wtorek, 23 lipca 2013



Córka obudziła mnie o 6 nad ranem. 6 rano. Zapomniałam, że taka godzina istnieje.
- Mamo, chcę jeść.
Jezu, wróbel? Jeść? Rano? Dotknęłam czoła - spoko. Potem swojego -mam głowę. Wstałam jakimś cudem. Podałam córce śniadanie mówiąc, że jak zje to niech wpadnie do mnie do łóżka. Moje siedzenie przy stole groziło zejściem pod stół. W końcu poszłam spać po drugiej ...Tym razem nie balangowałam, hahaha. Dość imprez w tym miesiącu. Zresztą spadam z rodzinką pod namiot i w sierpniu wrócę.
Sen ......
Obudził mnie telefon.
- Będę za godzinę -kuriera głos przywrócił funkcje życiowe. O tablet w końcu przyjdzie.
- Ok, czekam.
O, córka spała koło mnie. Syn wstał. Była dziewiąta. Można zacząć żyć.

Starszy chyba chciał też zacząć się wyróżniać na tle rodzinki. Czemu tylko Młoda ma być gwiazdą?! Więc wylał kakao. Jak zwykle winien był przypadek. Zawartość całego kubka poszła na ścianę, stół, podłogę. Nie wierzę....Zaczął sprzątać, mazać,  pomogłam mu. Nie w mazaniu, w sprzątaniu.
- Wiesz co synu, czasami jesteś super, a czasami jesteś taki...taki...
- Dziwny?! - dokończyła córka
- Nie, nieogarnięty.
Nie chciało mi się krzyczeć. Krzyk kakao nie pozbierałby. Zresztą czuję jakieś mega zmęczenie i nie chce mi się nic. Jak to powiedziała kumpela wczoraj:
- A tobie co? gdzie ta energia? nie poznaję....
No właśnie ....Psychoklima zaczyna mnie przygniatać czy co? Albo ostatnie imprezowanie, hahaha.


Z kolei przy obiedzie to córka zapewniła atrakcje. Młoda gestykulując żwawo przy krzyku:
- NIE CHCE TEGO!!! NIE CHCĘ!!!
dłonią dotknęła gorącego garnka. Na szczęście płacz był większy niż cokolwiek -nic się stało. Ale daliśmy lód na dłoń i dziecko dumne, bo dzieci lubią takie historie, wpałaszowała obiadek.

Dzieci dbają o to, by dzień był atrakcyjny. A człowiek tylko liczy na głowie włos siwy....

Plac zabaw. Zabawa - zbieranie żołędzi. Syn tak miał napchane kieszenie, że jak szedł to spodnie spadły mu na kostki. Dzieciaki uśmiały się nieziemsko. A ten parę kroków zrobił w majtasach, bo się nie zorientował, że gacie stracił.
Co za koleś.
- Synu, czy nasz dom to dziupla a my to wiewiórki? Po co to targasz do chaty?
- Hahahaha, no bo...bo...bo chcę.

Kąpiel, kolacja. Syn umyty zaczął jeść kolację, a córka nakarmiona poszła kąpać się.
Czyszczę klatkę Zygmunta, a mnie dobiega śpiew Młodej z łazienki:
- Mamo, mamo, ty  łobuzie ...mamo, mamo, ty łobuzie...... - i zaśmiewa się.

Syn otrzymał tablet, by popykać w angry:

- Życie jednak nie jest nudne
Ten to jak coś powie ...



Zaczynam nas pakować. Patrzę na listę. Pozycja pierwsza - buty sportowe dla T. By znowu nie było, że chłop  ma tylko sandały.
Choć tym razem prognozy mówią - będzie słońce, ale co tam, kalosze dla dzieciaków biorę.

Parę dni w Beskidach. Pod namiotem. Będzie cudownie. Bo życie cudem jest.










poniedziałek, 22 lipca 2013

Córka ostatni zaczęła mocniej rozwijać się. Leci na kolana, głowę. I z tekstami. Ostatnio spadła z ławki, bo oparła się o oparcie którego nie było. Mignęły mi tylko jej pięty..... szybkie hyc i leży. Nie wiedziałam czy ze śmiechu zejść czy córkę ratować. Choć to wcale nie śmieszne. A jednak .......
Z tego wszystkiego płacze tak, jakby chciała odrobić te swoje 4 lata bez płaczu.
Nie ma dnia bez wywrotki.
Już ma lekkiego siniaka na głowię. Tak biegła do babci, że potknęła się i dała nurka na głowę. O podłogę w przedpokoju. Wywróciła się o wzorek czy co?!. Jakby człowiek tak chciał zrobić, i to w takim stylu to ręczę, ze nie wyszłoby tak cudnie jak mojej córce. Ma w tym talent  i rozwija go. Z dnia na dzień.
Dzisiaj biegła radosna i dziwnym trafem znienacka wyrósł jej korzeń pod stopami i znowu oczywiście była Tiereszkową - kosmiczny lot na obdarcie kolan gotowy.
Mam ochotę kupić jej gumowy strój z maską, póki nie zrobiła sobie większej krzywdy.
Nie ma to jak dziecięca pląsawica nóg. Dwunożna stonoga. Krejzi szczudła.

Oczywiście dumna potrafi pokazywać swoje otarcia, zadrapania, rany moim znajomym.
- I co? Bolało?
- Płakałam na cały świat!


- Mamo chodź, posadź tu swój wielki tyłek.
Zatkało mnie. Jaki wielki? Ej, kurde! Ale cóż, pewnie z jej perspektywy jestem wielorybem.
- Dobrze kochanie.
I zasiadłam koło córki tym swoim tyłkiem, bo co innego mogłam zrobić?!
Nie mogę, nie wytrzymałam poleciałam do lustra zobaczyć czym właściwie kończą się moje plecy. Widziałam w odbiciu oczów i to własnych piękny komunikat: wskazany większy zapierdziel w pedałowaniu.
Tylko kiedy?! Jak upały ze stojącym powietrzem oddech zabierają.
Poza tym mam chyba czarodziejskie krzesełko w rowerze - ledwo wsadzę na niego zadek, a już zaczyna się:
- Maaamooo, daj .....
- Mammmo chodź......
A czas płynie nieubłaganie ...

Młoda oprócz lotów błyszczy też jako gwiazda tekstów.

- Halo - rzekła kumpela odbierając telefon. Młoda szybko przybiegła do niej wrzeszcząc:
- Kopyta ci walą !!!

Reklama nie idzie w las, tylko w młode główki.


- Co?
- Jajco!!!! 

A propos jajek ...

Zastanawiam się jak to jest mieć np. pięcioro dzieci i jedną toaletę. Bo ja wymiękam przy zsynchronizowanej dwójce. Ledwo Starszy pójdzie Młoda się drze:
- Ja też chcę sikuuuuuu.
- To powiedz to Starszemu.
Tłucze się w drzwi od wucetu krzycząc:
- WYCHODŹ!!!!
- NIE DRZYJ SIĘ!!!
- SAM SIĘ DRZESZ!!!!!
Chcę mieć wielki dom. Niech siedzą na gorze, na dwóch tronach i drą się, a ja poproszę o kawałek ciszy. A przecież wraz z wiekiem będą się wyrabiać w deptaniu sobie po piętach. Chyba sama stanę się Walentiną i siebie wyoram w przestrzeń kosmiczną.

Póki co ewakuujemy się w górki. Dzieciaki zajęte atrakcjami przestaną piszczeć sobie do ucha. Bo ostatnio jakaś nuda zakradła się. Nie wiem. Czasami trzeba się ponudzić. Plac zabaw i plac zabaw.
Jak nie łapią motyle to ganiają się. Jak się nie ganiają to kopią w dęba, by żołędzie opadły. Potem skaczą, huśtają się i gonią i kopią piłkę i kopią w ziemi dziury. Dlaczego? Nie wiem. Do bram piekieł chcą się dostać?!
Dzieciństwo jest świetnym okresem w życiu człowieka. Dzieci są wrotami w tą magiczną krainę. Czasami wolę bawić się z nimi niż na ławce siedzieć.

- Proszę pani, a my chcemy się bawić w rozkazy, ze ziemia parzy!
- Mamo, proszę.
- Wszystko parzy, oprócz huśtawki!!
I chłopaki lecą krzycząc nie z tej ziemi. A ja wymyślam im pierdy, by się zganiali do padnięcia w łóżkach.

-----------------


Syn miał urodziny. Była msza. Babcia musiała dać za wnusia, a jakże. Polska tradycja musi być. Jezus nie odpadł od krzyża jak weszłam do kościoła.
Ksiądz w intencji poleciał nie tylko z imienia, ale i też z nazwiska. Nasze oczy zapłonęły, a warkot przeszył trzewia. Udusić moja matkę to mało. Nazwiskiem?! Fiocha.pl, ale cóż ....nazwiskiem, cholera .......grrrrrr!

Potem był tort i balony i kumple. Tort oczywiście z angry birds, bo jakby inaczej. To prostsze od malowania krasnoludów z Bilbo Baginsem i Gandalfem.
Balony mniej nam się udały. Po nadmuchaniu ich okazało się, ze są z napisem Merry Christmas. Nie wiem jak to kupiliśmy, ale jak mówi T - my nie możemy być normalni. Dzieciaki na szczęście nie potrafiły czytać. Później córka zdziwiona krzyknęła:
- A tutaj jest choinka!!!! Czemu?

Przyjęcie było małego kalibru na świeżym powietrzu. Przy większej brygadzie wskazany byłby nadzór i to mega mocny. Dzieciaki mają energię i pomysły w niesamowitej sile i potędze. Jeden siedmiolatek to wiaterek, ale czterech to już cyklon. Miałam zabawić się w animatorkę, ale spokojnie zatonęłam w kubku kawy. Zabawy powstawały z inicjatywy młodych umysłów. Z bramki plastikowej, którą rozłożyli na części zrobili peryskop i lornetkę. Ze zjeżdżalni skakali do baseniku, która była w kształcie łodzi pirackiej, więc atak piratów był niezły. Gonili się, krzyczeli, hulali i jak przyszła pora końca wraz z ich rodzicami -nie chcieli wracać do domu.


Syn był zachwycony prezentami, a zwłaszcza kasą. Fachowo rozrywał koperty.
- Mamo! Tyle kasy! Kupię sobie to co chcę.
- I co sobie kupisz?
- A starczy na tablet?
- A oprócz tabletu to co kupiłbyś?
- Wszystkie ptaki z angry birds, takie jakie chcę.
- A może plecak do szkoły, co?!!
- UUUUUUUU - syn skrzywił się. Zamilkł. Po chwili mruknął - No dooobraaaa...

A tablet dostałby, gdyby firma nie zawiodła z dostawą. Ale co ma wisieć nie utonie - będzie miał swoją niespodziankę. W sumie dobrze - niech układa lego, bawi się innymi prezentami.

Kupiliśmy mu upragniony prezent tylko dlatego, że ma magiczny wiek - 7. I jest naprawdę super chłopakiem.

Zresztą technika idzie do przodu i trudno, by dziecko nie było z nią obyte. Teraz dzieci wręcz z kojców wymiatają na klawiaturach, zatem jeśli człowiek chce w przyszłości przeżyć musi być z techniką na czasie.

Syn od września idzie do szkoły. Zacznie się nowa epoka. Od rozpoczęcia roku szkolnego po rozdanie świadectw.

Podręczników jeszcze nie zakupiliśmy, mamy czas. Póki co ściągam namiot, pakuję rzeczy, kolejny wyjazd przed nami, kierunek -górki.

Pole namiotowe, rzeczka .........i zimna warecka :P






Liczba siedem to liczba uważana za mistyczną, wyróżniającą się bogatą symboliką. W wielu mitologiach i religiach świata jest symbolem całości, dopełnienia, symbolizuje związek czasu i przestrzeni. W Nowym Testamencie (Mt 18,21) oznacza pełnię i doskonałość, w religii judaistycznej kojarzyła się z siedmioma dniami tygodnia, siedmioma archaniołami. Przez siedem dni trwały wielkie święta i siedem tygodni upływało między Paschą a Świętem Tygodni. Starożytni filozofowie przypisywali jej własności opieki i władzy nad światem, kojarząc z siedmioma planetami. Pitagorejczycy uważali ją za najwyższą podstawową liczbę całkowitą. W wielu mitologiach stanowiła atrybut bogów, jej wartość była przedstawiana w architekturze, świętych pismach, przykazaniach, kosmologii.






czwartek, 18 lipca 2013

sen

Śniło mi się, że córka umarła. Wraz z T. Odeszli. We śnie nie uwierzyłam. No bo jak to tak? Tak być nie może. To wbrew wszelkim prawom.
Okazało się, że jednak nie żyją.
Obudziła mnie pustka.
Obudziła .....uffffff........to tylko sen. Koszmarny sen......
Parę chwil później rozległ się krzyk Młodej:
- MAAAAMO! Chcę pić!
Czy ja muszę mówić jaka byłam szczęśliwa?! Pół godziny tarzaniu się w łóżku. Syn tym razem do wygłupów nie dołączył. Klocki owładnęły facetem. Zburzył wszystko i zaczął od nowa budować.
Ding dong. Wpadł kumpel Starszego. Chyba chłopaka zaadoptujemy, hahahaha. Choć już mi wcale do śmiechu nie jest.
Syn nie chciał iść na podwórko. Chłopaka to nie zraziło:
- Bo ja muszę coś powiedzieć Starszemu.
- To wejdź - moje słowa zostały rzucone w próżnie, bo chłopak już był w przedpokoju.
 M dołączył do zabawy klockami. I spoko - niech syn uczy się dzielić. Choć z tym nie ma problemu- z siostrą chętnie bawi się wszystkim, no ale to jednak siostra. Machnęłam ręką. Ich sprawy.
- Idź sobie, nie chcę iść na podwórko. Twoja mama będzie się martwić o ciebie. - syn jednak nie miał ochoty na towarzystwo.
- Ale jesteś moim przyjacielem?
- Nie, idź sobie. Nie chcę iść na podwórko! Rozumiesz?!
Kumpel zaczął płakać a Starszy nie wzruszony dalej układał drzewo.
I co robić? Jak zareagować? Uważam, że dzieci powinny same rozwiązywać swoje sprawy, ale łzy to trochę za dużo.
Wzięłam na syna stronę i porozmawiałam z nim, ze fajnie, ze broni swojego stanowiska (nie chcę iść), ale tak też nie powinien traktować kumpla.
- A gdyby synu ktoś tobie tak powiedział to co?
- No, przykro by mi było.
- Więc nie mów tego, co sam nie chciałabyś usłyszeć.
Relacje ludzkie są trudne. Jak zapakować uczciwe słowa by nie bolały?!
Starszy poczuł się zmęczony - chciał mieć swoją  chwilę. Swoją radość z klocków.
- Mamo, ale on codziennie przychodzi a ja chcę być sam czasami.
Przecież ma prawo.
Ledwo wróciliśmy z gór to po pół godzinie już był.
- HURAAAAA, wrócił mój przyjaciel!

A zabawy między nimi wyglądają różnie. Starszy bierze piłkę na podwórko, ale to M sam ją kopie. Starszego to drażni.
- Bo on chce bym robił to co on chce. 
- Bo on zabiera mi piłkę.
Co mam powiedzieć synowi? Że są ludzie, którzy lubią istnieć na czyimś tle?! Że potrzebują publiki?
Mówię - to zabierz piłkę i sam kop. Albo porozmawiaj z kolegą: albo bawimy się razem albo idę.
Syn wkracza na ścieżkę: ludzie. Musi się nauczyć mówić to co czuje, by nie ranić. Musi nauczyć się bronić własnego zdania. Musi nauczyć się żyć tak, by nie być czyjąś marionetką.
Ale ten gościu to czasami miły facet i pozwala sobie wejść na głowę.
Ma prawo być sobą.
Jednak czasami trudno opanować się, by nie warknąć.A jednak trzeba reagować. Na tym w końcu polega wychowanie. Na niekończących się rozmowach.  Muszę wszczepić mu trochę asertywności.
M wykopał piłkę.
- Idź po nią! - rzekł do mojego syna.
Wiele mnie kosztowało, by gówniarza w dupę nie kopnąć. Nie zareagowałam. Mówię - spoko, spoko, jak syn pójdzie obu skopię za jednym zamachem.
- Sam sobie idź - odrzekł syn.
- To nie będziemy się kumplować!
- No i co z tego?!
Szantaże emocjonalne. Też niezły rozdział relacji międzyludzkich. 
Mam tylko nadzieję, ze uda mi się wychować dzieci tak, by nie zatonęły w tłumie przydeptane.

M nie krytykuję przy synu. Syn niech ma swoje zdanie. Zresztą to jego kumpel. Ja w ich relacje nie wchodzę.
Wchodzę z butami w zachowanie syna. To on mnie interesuje.

Idę zrobić jakie ciacho. Znalazłam przepis.
http://mniam-mniam.bloog.pl/id,337533944,title,szybkie-jogurtowe-ciasto-z-jagodami,index.html?smoybbtticaid=610f73
Ciekawe jak wyjdzie?!
Koniec świata - Arte znowu pichci :)









środa, 17 lipca 2013

kiedy syn wyłaził z brzucha





- A wiesz,że ja jestem wariatem a ty wariatuńką?!

- Tak? Dlaczego?!
-No bo my sobie wiecznie coś robimy, hahahaha, normalnie jestem twoim synem!

Zabawne. No, ale coś w tym jest. Dzisiaj Mistrzuniu zleciał na kręgosłup. Wspinał się na placu zabaw i poleciał na plecy. Na szczęście szczęśliwie. Ale serce zamarło. Tak walnąć, to tylko Starszy potrafi.
Człowiek to taka krucha istota. Jeden nieroztropny krok i .....można nie zdążyć powiedzieć: pa, pa, pa.
Każdy krok w życiu człowieka jest ważny.

Syn wybaczył babci aferę nożną, a nawet dziękował jej za to i to bardzo. Aż wycałował ją. Otrzymał kasę z ubezpieczalni i kupił za nią swoje wymarzone klocki. A byłoby biurko, ale cóż - syna kasa.
W każdym bądź razie na horyzoncie pojawiło się nowe opętanie - Hobbit.







T też coś opętało. Przyszedł z kwiatami. Ot tak. E? Coś knuje?! Tak bez okazji?!
Baba zamiast się cieszyć, zaczyna myśleć. Ale to wina chłopa. Chłop zawsze daje babie do myślenia.
- No w sumie to prezentu nawet na imieniny mi nie kupiłeś, nie mówiąc już o rocznicy.
- Będziesz miała swoja niespodziankę za 9 miesięcy.
Hehehehe, śmieszne. Doprawdy. No chyba aż tyle cytrynówki nie wypiłam, by nie pamiętać. Chyba....Zresztą, ja ostatnio, jak przyszło na kobietę w podeszłym wieku, szybko zasypiam. Więc cóż mogę wiedzieć co się w nocy dzieje ...

Nogi góry wytrzymały, wątroba picie też. Odpoczęłam już w domku. Wyciągnęłam kręgosłup. Poprałam, poprasowałam. Wciąż nie do twarzy mi z tym, ale co robić. Tym bardziej, ze za tydzień mamy kolejny wypad w góry.

- Już!!! JUUUUUŻ!!!!!!!!!! - córka wydarła się z wc.
- No to wychodź!
- Nie! Pomóż!
- A kto ci w przedszkolu pomaga?!
- Nikt! Ja sama!
- To sama sobie pomóż!
- Nie! bo ja cię kocham! Maaamooooooo!
.Miłość za kawałek papieru toaletowego. Musiałam iść. Cwaniara, wie jak grać na uczuciach ...

Z rozmachu jako takiego sprzątania zajęłam się też łazienką. Myłam prysznic, odkręciłam wodę i ......zrobiłam sobie prysznic w ciuchach. Ja tak potrafię. Ale co tam, duszno jakoś było, więc trochę ochłody przydało się. Kurde, może kiedyś szczęśliwym trafem włączę sobie myślenie?! Tja, bajki to dobra rzecz....

Zadzwonił telefon:
- Widzę pranie na balkonie, znaczy, ze jesteś, to słuchaj, bo dwa razy powtarzać nie będę ...
- He, he, he ...
Od jutra przemarsz znajomych przez dom. I słusznie.
Samotność w czterech kątach? To trumna.
Nie mam zamiaru pochować się za życia, a kiedy życie trwa niech trwa bal.
Bal potrwa dwa dni. W sobotę musimy prężnie przygotować "pole" na urodziny syna. W niedzielę będzie tort urodzinowy Starszego. I jego kumple. Zostanę animatorką zabaw dziecięcych. Może coś mi wyjdzie?! :)

Synek....synek miał urodzić się w drugą rocznicę naszego ślubu. Ale jakoś nie śpieszył się z opuszczeniem morza, pływał sobie i tyle. Lekarze też czekali. Moje zmysły natomiast odchodziły od zmysłów. Na co oni czekają? Na niedotlenienie?! Ale można sobie do nich gadać. Władcy życia i śmierci.
W końcu białe kitle zdecydowały się na podanie mi oksytocyny. Podłączyli mi to kroplówkę o 6.00 rano. Przez godzinę posłuchałam muzy z mp3, a potem szlag mnie trafił. Ból zmiótł mnie pod łóżko, aż wyrwałam weflon z żyły. Pierwsza krew poszła. Znowu podłączyli mnie pod kroplówkę. Znowu mnie zmiotło i wyrwałam sobie weflonik. Potem znowu mnie podłączyli i znowu mnie zmiotło i znowu wyrwałam sobie to całe ustrojstwo. Taki sport był na topie. Ich zastrzyki przeciwbólowe od ugryzienia komara niczym się nie różniły. Ukłucie i nic. T wpadł z kasą na znieczulenie. