środa, 11 września 2013

loty...




Budzę się powoli. Właśnie wyciągam się na krześle upajając się zapachem kawy. Radość chwili. W domu spokój, cisza. Nie ma nikogo. Tylko ja i chomik. I Diary of  Dreams.

Rano, jak tylko odwiozłam Brzdące na zajęcia, padający deszcz wrzucił mnie z powrotem do łóżka. Sen jest mi potrzebny. Nie broniłam się. Starość musi się wyspać. Więc śpię.

Muszę przestać ryć powiekami, bo zakurzę sobie oczęta. I odbiór reala będzie zakłócony. Obraz niczym w telewizorni za PRLu - śnieżyca. Pustka. Brak przekazu.
Muszę nabrać rozpędu.

Ech, za stara robię na nadużywanie alkoholu. Tyle, ze czasami trzeba pomalować swój świat. I na żółto i na czerwono i na niebiesko i.....a fe, co ja jadłam?!!!

W nocy, kiedy już docierałam do wyra, będąc w stanie wskazującym na spożycie, to  i tak wczesnym porankiem budziła mnie  ręka. I do niej dołączała noga. Towarzystwo wzajemnej adoracji bezczelnie otwierało moje oczy. Ręka piecze, drętwieje, mrowi. Tłuszczak został wycięty, a ścięgna podcięte, czy co?! Noga tylko boli. Nie wysypiam się ostatnio po prostu. . Nie miałam jak i kiedy się wyspać. Koszmar.
 Zmęczenie powala.
Marudzę.
Przestaję.

Opowiadam. Choć nie ma co opowiadać. Miałam 4 upojne wieczory, które generowały moje poranki i popołudnia.

Jak wygląda straszny poranek?!
Kiedy widzisz na szafce nocnej żel do intymnego masażu ( i nie tylko) i głupi uśmieszek męża:
- Było cudownie, kochanie.
Chrześcijańska dusza w piekle płonie.
Hahahaha, żart drętwy.


W piątek dzieciaki dostały nakaz wymarszu i poszły spać u babci. Nie były z tego powodu szczęśliwe. Zwłaszcza Starszy. Trudno, niech uczy się, że życie jest brutalne i trzeba dostosować się do potrzeb innych, a nie własnych. Starszy robił babci jazdy i nie poszedł się myć. Był zbuntowany. Chciał do domu. Babia nie wymiękła, nie zadzwoniła. Była dzielna. jak nigdy.
Czy jest coś w tym złego, że chcieliśmy mieć wieczór dla siebie.
Raz na jakiś czas należy nam się wolna chwila. Chwila oddechu. Chwila nawalenia się. Reset ustawień.

Przybyły kumpele z odsieczą i browarem co by moją pogłębiająca się deprechę pogonić.
Bo mam czasami wszystkiego dość. Dość takiego marazmu życiowego. Wszystko zlewa mi się w jeden dzień, bo każdy jest do siebie podobny. Potrzebuję wrażeń, bodźców. Musze się odmulić.

Wpadli jeszcze jedni znajomi. I kumpela.  Piwo się lało wraz ze słowami i muzą, potem śpiewem.
Odganialiśmy czarne chmury.
Bo co człowiek to problem. Bo zawsze coś musi być na rzeczy.
Bezrobocie to pasztet naszych lajfów jak i naszedł czas  najwyższy, by odpocząć od dzieci i zresetować swoje układy nerwowe. Bo musi być życie towarzyskie. Bo nie można siedzieć w czterech ścianach.
 Płyn rozpuścił kwachy - nastała radocha, a reszta odleciała wraz z dymem papierosowym.

Wiatr w skrzydła po prostu. Bo nie można tkwić w domu, w okowach codziennych obowiązków. W monotonii dnia. Bo trzeba się wyrywać. Być. Istnieć. Mieć uciechę.
Bez ludzi nie ma istnienia. To w nich drzemie siła człowieka.

Zresztą narcystyczna dusza ma-  jak umrę to niech płaczą za mną, buhahahahaha. A ja za nimi, hahahahaha.

Potem odleciałam. Nie za wiele pamiętam. Bywa.
Kiedyś się nad sobą zastanowię. Kiedyś.

W sobotę mój odświeżony i zregenerowany układ nerwowy, podreperowany jajecznicą i kawą, został podeptany przez mamusię i jej siostrę. Piana na pysku normalnie.
- Czy wy wiecie, że mam lat 40 a nie 15?! CO?!
Naprawdę traktują mnie jak gówniarę próbując pouczać na każdym kroku. Temat nr 1 - kościół.
Jestem chyba diabłem wcielonym, bo zaraz dostaję mega szału . Dostaję szału, kiedy grzecznie proszę o zakończenie tematu, a temat jak rzeka wciąż płynie.
- Z tobą to w ogóle nie można porozmawiać i to na żaden temat! - obrażonym tonem rzekła ciotka i wyszły z mamusią kręcąc głowami.
- To po co że mną rozmawiasz?! Ja nie chcę by ktokolwiek cokolwiek do mnie mówił!!!

Myślałam, ze wieczorem nie przyjdą, ze będą nafochane. Ale gdzie tam - przydreptały i jak nic znowu zaczęły mnie irytować. Taki sport, po prostu.
- Słuchaj, jak ja mogę funkcjonować w społeczeństwie, jak ty cały czas mnie krytykujesz?
- Ja ciebie?! Nigdy!
- Nie? a teraz co robisz, jak to nazwiesz?! 
To się nazywa troska. Aha. Dziękuję.

