czwartek, 17 października 2013

story:P

W IMIĘ NORMALNOŚCI

- Duchy, wszędzie są duchy –krzycząc tak rzucała wszelkimi rzeczami, jakie znalazły się pod jej ręką – Wy śmierdziele, astralne gnioty, parobkowie szatana, a ty, Belzebubie to co świnio, tchórzliwy zasrańcu, przesyłasz mi tylko swoich sługusów? Chrzańcie się....Odpierdolcie się kurewskie nasiona !
A tak wrzeszcząc, a tak klnąc i jeszcze gorzej mówiąc, sycząc, latała po całym mieszkaniu, po całych 120 metrach kwadratowych i miotała wszelkimi rzeczami, jakie weszły jej pod rękę. Dokonywała nie tylko demontażu dorobku jej rodziców, ale również próbowała uszkodzić samą siebie. Widok ten był straszny. Piekielny wręcz. Nikt nie wiedział co robić, jak zareagować, więc póki co rodzice - starsi ludzie, którzy zdecydowali się na rodzicielstwo w wieku, kiedy inni odliczają czas na emeryturę - ograniczyli swoje działania do jęków: „za co to?”, „och, Boże, Boże...”, jak i do wyrywania włosów oraz wzajemnych oskarżycielskich spojrzeń. Rodzeństwo zaś, młodsze rodzeństwo – sztuk dwie- schowało się w szafach i to pod walizkami – dla lepszej konspiracji przed obłąkaną siostrą.  
I ta gehenna trwała dzień i noc, dzień i noc i nic nie zapowiadało, że dramat ten zakończy się w najbliższym czasie. Nawiedzona dziewczyna bezkarnie oddawała się destrukcyjnym działaniom przemieszanymi niecenzuralnymi tekstami. Rodzina zapomniała co to spokój, cisza, harmonia, co to jest normalne życie. Otaczały ją zewsząd hałasy, krzyki, stuki, jęki, przekleństwa, łomotanie.
Bezradność rodziny była podyktowana wiarą w duchy, zabobonnością oraz strachem, że oni sami padną ofiarą złych mocy. Niemniej jednak wszystko ma swoje granice i nadszedł ten dzień, kiedy matka z wałkiem w jednej ręce, a miską w drugiej dopełzła do telefonu. Aparat spokojnie spoczywał na dnie wanny. Pomimo odbytego lotu nie uległ uszkodzeniu. W drodze powrotnej matka wyczerpała swój limit szczęścia – jej świrnięta córka potraktowała ją w sposób brutalny, aczkolwiek nie w sposób makabryczny dzięki temu kobieta doczołgała się do swojego męża. Po opatrzeniu ran obydwoje podjęli decyzję – zadzwonili po egzorcystę.
I przyszedł taki, na pierwszy rzut oka, zwyczajny, szary człowieczek w średnim wieku. Lecz kiedy zobaczył swoją klientkę – młodą atrakcyjną dziewczynę (pomimo parodniowej rozróby made in nawiedzenie) – uśmiechnął się lubieżnie.
Wypieprzył wszystkie zmory, wszystkie duchy, całe zło, trzy czwarte piekła, a na końcu ją.




T E N I S


Umarł i poszedł do raju, pomimo, iż nie zasłużył sobie na to. No cóż, wyroki Boskie są nie zbadane. Stwórca wybaczył mu i koniec, więc dusza tułała się po niebiańskich przestworzach. To tu, to tam i na odwrót, przez wieki na wieki, aż w końcu znudziło mu się to wszystko. Bo i to wszystko było piękne, doskonałe i w zasięgu ręki, myśli, życzeń no i wogle całość była taka idealna i osiągalna, że aż mdła. Miał ochotę zakląć, lecz nim zdołał sobie to uświadomić już od anioła stróża zarobił z procy:
  • No, obywatelu, bez takich mi tu !!!!
Raj edenem, eden rajem, a jemu coraz bardziej brakowało życia. Wreszcie nie wytrzymał i udał się do sekretarki wszechmocnej Istoty, która umówiła go z Nim Bóg wie o której. W ko-ńcu nadeszła ta chwila:
  • O co ci chodzi ?!
  • Rzygać mi się chce.
  • I z tym do mnie przychodzisz ? Co mam z tobą wymiotować, czy jak? A może mam mi ci palca w gardziel wsadzić ?
  • Przestań na litość Boską.
  • Ja nie mam litości, ja po prostu mam sklerozę.
  • O, to przepraszam.
  • Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do ludzkiej fantazji. Ale o co ci chodzi?!
  • Mdli mnie.
  • Może jesteś w ciąży?
  • Że co jestem?
  • Ojej, przecież jesteś w raju, a tutaj, na tej Boskiej ziemi, każde życzenie spełnia się; świadome, nieświadome, podświadome, po prostu każde, nawet nie znane tobie marzenia i zachcianki spełniają się i to z tych sfer nieznanych Freudowi.
(O! Wypraszam to sobie!!! – obruszył się Zygmuś, który jak nagle się pojawił tak i znikł.)
  • Jezus! Maria!
  • Pielą w ogródku, ja już ci nie wystarczam?
  • Zgłupieć można
  • Czy z tym do mnie przychodzisz ? Chcesz zostać szaleńcem?
  • Przestań! Powiedziałem, że zgłupieć można, a nie czy można zgłupieć.
  • A, faktycznie! Widocznie z wiekiem tracę wrażliwość na niektóre drobne niuanse, a staję się przewra-żliwiony na inne sprawy, ale trwam już tyle wieków....No dobrze, to powiedz mi w końcu z czym do mnie przychodzisz.
  • Brakuje mi życia, tego smrodu, tej niepewności dnia jutrzejszego, no po prostu, Boże, daj mi pożyć. Chcę istnieć całym sobą, poznawać, być zaskakiwanym, chcę być i walczyć o to wszystko co dla mnie jest najlepsze, chcę kochać, czuć, doznawać, chcę istnieć.
  • Nie widzę problemu.
I On pstryknąwszy palcami rzekł jeszcze:
  • Żegnaj, przyjacielu – i posłał duszę w czortu.
Nie na długo, na jakieś pół wieku. Dusza wróciła więc do raju, a kolejna powłoka człecza użyźniała coraz bardziej jałową ziemię.
Dusza tu, dusza tam, można odnieść dzikie wrażenie, że jest to swoisty mecz1 pomiędzy piekłem a niebem, zaś piłką jest to, co nazywa siebie homo sapiens, pomimo, iż winno nazywać się homo co sapie, bo i dyszy, gdy zadyszkę złapie.



1 W religiach Wschodu obowiązuje termin reinkarnacja.

------------------


Pogrzebałam w opowiadankach komentując notkę Kury o homourzędusie:). Opowiadankach pisanych lat ok 20 lat  (+/2-5 lat? )temu ...więc wrzuciłam to, a co :)

Nie dawno na szczycie spotkałam kumpele, z czasów, kiedy czasy boskimi były. Jedną, jak pisałam, postaci kultowych studium. Tam było wiele cudownych osobowości. Naprawdę. Mogę dziękować losowi, ze wrzucił mnie w ten czas. Że miałam przyjemność poznać ich. Są w moim sercu po dziś. Bo są ludzie których nie zapomina się. Po prostu nie zapomina się. A na samo wspomnienie uśmiech sam gości na ustach. I te balangi, prawda?! I te wyjazdy i te projekty...

Więc kumpela zapytała się czy pisze. Byłam zdziwiona. Jak miło, ze ktoś pamięta mnie. I o tym, ze coś tworzyłam. Powiedziałam, ze pisze tylko bloga, na którym se plotę o dzieciach, trochę nudnawie. I tyle.

W tamtych czasach sobie piłam, pisałam, piłami pisłam, smiejąc się, że zobaczycie kiedyś ....

Ha, ha, ha, młodość miewa siły i fantazję.

Za to teraz, po latach mam ubaw. I mogę sie zapytać - gdzieś moja duszo? Ale nie pytam się by nie usłyszeć- wytrzeżwiałam.
Hahahahaha....

Choć raz wrzuciłam na bloga rzeczy odnalezione, ale nie sądziłam, ze mam opowiadnka :)))

http://arte1973.blogspot.com/2013/04/tekst-moj-sprzed-nastu-laty.html#links


------------------------------------------------------


B Y T K U K U Ł C Z Y


Pewna kukułka była handlarą i miała na muniu. A miała nie byle co, tylko same a kuku. I w każdy dzień nie bacząc na godziny nawoływała klientów:
  • A kuku, a kuku, kuku.....
Ale każdy miał na muniu, bo nikt nie przychodził, więc w końcu zbankrutowała. Zakręciło nią życie i dostała Bzika. Żyli długo i szczęśliwie.





G A R N I T U R

Cała rodzina latała po mieście za garniturem. Był nieboszczyk to musi być nie byle jakie ubranie. Przecież trumna będzie otwarta i każdy będzie mógł tam zajrzeć. Nawet ta gruba wariatka spod 6. Tak, ta zapewne nie podaruje sobie tej przyjemności, stara plotkara. Szkoda, że Heniu umarł, bo ile było śmiechu, kiedy sobie popiwszy jabolka tą starą kopniakami ustawiał. A teraz będzie trochę smutno...., nie, nie ma czasu na wspominki, najważniejszy jest garnitur.
Pomimo biedy, bezrobocia i nie wypłacalności MOPS-u rodzinka zrobiła ściepę na zakup. Ubranie ma być czarne, trzyczęściowe, nie byle jaka szmata z hali targowej, a nie daj Boże z lumpeksu. Heniu był Heniem, ale chamstwa nie można mu na końcu zrobić, bo a nuż będzie mścił się i straszył po nocach.
Rodzinka podzieliła się na trzy zespoły, które dostały po swoim rejonie. Latali jak dziki w Słońcu po 150 ulicach. Każdy zapisywał cenę, każdy się targował. Wreszcie jedni natrafili na to co chcieli pozostali i po komórkowej konsultacji, jak i po 10 godzinach bieganiny garnitur zakupiono.
Ubrano Henia. Ktoś rzekł by tak zakombinować, by jednak Henia w garniturze nie chować, tylko po tym jak ludzie sobie na niego popatrzą to przed samym zamknięciem trumny tak zrobić, by Henia szybciutko przebrać, a ubranie w ramach reklamacji oddać, a za pieniądze stypę porządną zrobić. Ale matka powiedziała, że Henio przynajmniej przed Bogiem ma stanąć jak człowiek i może Stwórca to doceni, a wybaczywszy mu jego grzechy rzeknie:” Heniu! choć raz wyglądasz na porządnego gościa, takich to lubię, więc zapraszam cię do Mego Królestwa”. Tak więc pochowano Henia w garniturze, niech wygląda elegancko, przynajmniej na końcu swego życia. I może gdzieś ktoś miał jeszcze nieczyste myśli, że kasę wyrzuca się w błoto, ale niech Heniowi będzie, niech odejdzie jak człowiek. Przecież każdy by tak chciał, by choć raz w życiu ludzi zadziwić i zrobić na nich wrażenie: patrzcie kim jestem !!!, choćby się trupem było.
Pół dzielnicy na pogrzeb przyszło i pół dzielnicy do trumny zaglądało, by zobaczyć Henia. A było na kogo popatrzeć. Mało kto poznał kim był nieboszczyk – bo i Henio był jakiś inny: czysty, ogolony, wyperfumowany i w pięknym ubraniu. Łał ! Garnitur zrobił swoje. Choć to jest smutne, że kawałek materiału zasłania duszę, bo i ludzie zapomnieli jakim Heniu był skurwysynem.
Umarł i mógł odejść jak człowiek. Ale nie, on musiał się rozmyślić, lecz było już zdeczko za późno. Nikt nie usłyszał jego wrzasku, ani walenia w wieko. Z braku tlenu, a nadmiaru duszenia się zacisnął szczęki na rękach. I umarł. Naprawdę odszedł. Jak krwiożercza bestia lub amator podpasek. Nieważne. Ważne, że był już prawdziwym, zimnym truposzem. Amen.
W tym wszystkim miał szczęście, że nikt z rodziny tego nie widział, bo jakże to tak nowy garnitur krwią umazać?! Tak po prostu bezczelnie wypiąć się na rodziny wysiłek, na lokatę finansową, bo przecież to nie lada poświęcenie kupić ubranie i to nie byle jakie, nie pomijając trudu mycia ciała i jego wręcz antycznego brudu, który od wieków istniał na Heniu. Oj, gdyby rodzinka przewidziała ten bieg wydarzeń zapewne po mszy sprzedałaby garnitur i wypiłaby sobie i to przez tydzień by balangowała, a i dzieciakom może by po lizaku kupiła...
A teraz Heniu stanie przed Bogiem z miną szalejącej wściekłościo-zdziwienia, w nienaturalnej pozycji i na dodatek ubabrany własną juchą!!!
Mówiąc pokrótce: Henio jak żył, tak i umarł, jak żył tak stanął przed Bogiem.
Los może jest ślepy, infantylny, czasami niesprawiedliwy, ale przeznaczenie potrafi człowieka udupić, przyszpilić i to słusznie. Amen


B A L A N G A


Zapadła noc. Zmęczona kobieta powłóczyła nogami po schodach. Wracała do domu, do mieszkania na 10 piętrze. Szła na piechotę, bowiem winda jak zwykle była zepsuta. Zresztą w tym bloku wszystko waliło się: tynk odpadał, w piwnicy były szczury, żarówki ledwo świeciły a ludzie deptali po karaluchach, po innych insektach i po ich odchodach. Bieda goniła biedę i obie piszczały w zardzewiałych rurach, które nierzadko pękając zalewały wszystko to co dało się zalać. Oprócz oczywiście samych mieszkańców, bo ci sami się zalewali po przez wina marki wina. I ich świat jakoś się kręcił.
Kobieta jak zwykle wracała wykończona. Pracowała jako motorniczy, ale nie czuła już zawodowej satysfakcji, zresztą nie tylko zawodowej, wogle popierniczyło się jej w życiu. Stukot obcasów mieszał się z myślami, a właściwie z jedną: kurwa mać !!! i tak na okrągło: stuk, kurwa, kurwa, stuk... Zmęczenie, niezadowolenie, rozczarowanie, wypalenie - wszystko to kryło się w tym przekleństwie, które przynosiło quasi-ukojenie dla jej duszy. Jedynie czego tak naprawdę pragnęła to spokoju, ciszy. Wokół nic się nie dzieje, czas stanął w miejscu, bezruch, relaksujące odrętwienie – oto balsam dla udręczonego ego. Ale dzisiaj nie będzie jej to dane, bowiem jej facet urządza małą libacyjkę. Jak co dzień zresztą. Z niejasnym uczuciem pomyślała, że nigdy nie zazna spokoju i otworzyła drzwi.
W mieszkaniu było pełno ludzi, pełno dymu, pełno głosów, a muzyka wdzierała się w każdy otwór. Towarzystwo miało już nieźle w czubie i nikt nie zauważył jak weszła, bo i co rusz ktoś wchodził.
Zrzuciła ubranie, buty i weszła do kuchni. Pomimo zamkniętych drzwi hałas wdzierał się przez każdą szczelinę. Muzyka i rozmowy wierciły w jej głowie wielką dziurę. Disco, słowa, śmiech wszystko to powoli doprowadzało ją do wrzenia. Nagle z psychodelicznym krzykiem rzuciła się pomiędzy lodówkę a zamrażarkę, myśląc, że a nuż może tam znajdzie ciszę, bezsłowie. Jedynie na co wpadła to na kapsle od piwa. Ktoś wszedł do kuchni. Pijany człowiek zauważył już wariatkę:
  • Kuuuhwa, hyk, chodź pić, hyk !!! –rzekł z czkawką i poszedł z flaszkami pod pachą.
Z dziwnym uczuciem pomyślała, że w jej życiu już nic się nie zmieni, chyba że?! Wyskoczyła przez okno. Bez słowa, bez myśli, po prostu to zrobiła – hyc, mały krok w wielką przepaść. I nikt tego nie zauważył. Alkohol zasłonił los człowieczy.
Nad ranem śmieciarz znalazł w krzakach na wpół zjedzone zwłoki. Zemdlał. Nieszczęśliwy wypadek pozbawił go życia.
Teraz dwa ciała czekały, aż ktoś je odnajdzie.
I zostały znalezione niebawem. Przez szczury, koty, psy, przez też głodnego człowieka.
Dziwny to był pochówek.



Z A S R A N I E C

Opowiem wam o zjawisku społecznie szkodliwym, a mianowicie o metabolizmie poszczególnych jednostek. Nie wiem co tym ludziom dolega, nie mniej jednak wiem, że coś z nimi nie tak, albowiem wszystko ma swoje granice, swój kres tak jak np. przemiana materii - nie wnikając na przetwarzane składniki, jak i na sam proces. Zapewne nieraz w swoim życiu, nie zależnie od jego długości, spotkaliście się z tym procesem, ale wasze maski nie pozwoliły przyjrzeć się uważnie temu zjawisku.
Nie wiecie co chodzi ? Chodzi o to, że są ludzie, którzy bez żadnego „ale” srają na wszystko i na wszystkich. No właśnie... Powiesz im coś, to ci odpowiedzą „sram na to”; problem ? – „sram na to”. Nic tylko sram i sram i sram. Sorry, niektórzy zmieniają swoją mantrę mówiąc „wysrałem się na to”, ale przecież to nie zmienia postaci rzeczy. Tak jak nic nowego nie wnosi podobna kloacza odzywka „mam to w dupie”, bowiem to i tak za chwilę zostanie „wysrane”.
Interesujący problem, nieprawdaż? Tak więc, pozwolicie, że zabawię się w domorosłego socjologa i spróbuję uważniej przyjrzeć się tej całej „zasranej” sprawie, ba!, spróbuję nawet w tym swoim szaleństwie znaleźć genezę tego zjawiska.
Podejrzenie pierwsze. Człowiek to złodziej, egoista, bowiem zwierzętom odebrał prawo do posiadania duszy. Niestety tylko ptaki, a dokładniej rzecz biorąc, wrony i kruki, od czasu do czasu protestują przeciw temu barbarzyństwu i jawnej niesprawiedliwości. Manifest ten przybiera radykalną formę buntu – ptaki po prostu srają na ludzi bombardując ich odchodami. I człowiek mówi „sram na to”, bo, albo zaraził się od ptaków takim stylem życia (nie pojmując przyczyn dla których to ptaki robią), albo boi się „powietrznej miny”, więc chce odwrócić los.
„Nie rozdziobią nas kruki, wrony...” masz rację kochany Stefcio, nie rozdziobią nas, ale osrają.
Podejrzenie drugie. Może niektórzy z tych „sraczy” (ludzi nadużywając tego zwrotu), jak przyjdzie co do czego to tak naprawdę, cierpią na zatwardzenie i wieczory spędzają na popijaniu herbatek ziołowych tudzież na zażywaniu innych środków farmakologicznych tylko po to by odbić sobie zapchane jelita, więc i mówią tylko i jedynie „sram na to”, czyli przybrałoby to postać pobożnego życzenia. Och głupcy, czyż nie mają świadomości, że przez samo gadanie szlag może trafić wiele rzeczy, że istnieje groźba zapeszenia? Ach, naiwni nie wiedzą co czynią, a bluźnią....a bluźniąc nie słyszą co mówią, a mówiąc, nic nie czynią, a nic nie czyniąc bluźnią, a bluźniąc....a „sram na to”.
A propos „srania” to „A sram na to”. Bo i cóż mnie to wszystko może obchodzić? Ja też zainfekowałam się znieczulicą. I to jest moje trzecie podejrzenie. Zapewne najbardziej słuszne.





Ś L I M A K


Ślimak to ślimak. To brzuchonóg pospolity. Taki przez cały dzień nic nie robi, tylko ślimaczy się. Wlecze się, a czas wraz z nim, a może na odwrót, zresztą nieważne.
Ślimak żyje w innym wymiarze, aniżeli homo sapiens i pełznie na jednej nodze niosąc na sobie brzemię osiągnięć, cały dorobek nadany przez Naturę. Wydaje się, że Przyroda lewicuje, bowiem każdy ślimak dźwiga taki sam domek: malutki, zakręcony, kruchy, a przede wszystkim własny. I dlatego też uczucie zazdrości jest dla ślimaków obce, a jeśli już dochodzi do walk to jedynie jest to bój o samicę. Zresztą, jak dowodzą nauki przyrodnicze, to samice prawie wszystkich gatunków są takimi wrednymi sukami i przez swoje niezdecydowanie, jak i przez swoją próżność, lubią gdy samce toczą o nie krwawe pojedynki. A nie mogłaby taka jedna z drugą wykazać się sercem, inwencją i rogiem, tudzież kopytem, a i nawet głową wskazać na wybranego samca i rzec władczym tonem: TY!!! I na świecie byłoby więcej pokoju, miłości i. ...tak jakoś zrobiłoby się fajnie. Samoświadomość zmniejszyłaby liczbę wojen.
Tak więc ślimak ślimaczył się, a czas wraz z nim. A może godziny wlokły się, a on wraz z nimi? Nieważne, ważny jest tylko jeden fakt: fakt że jeden dzień dla ślimak trwa i trwa i trwa i trwa. I może tutaj jest pies pogrzebany, bo jeśli dzień jest aż tak długi to nie ma żadnego powodu, aby się spieszyć. Nadmiar czasu wyluzował ślimaka doszczętnie i ten prowadzi anemiczno-leniwy żywot z tendencją do pociągania trawki tzn. na trawce...
I tak sobie ślimak żyje dopóty dopóki ktoś czy też coś nie wejdzie brutalnie na jego dom. Wówczas jego mieszkanko staje się ruiną, on miazgą, a to wszystko tworzy wyżerę dla mrówek. Nic przecież w przyrodzie nie ginie.
Ślimaki oddają swojego ducha najczęściej za dnia („idź w stronę światła...?”), a ludzie jak nawiedzeni biegają po ślimaczych trupach, bo przecież czas tak szybko ucieka i mało który człowiek zdąży za życia pożyć, choć nie każdemu na tym zależy.
Co istota to wymiar, co wymiar to inne prawa, tylko człowiek jest na tyle głupi, by wszystko uczłowieczać.



I WCIĄŻ NIEDOKOŃCZONE............



 Calipiczka była rozkapryszoną karlicą o niezwykłych zdolnościach. Jej nadprzyrodzone moce sprawiały, że w każdą rzecz mogła tchnąć życie. Ale nie robiła tego, bo i nie robiła niczego co nie było związane z jej osobą. Egoistyczne nastawienie do życia zasłaniało jej horyzont, więc swym krótkowzrocznym wzrokiem nie dostrzegała tego co winna widzieć. I tak sobie szła przez życie, potykając się to o kłodę, to o człowieka.  
Pewnego dnia zaszła na polanę. Taką zwykłą, zieloną, pod lasem, z rzeczką. Łąka była zamieszkała przez zwierzęta, owady i jednego biednego turystę. Ptaki świergotały, słońce świeciło, koniki polne skakały, zbieracze miodu i pyłków latały brzęcząc, szumiał potok. Idealne miejsce na dłuższy odpoczynek.
Calipiczka postanowiła zadomowić się na jakąś chwilę. Wynajęła od Wiewiórki mały apartament w korzeniach dębu. TV, lodówka, klimatyzacja, balkon – można jakoś przeżyć te parę dni. Rozpakowała swój dobytek i z kawą w ręku wyszła na taras by rozejrzeć się po okolicy. Słońce nadało łące wspaniały koloryt, który urzekał nie tylko oczy, ale i serce. Naprawdę było cudownie, bo i nawet Calipiczka dała się ponieś czarowi przyrody i zanuciła „Carmen” pod nosem. Piękno natury koi duszę i każdy staje się milszy. Pod balkonem przechodził Żuczek:
  • Dzień dobry pani! Jak Pani ma na imię?
  • Dzień dobry tubylcu, jestem Calipiczka...
  • A ja Żuczek, miło mi panią poznać. I jak pani podoba się nasza kraina?
  • Jest cudowna...
  • Tak mało kto pozostaje poza jej urokiem, ale i pani niczego nie brakuje...
  • Ależ Żuczku, przestań!, bo cię nazwę chrząszczem!
  • Przepraszam, ale obojętnie nie mogę minąć piękna, więc jeśli panią uraziłem to idę. Do zobaczenia.
  • Tak, do widzenia.
I Żuczek poszedł podzielić się wrażeniami na temat nowej lokatorki łąki ze swoimi przyjaciółmi, nie wiedząc, że Wiewiórka już plotkuje ze wszystkimi, którymi spotkała po drodze. Polana zaczęła żywiej buczeć, zagłuszając nawet potok.
Calipiczka zaś udała się do łazienki, by poprawić makijaż. Połaskotana komplemen-tem Żuczka pomyślała, że na pewno tutaj zabawi dłużej. Łakomstwo na dobre słowa każe trzymać się tych, którzy tak mówią, tym bardziej, że jest to „towar” deficytowy i żadne czary nie pomogą, by usłyszeć dobre słowo, bo i każdy ich żałuje.




(hahahahahahahahahahahaha)


Tym , którzy to tej strony dotrwali - dziękuję :)





9 komentarzy:

  1. Podoba mi się. :) Masz poczucie humoru. :) Jak masz więcej, to dziel się ze światem. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ok, uzupełnię, a co mi tam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. ale niedokończone wciąż.głosy w nocy przestały gadać do mnie :)

      Usuń
  4. Cóż to znaczy świeże spojrzenie, bo dobrze doczytałam, pisałaś to za "małolata" ? Celnie, bardzo celnie, to lubię w młodzieży, że się nie "sra" i wali między oczy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobrze doczytałaś, było to milion lat świetlnych....:)

      Usuń
  5. Dobre, no kurde dobre :D
    Zebrać całość i wydać tomik opowiadań, będzie hicior :P

    OdpowiedzUsuń