ten dzień mógłby być zapłonem na eksplozję uczuć na resztę dni. Ale codzienna bieganina i szarzyzna życia potrafi przyćmić inne kolory. Podobno. Choć tak naprawdę  wszystko zależy od nas. Przecież nie potrzebujemy krzyku sprzedawców i witryn sklepowych i ataków ze wszystkich stron, by pamiętać, że kochamy. Czasami można dać drobiazg, uczynić dzień lepszym....przytulic, pocałować, napisać wiersz, albo zorganizować wieczór. Dać się ponieść zawsze.

Swoją wytrwałością nauczyłam mężula, że można jak się chce. W końcu załapał i zaskakuje mnie. Po tylu latach, wciąż ...Boski gość, jak mnie nie wkurwia.

No własnie czym jest ta miłość? Zagubiona cytowała na swoim blogu wypowiedzi dzieci, które wypowiadały się na temat zakochanych.
Zatem natchniona tym wpisem przeprowadziłam wywiad wśród swoich Gadziątek.

- Młoda co to znaczy zakochać się?
- Yyyy to znaczy yyy mieć serce dla kogoś.
- A co robią ludzie zakochani? Jak ich poznać?
- No całują się, przytulają, tak, tak ...tak ... jak w M jak miłość.

A jakie jest spojrzenie syna na miłość?

- Ludzie wtedy kochają się. I biorą ślub.  I wspólną kąpiel. I całują się i takie tam. I potem mają dzieci. I muszę je wychowywać. I mają fioła na punkcie tych dzieci. Tak jak wy.
- Ale powiedz mi jak zachowują się ludzie zakochani? Jak to poznać, co?
- No jak? są psychiczni, nienormalni i tylko to robią -i tutaj syn zaczął cmokać wysyłając tuzin całusów w powietrze.. - mogę telefon?
- Czekaj, powiedz, jak było w szkole.

Na lekcji dzieciaki robiły Walentynki. Syn dostał od kolegi. Sam też dał swojemu przyjacielowi. Mieli ubaw. Taki wiek. Baby są głupie i tyle.

Wieczór nadszedł nie wiadomo kiedy. Zapiekanka włożyłam do piekarnika. Oświetlenie, winko. Przebrałam się tam jakoś pod ubraniem. Będzie ubaw - pomyślałam sobie.  Wszystko zgrane w czasie. Idealnie.
Mężulo wszedł do domu.
- Hm, co za zapachy? a Tobie co się stało?
A ja co? Kichnęłam. 10 razy.
Ups, poszło. Mooniek w śmiech:
- Masz już majtki mokre?!
- Yhy. Na sam Twój widok.

Ja to zawsze coś zmoczę.






piątek, 14 lutego 2014

Śnięty Falenty


Dobrze, że w końcu nastał ten dzień. Dzień Śniętego Falentego. Ostatnio bowiem Młoda była tak zaaferowana Balem Walentynkowym, że każdy dzień witała jednym pytaniem:
- Czy dzisiaj jest bal?
 - Nie, kochanie, to nie dzisiaj.
Odpowiedź negatywna powodowała płacz.
Zresztą teraz weszła w taki okres, że o wszystko płacze. Ma być teraz, już, natychmiast.

W przedszkolu też pokazuje różki. Cała grupa szła na podwórko a Młoda postanowiła zostać w sali. Kiedy panie wyszły z dzieciakami do szatni to Młoda wyrwała za nimi i ubrała się bardzo szybko. Po prostu trzeba czasami ją zostawić z jej własnymi myślami. Im bardziej nalegamy tym bardziej wychodzi jej to bokiem.
Nie wiem kiedy jej to minie, ale czasami odpadam jak kafelek z PRLowskiej łazienki.
A że nerwus i raptus ze mnie okrutny to i zębami trąc poruszam mury bloku.
- Zamknij twarz - wyrywa mi się
A dziecko łkając:
- Mamo mówi się mów ciszej.
- Przepraszam, masz rację, ale nie wyj już proszę.

Nadszedł ten dzień, dzisiejszy dzień, więc wczoraj przymierzyłyśmy strój: sukienkę, skrzydełka. Młoda zażyczyła sobie, o zgrozo!, pomalowania pazurków. No cóż w końcu to bal. Wypięła pierś dumnie i poleciała do chłopaków.
- Patrzcie! Fajnie?
- Ale śmierdzi to!
Ach, ci faceci ....
Jednak Młoda mając twardy charakter pozostała niewzruszona. Odgarnęła włosy tym swoim ruchem:
- Gram z wami, dobrze?
Szalona trójka roznosiła mieszkanie od śmiechu. Gormity wróciły do łask.


Dzisiejszy poranek ...Myślałam, ze chociaż dzisiaj córka zerwie się z łózka, ale gdzie tam. Bal? Poczeka. Mało tego zjadła kromkę z nutellą po czym swoją buzię wytarła w swoją bluzkę. Bluzkę przygotowaną na bal. Opadłam. Kolejny poranek na wariackich papierach. Walentynkowo wydarłam ryja. I znowu płacz ....Nie tak miało być, cholera. Nie miałam czasu, by zrobić kucyki.
Buziaków sto zniwelowało napięcie.
Zdążyliśmy...uffff.....oby reszta dnia była dobra.



Teraz ogarnę mieszkanko. Jedno i drugie.
Kupię winko. Coś na sałatkę.
Małe drobiazgi mam już dla wszystkich.
Niech mnie dobrze zapamiętają, swojego czuba, hahaha.





Życzę Wam  by ten dzień był pięknym dniem. Dajcie się ponieść :)))).










A jednak gdzieś na przekór coś ha ! :P








czwartek, 13 lutego 2014

taka zajawka :)



Śniadanie. Starszy chciał samą kromkę.

- Mamo, patrz mam wygryzłem Myszkę Miki



Cudowna. Rozbroił mnie tym niesamowicie.


Dzieci, odprowadziłam do instytucji.Wracając do domu znalazłam 20 zł. Na ulicy leżało sobie porzucone. Podniosłam szukając kogoś szukającego. Nie było to schowałam do kieszeni. Głupio zostawić.

Znak od losu.
Ha! Jeszcze niech znajdę 110 zł i straty odrobię.
Póki co telefon poblokowałam, opcje płacenia wyrzuciłam. Młodzi jednak dalej grają, bo skoro Młoda tyle kasy zainwestowała to niech mają. Ta gra ich jednoczy, aż miło patrzeć. Więc cena za zawieszeni broni była dość niska.

Tutaj grają w angry birds, ale porwało ich Hill Climb Racing

zresztą my też w to gramy, hahahaha :P
Śmiałam się,że jest to gra dla feministek bo łamie się chłopu kręgosłup, na co syn odparował:
- Albo dla wściekłych żon.
Hahahaha


Siedzimy przy obiedzie. Ja i syn. Starszy mieli makaron z sosem. Powoli, bo w zęby kłuje. Jak każde jedzenie zresztą. I nagle w tej ciszy wypalił:
- Ty jesteś diabłem niebios.
- Co?! - zaczęłam się śmiać.
- No tak. Tak się ubierasz, tak się wściekasz i fajna jesteś.
I wyszło, że ze mnie jest piekielny anioł. No pięknie po prostu.
Powoli zwijam skrzydła - nadchodzi czas wakacji w szpitalnym łóżku. Nie cierpię tego. Ustaliłam grafik oraz zrobiłam zakaz odwiedzin. Zakopię się pod kołdrą, by jakoś przetrwać
I jakoś mi to wszystko powiewa. Odzyskałam spokój. Będzie jak ma być. Pewnych rzeczy nie przeskoczy się. Więc co ja będę trawić, przeżywać. Bez sensu. Lepiej poczytać.