Rozmowy zostały zawieszone na czas działań. Mężuś w niedzielę musiał wskoczyć w garnitur. Więc ja de facto musiałam skoczyć w sukienkę. Jak się wskakuje w sukienkę to trzeba włosa opanować i paznokcie pomalować.
Jeeeeeeeeeeeesoooooooooo....
Luknęłam na zegarek, było po 21.00. Lepiej późno myśleć niż wcale.
Wyciągnęłam lakier. Szlag -mam resztę zmywacza. Matka pobiegła do domu. Przyniosła końcówkę swojego zmywacza. Fajowo.
Szlag!, nie ma wacików. Matka pobiegła do domu.
Maluję pazurki. One znowu zaczęły ględzić do mnie, a mi aż pazury zalało. Zmywam je lakierem i od nowa ciągnę. Znowu wtopa.
Olałam pazurki, poszłam włosy zafarbować. Rodzinka już dostała ataku śmiechu.
Siedzę z farbą na włosach po raz kolejny przymierzając się do pazurków. Zmyłam. Pomalowałam. O kurde!, farbę mam na rękach. Poleciałam umyć ręce. !- SZLAG JASNY!!! zapomniałam o pazurkach!!! Lakier spłyną z paznokci!!
Gdzie zmywacz? Bo jedna resztka się skończyła! Gdzie mój zmywacz, gdzie moja resztka?! Ratunku!!!Znalazłam w śmieciach.Wyrzuciłam z farbą myśląc, że to jest pojemnik od farbowania.
- Wiecie co? Może jednak napijmy się piwka, co?!
I wypiliśmy. Tak leciutko i spokojnie. Kompletując ubrania - gdzie te buty są?! I w ogóle.
- Wy jesteście w ogóle nie pozbierani! 
- Ale jeszcze trochę i będziemy rozebrani! 

A potem była niedziela. Chrzest był na 14.00, a mój szanowny małżonek, który twierdził, że ma wszystko nagle zaczął  szukać paska do spodni. Patrzę na wskazówki - 13.45, a on nadal się miota.

- Olej pasek, jedziemy.
- Nie, bo mi spodnie spadają.
- Stary, jesteś ojcem chrzestnym- miej ruchy, na litość boską.
Zdążyliśmy. Msza, imprezka i nastał poniedziałek.

Wstawanie o 6.00 było wstrząsającym przeżyciem, ale życie należy do twardzieli. Nie ma ulgi. Poleciałam do mojej matki po dzieciaki.  Syn kazał obiecać, że już nigdy nie będzie spał u babci. Przyrzekłam mu to. Dotrzymam słowa.
Młoda kaszlała w nocy, więc została w domu, a my z synem pojechaliśmy rowerami do szkoły.
- Ja już nie mogę - zaczął jęczeć w połowie drogi.
- Synu, nie osłabiaj mnie.
Mógłby już wyrosnąć z tego nie chciejstwa.. Wszystko na nie. Już ja mu się do tyłka dobiorę!Mam dość tych fochów, jęczenia. Krew mu przetoczę. Wyrwę jakąś molekułę z drabiny rybonukleinowej.

Odebrałam Starszego ze szkoły.
- Masz jakieś zadanie?!
- Nie, bo już odrobiłem na świetlicy.
- Naprawdę?! To bardzo fajnie. Pokażesz mi w domu co zrobiłeś?
- Tak.
Pokazał. Kapitalnie. I dostał kolejną pieczątkę "super".
Wow! może będą z niego ludzie?!
Tyle, że potem pochwalił się komiksem. O ludziku. Ludzik będąc w szpitalu włożył bombę pani do gęby. Ona wybuchła. Hahahaha. Potem sam siebie wysadził.
No zabawne.
- Synu, skąd masz takie pomysły?!
- Nie wiem, nas to śmieszy.
- Nas? Jakich nas?
- Bo my z kumplami na świetlicy tak rysujemy.







Wieczorem wpadli znajomymi. Całe wino teścia poszło. Za życie, zdrowie, chwile ulotne. Tak na lajcie.


Bo gdzieś leży granica.

Pewnie do piątku zatraci się w krzakach niepamięci.

Ale myślę sobie co by wieczory filmowe zainaugurować.

Bo życie towarzyskie musi być.

Bo musi się coś dziać.












4 komentarze:

  1. Hehehehe. Rysunki mnie pocieszyły, bo myślałam, że moje dzieci są nienormalne :D Uf

    OdpowiedzUsuń
  2. ufff, dzięki za komentarz, bo prawdę mówiąc - też zgłupiałam. Psychopata mi rośnie czy jaki pierun?! Ale jak widać taki wiek. Śmieszy skórka od banana jak i bomba.Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A najlepsze jest to, ze to nawet ten sam styl ;) Też te kwadraciki, proste ludziki i dużo czerwonego. Tylko u mnie były jeszcze jakieś drabiny i lawa. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. a to też jest :)
    dzizas, to oni mają mózgi podłączone do jakiegoś komputera czy co? Bo to mania jest.Opętanie! :D

    OdpowiedzUsuń