sobota, 8 lutego 2014

rozmówki rodzinne

Młoda kocha Matyldę. Matylda to piękna krówka. Córka bawiła się swoją zabawką, a syn patrząc na to wyparował:
- Młoda ty jesteś krową, hahahaha.
- A ty jesteś...
- No? Kim jestem?
- Osłem - odparowała szybko Młoda.
Mistrzyni riposty. Rozłożyła nas wszystkich na łopatki.
A potem zakopała nas pod pachy.
Mistrzyni dzisiaj grała na moim telu. Gra polega, że jeździ się samochodzikiem po planetach zdobywając wirtualne pieniądze. Fajna gra dla feministek, bo jak samochód upada to facetowi łamie kręgosłup.
Jednym słowem zabawa świetna.
Ale ile możną grać skoro za oknem słońce świeci?
Wysłałam rodzinę do teściów. Ja nie poszłam pod pretekstem roboty papierkowej. W końcu termin zbliża się, więc czas przysiąść. Mężulo zbrechtał:
- Jasne, że będziesz pisać. Pozdrów wszystkich na fejsie.

Cisza.
Muza.

Zasiadłam do kompa. Weszłam na stronki i na maila. Na wszystko tylko nie na dokumenty. Mężulo wie co mówi. I zna mój zapał do papierkowej roboty.
Mail, patrzę i nie wierzę. Dostałam dwa potwierdzenia płatności. Suma 130 zł.
Opadłam zapowietrzona. Za co?
Kochana córeczka kupiła sobie pojazdy i drogi w grze na telefonie.
A kupić w tej grze to nie taka łatwa sprawa. To nie klik i jest. Trzeba było nacisnąć kup wybierając spomiędzy kup-anuluj, a potem potwierdzić. I cholera jasna klawiszy w tym wszystkim nie pomyliła.
Wezmę kasę z jej skarbonki. Trudno. I dla zasady. Ale przedtem głowę urwę i nakrzyczę aż do pięt.

- Wiesz co zrobiłaś? Wydałaś realne pieniądze! Dziecko, tyle razy mówiłam, wchodzisz na coś - mów - wydarłam się na dziecię swe, jak wróciło do domu.
- Ale ja lubię kupować! - odparła wesoło córka, no bo co to za problem, prawda?

Zresztą co może zrozumieć 4,5-letnie dziecko?
To co chce.

- Kupiłam taki fajny samochód i trasy, wiesz? Bo chciałam je mieć.

Odpadłam od życia. Poszłam do pokoju poczytać. Przylazł synek.
-Mamo, a tato pisze na telu.
- No i co?
Ale myślę sobie podpuszczę syna. Bo baby tak lubią paplaniną nakręcać klimat.
- Może pisze do jakiejś babki.
- Kobiety?
-No, i może odejdzie. - moje oczy konają ze śmiechu. To głupie tak dziecko wkręcać. Ale to dziecko to mój syn.
- Ale jak można odejść od kogoś kogo się kocha?
Dobre pytanie...
- No niby nie można, ale wiesz, można się zagubić.  Zwątpić. Zakochać się.
Syn popatrzył. Doznał zwątpienia.
- Jejku, żartuję z tatą, przepraszam. Wiesz, że tato mnie kocha i tyle.
- Wiem. Ale ty jesteś rozwydrzona.
- Co jestem? - zapytałam się ze śmiechem - rozwydrzona?
- No taka rozdarta i głupoty gadasz.

Gwoli wyjaśnienia swojego mężula o nic nie podejrzewam. Nie sprawdzam. Nie kontroluję. W nosie to mam. Z wzajemnością.
Zresztą z wyrachowania swojego specjalnie wzięłam okaz mało okazały. Znaczy się okazały jest, bo i wielki, ale mało atrakcyjny. Tak mało atrakcyjny, że aż żal mi się go zrobiło. Zatem złamałam zasadę samotności swej i związałam się z Moonkiem.
On mówi to samo o mnie. Bo i kto by mnie chciał? Nikt.
Jesteśmy dograni na całej linii.

- Mamo ty jesteś królową.
Zdziwiona popatrzyłam na syna. Mleko przedawkował? No, ale to lepsze niż bycie rozwydrzoną.
- Dlaczego? Co?
- Bo ty rządzisz tutaj.
- Co?
- Tatę wysyłasz na zakupy.
- Chyba sobie nie wyobrażasz, że ja mam nosić zakupy, co? A na zakupy to pójdziesz z tatą - ucz się, ze to facetów brocha.
- Frajerstwo.
- Frajerzy to wysyłają kobiety, wiesz? A tato mi pomaga i tyle. A jak wyrośniesz na frajera to poznasz mój gniew.
- Bla, bla, bla.

Ale poszedł na zakupy z ojcem.
Już ja ci dam popalić w królestwie mym. Ha!





Odpalam muzę. Mrożę flaszkę. Zagubię się w meandrach duszy swej. Duszy spowitej mrokiem. W mroku czają się dziwne myśli powykręcane na różne strony. Zagłuszę je.



A potem niech mnie dotyk pochłonie .......







piątek, 7 lutego 2014

chipsy to gówno




Rano Młoda powitała dzień kaszlem. Aha! A jednak. Wczoraj jak przebierałam ją w przedszkolu to zastanawiałam się gdzie jestem. Kaszel dzieci wskazywał raczej na poczekalnię przychodni lekarskiej niż na przedszkole. I proszę, długo nie musiałam czekać.
Szlag trafił moje plany. Dobrze, że do ostatecznego terminu jest parę dni. A zresztą nadgorliwość jest gorsza od komunizmu. Ostateczne chwile bywają cenniejszymi. Może jeszcze coś mi się przypomni? No właśnie i luz. Zdążę.

Miałam też zająć się swoimi nogami. W końcu  położą mnie na stół, więc gdzie do ludzi z takimi piętami?
Jejku, i znowu dostanę strzał w kręgosłup. To mnie najbardziej mrozi, by nie zostać tym procentem wypadków nieszczęśliwych. A ja, po tych trzech razach, wciąż czuję, gdzie były ukłucia ...bleh. Teraz czwarty, a ja tak nie cierpię igieł! Wyrzucam z pamięci - jeszcze parę dni, nie myślę, nie, nie, nie ...

Zostawiłam Młodą samą w domu:
- Proszę, spij kochanie, zaraz będę.
- Dobrze.
i odwiozłam Starszego do szkoły.
Ochroniarz szkolny znowu sobie zażartował.  Tym razem zapytał się mnie, ile mam dzisiaj lekcji. Powiedziałam mu, że trzy, bo mam w planach wagary.
- Idzie pan ze mną?!
 Żart za żart.

Przypomniałam Starszemu o co ma się zapytać wychowawczyni.
- Ale nie zapytam się, bo zapomnę.
- Nie zapomnisz.
- Ja ....nie będę się pytał, bo nie.
Odnotowałam w głowie: opór wobec kontaktu z ciałem pedagogicznym. Dziedziczne.
Nie to nie. Rozumiem.

Wpadłam na ochroniarza, który pojawił się na korytarzu.
- O, a może pan mi pomoże? Syn zostawił czapkę i rękawice na korekcyjnej i nie za bardzo wiem gdzie się udać na poszukiwanie zgub.
- Wczoraj to było? To będzie u sprzątaczek, Proszę za mną.
Poszliśmy. W pokoju była skrzynka pełna różnych części garderoby. Czapka i rękawiczki zgubione wczoraj przez syna też były.
Podziękowałam za pomoc.

Wróciłam do domu, a Młoda zamiast smacznie chrapać w łóżeczku w sypialni to czaiła się przy pilotach w salonie.
- Co robisz?
- Śpię
Dostałam ataku śmiechu. Cwaniara, no nie mogę ....Śpię, hahahahaha.
- Młoda, pytam się jeszcze raz - co robisz?
 Cisza. Tok myślenia włączony.
- Szukałam kapci. Patrz! -  i podbiegła do mnie pokazując na stopy.
- Młoda, weź nie ściemniaj mi tu matki, tylko mów- bajkę chciałaś sobie puścić, co?
- A puścisz mi?
- No nie, masz się położyć. Potem zobaczymy.
Młoda rozpłakała się przez łzy dukając, że mama jej nie kocha.
Utuliłam, wytłumaczyłam,..
- Ale ty śpisz ze mną ...
i położyłyśmy się spać.Dobrze, że budzik nastawiłam, bo ścięło mnie szybciej niż córkę.
A potem kuchnia - moje piekło, ale obiad trzeba było zrobić.
Muza, plątanina na zmniejszenie bóli. Bo muza ma w sobie siłę. I to słońce za oknem. Wiosna idzie ...Młoda wstała i pląsała ze mną. Mam niezłą kumpelę do wygłupów.


- Dobra puszczam wam film, zostawiam telefon do grania, będę za godzinę. Jakby co Starszy lecisz do sąsiadów albo drzesz się na klatce ok?
- Okej.
Wyszłam na wywiadówkę zostawiając dzieci same w domu.
Nie miałam wyjścia.
Ale kiedyś trzeba przełamać strach. Zaufać, ze dadzą radę. Wyjść.

Na wywiadówce poruszono wiele kwestii. Jedną z nich był sklepik szkolny. Dzieci biegają do niego spóźniając się na lekcje, jedzą chipsy na potęgę, żują gumy i oblepiają się tatuażami. Niektórzy rodzice mówili, ze dzieci przychodzą do domu i wręcz żądają pieniędzy, bo inne dzieci mają, więc nie chcą się czuć jako gorsi, biedniejsi.
Zdziwiłam się. Starszy nigdy nie chciał kasy. Czasami nawet pytałam się, czy nie chce piątaka na picie. Nie chciał.

Chipsy - kurde, jak można jeść to paskudztwo? Jak można kupować to dziecku? Bo gdzieś się dziecko nauczyło to jeść. Nie mówiąc już o obrazkach z ulicy - maluch w wózku zapycha się chipsami. 
Badania mówią jedno - niezdrowe, źle wpływające na cały organizm, tuczące, i podobno obniżają inteligencję. Można poczytać na ten temat. Warto poczytać. Serce, nerki - wszystko obciążone. Nie mówiąc już o zagrożeniu otyłością. I nowotworami....


Wróciłam do domu. Dumna z syna. Wyniki -znakomicie i w normie. Znaczy się daje radę. Zachowanie super. Bardzo cichy i spokojny. Kulturalny wobec rówieśników. Przestrzega zasady, dba o własność swoją i rówieśników. No tak, pani coś musiała napisać. W każdym bądź razie syna nie ma na arenie klasy. Nie wrzeszczy, nie gada, nie piszczy.  Jak dla mnie zrównoważony facet z wycofaniem. Nie istnieje w klasie, choć istnieje dla rówieśników: w końcu często zapraszają go na urodzinkowe imprezy ...

Kultura ...ha!, a w domu bywają i takie dni ...
- Starszy to ty to zbudowałeś? - Młoda trzymając w rękach budowlę z klocków ponawia pytanie do brata.
- Noooooooodwal się.
Nooooo, kulturalna odpowiedź. Bardzo fajna taka.
- Synu!
- No bo odrabiam lekcje a ona mi przeszkadza.
- Nie ona tylko Młoda. Przeproś siostrę. Zawsze możesz powiedzieć,  proszę nie przeszkadzaj mi bo odrabiam lekcję, później pobawimy się, prawda? Przeproś siostrę.
- Przepraszam - padło, ale z niechęcią. Trudno. Niech myśli. A jak nie pomyśli to i tak do tego wrócę.

W końcu co innego obce środowisko a co innego dom. Dom daje bezpieczeństwo, więc można rogi wystawić. A tu gucio - nie można. Zresztą zawsze może być gorzej.  Ale póki co, jak do tej pory, nie było między nimi żadnych walk ręcznych. Aż dziwne ...
Ja swojego braciszka dręczyłam, oj, tłukliśmy się niesamowicie. Moja ulubiona zabawka.

- Synu, a dlaczego nie chcesz pieniędzy do szkoły? 
- Nie. A po co? 
- No do sklepiku.
- Tam gówno jest. Szkoda kasy.
Inni to inni, a on to on.Nie ma w sobie owcy.
A to do tego dobrze mówi.

Pochwaliłam syna za wyniki, za pracę. Powiedziałam, że jestem dumna. Super. Dzięki!
Nie ma co oszczędzać na dobrych słowach zwłaszcza wobec kogoś, kto na to zasługuje. Zresztą miłe słowo nieźle mobilizuje.

Początek niezły, a jak będzie dalej czas pokaże. Byle do przodu, ot co.

Teraz biorę azymut na Młodą - rysowanie, szlaczkowanie, wszystko dla wyrobienia ręki. Choć z nią to jest inna para kaloszy....Aż się uśmiechnęłam. Nie będzie tak lekko. Ale i ze mnie jest uparty osioł.


 Młoda :))))












środa, 5 lutego 2014

jeden dzień, zwykły dzień



Siła magii leży w słowach i czynach, znaczy się w rękach, co czynią. Bo jeden mały cudowny gest zamienia klimat swojski w coś niezwykłego.
Słowa bez czynów są tylko słowami. A czyny bez słów? Czynami mniej doskonałymi. Bo uszy lubią pieszczotę.

Poszłam zatem  kupić coś fajnego mężulkowi. Nie, nie jogurt z cukierkami. Ale pierdołkę - niech cieszy serce. Bo czy musi być jakaś okazja? Nie musi ...

Zresztą gotować nie umiem, więc muszę chodzić innymi drogami niż przełyk.

Ha, zawsze można  na swym tyłku napisać :kocham cię- to dopiero jest dla faceta odkrycie. Albo na stopie narysować małe serduszko. Albo karteczkę włożyć do kieszeni kurtki.

Czarować trzeba, oj trzeba.

A poza tym miłość jest jak szczenię - lubi figle i pieszczoty.

Czary mary...czary mary...

Na magię długo nie czekałam, bo magia pojawia się na wielu płaszczyznach.

Syn zaczarował. Abrakadabra- wracam do domu w kapturze. Innymi słowy zgubił czapkę i rękawiczki. Nie ma. Zostały gdzieś w szatni. Poleciał. Zamknięta. Nie chciało mi się szukać nauczycielki. Wyszliśmy ze szkoły. Jutro zapytam się. Sorki - syn będzie się pytał w moim towarzystwie o swoją zgubę.
- Ale mi przypomnisz?
-A dlaczego? Masz pamiętać.
Pewnie i tak będę musiała mu przypomnieć.

- Wymyślę ci karę. Abyś zapamiętał, że masz pamiętać o swoich rzeczach.
- Klaps?
- Klaps? Daj mi spokój. To nie kara to bicie. Już ja coś wymyślę.

Weszłam do pokoju.Syn pakował tornister na jutro, wiec strzeliłam go leciutko w tyłek mówiąc:
- Chodź na obiad.
- To była kara! 
- Co?
- To był klaps.
- Jezu, co tobie dzisiaj...
- Wiem daj mi 50 klapsów.
- Żebym się spociła? Mnie litość ...Co ty masz z tym klapsem?
- Wole klapsa niż obdarcie ze skóry.
- Co?
-To jest lżejsza kara.

Łyknęłam kawę, by ogarnąć tą przestrzeń. Co on mówi? Siadłam. Poprawiłam niesforne włosy. Właża mi do oczów, tańczą na głowie, żyją własnym życiem. Nie do wiary, że rok temu miałam boki wygolone do skóry. A teraz? Jeszcze trochę i może coś będzie. Albo się wkurzę i znowu się wygolę.Hm...
Syn wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
Rozmowa zeszła na kary. No właśnie, kiedy syn dostał karę? Starszy nie pamięta kiedy i czy ogóle był karany. Ja też nie. Hm ...nieważne. A nie -kiedyś odsyłałam go do łóżka na dwuminutowe rozmyślania o życiu. Ale kiedy to było ...

Dzisiaj rano zastosowałam tylko szantaż. Starszy znowu chciał zjeść mleko z płatkami.
- Jak zjesz te dwie kromki to będziesz grał, a jak nie zjesz nie będziesz grał. 
 - Dobra! - odparł ucieszony i przez 20 minut męczył te kromki. Ale zjadł.
A potem był poranny bieg - toaleta, ubranie się. Bo Młoda to w ogóle nie chciała wstać. Zimno, spać, zimno. W końcu jak wstała to też chciała jeść. Boże, ratuj mnie.
Moja mantra - luz, nie wkurwiaj się, luz, spokojnie. Mówiłam do siebie jak do wściekłego psa, by nie powiedzieć suki. I nie wydarłam się. Rzekłam mocniejszym tonem - A teraz ruchy, bo spóźnimy się!!!!

Wsiedliśmy do auta. Szyby białe. Trzeba skrobać. Chyba umrę.
Otworzyłam drzwi złomu, a moja skrobaczka leżała na ziemi. Co ona tam robiła? Ile tam leżała? Nie wiem. Czary? Na pewno nie wypadła jak wsiadałam. Czasami sama siebie osłabiam, ale co tam, trudno.Szybko wzięłam się za szyby - ufff, nie przymarzło, ale łapki mi zmarzły.

- Ty jesteś ponura a ja ciekawy świata. - wyparował syn.
- Ze co? Co ty mówisz? Jak?
"Trójka, czwórka 70-tka, fuck, co za pacan wyjechał. Wyjechałeś dziadu to dawaj gazu!- ja pier....."
- Że co ty powiedziałeś? -wróciłam do rozmowy z synem.
- No bo ty nie chcesz szukać złotych jaj
- Złotych jaj? O Jezu, synu, weź, prowadzę... - no będzie mi o grze nawijał jak tu muszę uważać na swoją blachę.
No dupa jasna, kolejny pacan- najpierw stanął nieoczekiwanie w miejscu, a później włączył kierunkowskaz.
Wyhamowałam, bo nie trzymam się tyłka. Albo głupek albo liczył na stłuczkę. Grrrr.....Dupek!

Dzień robi się coraz dłuższy.Zauważyłam to dzisiaj jadąc na trening. No moje postrzeganie świata jest trochę takie.....takie ....takie artrowskie. Dociera, ale z mega opóźnieniem.
Młoda z nami wybrała się i to sama z siebie. Przedtem nie chciała jeździć, bo było ciemno.
Ledwo ruszyłam z parkingu córka rozpłakała się tak jakby krokodyl odgryzł jej rękę.
- Co się stało? - zatrzymałam auto. Tylko spokojnie, tylko spokojnie, oddychaj, to twoje kochane dziecię...
- Moooojaaaa  laaaalkaaaa.......ja chcęeeeeee lalkęęęęę.
Zagryzłam zęby. Nie powiedziałam nic poza- Nie płacz. Pójdę. Poszłam do domu.
- Dziękuję mamo.
- Proszę, dla ciebie wszystko.
Pojechaliśmy. Syn wleciał na salę, a my poszłyśmy do parku i odwiedziliśmy bibliotekę. Piotruś Pan, Mikołajek i Kubuś Puchatek wleciały nam do plecaka.

- Mamo, mamo tam jeszcze jest lód. Zrobię sałatkę z lodu.


- Mamo a co to znaczy szwankować? - zapytał się Starszy.
- Szwankować? To znaczy, że coś się psuje, działa tak jak nie trzeba, jest po psute. A co?
- Mamo ty szwankujesz! - odparł syn i zaśmiał się.
No śmieszne, dziękuję.
Nie ma to jak strzał znikąd.

Nie odgryzłam głowy, bo przyszła paczka. Wypakowałam. Każda sztuka złowiona za 9,90 zł.
Jak przepadnę to wiadomo gdzie. Zaczęłam wertować,wąchać...wpadłam na całego,


a z tej przepaści wyrwał mnie krzyk.
- Mamo pająk!!!
- Nie dam się nabrać!
- No ale jest tam, patrz.
Wstałam. Weszłam do pokoju. Był w rogu. Wielki wstrętny obrzydliwy. Ale się wypasł.
- Zabiję go - powiedziałam dzielnie. Hm tylko czym? Kapciem nie tknę, bo spadnie na mnie, na gardło się rzuci...
- Nie wolno zabijać - odparł syn.
Zawarczałam.
- Nie wolno, ale chcesz by wszedł ci pod kołdrę?
Tralalalala....
- Mamo zabij go!
- Szybko zmieniasz zdanie. Wciągnę go odkurzaczem. Ha!
Dzieci dostały ataku śmiechu. Sadyściątka. Po matce. Ale żaden pająk nie będzie mnie w nocy żarł. Bo pająki mnie gryzą.
Jeden problem znikł, to pojawił się drugi.
Jutro jest wywiadówka. Trzeba pójść, a nie mam z kim dzieciaków zostawić.

- Młodej puścisz bajki, mi dasz swój telefon i damy radę. Nie musisz się martwić.

Genialne wyjście. Przecież to takie proste.Synu, jesteś wielki.

A co najgorsze to chyba będę musiała tak zrobić ....
Kiedyś osiwieję, może jednak ogolę się na łyso?






poniedziałek, 3 lutego 2014

Radocha :)



Starszy przeciągnął się leniwie schowany pod kołdrą.
- Dzień dobry kochanie
- Yyyykhhmmm
- Co mruczysz?
- Nie lubię poniedziałków - wyjęczała głowa. Za głową postrzelały kości - syn wstawał.
Wycieczka dzisiaj! - pozbierał się w dobrym tempie.

- Nie chcę bułki, nie będę jadł. - syn stanowczo zaoponował na wieść o drugim śniadaniu.
- To przywieziesz ją z powrotem, w czym problem? - no co ja będę rozdrabniać się, no weź, zjesz i takie tam marudzenie - daję: zje to zje, nie zje to nie. W nosie to mam. Dziecko sobie krzywdy nie da zrobić.
Bułka z dżemem wylądowała w plecaku, plecak w ręku - syn pojechał.
Na jeden dzień. Polepić z gliny.

W czerwcu pojedzie na obóz treningowy. Dał się przekonać. Chce. Na 7 dni. Rozpiera nas duma. Radocha.
Naprawdę chce jechać. Bo jakby się uparł to moglibyśmy się w nos pocałować.
Dorasta. Powoli.
Nawet wszystkie dwójki ruszyły z kopyta - zaczęły ruszać się. Będzie się działo - nitka, klamka, dentystka.

Młoda odprowadziłam do przedszkola. Poranny leniwy spacer, przecięty przez dwa czarne koty.


Dom. Cisza. W tle muzyka. Kawa.

- Popatrz co dla nas wywróżyłem z fusów.
- Co?
Spojrzałam do kubka.
 I oto co zobaczyłam.









niedziela, 2 lutego 2014

Niedzielne słowo



- Gdzie jesteś? - krzyknął mąż  szukając mnie po "salonach" naszych.
- Tato, mama siedzi w kibelku, pewnie sudoku rozwiązuje.
Ca za kabel! Już ja go dorwę!!!
 - Nie ma mnie - ryknęłam ze świętego miejsca. Cieszę się, że mogę drzwi zamykać od wc. A nie jak rok temu ...(klik, link)

sobota, 1 lutego 2014

a teraz Młoda :)



Wczoraj córa uznała, że chce spać u babci. Chce, bo dawno nie spała.

- To się pakuj Młoda, wiesz gdzie są reklamówki.


I spakowała się sama. Poradziła sobie. Z piżamką włącznie. I zabawkami. I ciuchami na zmianę.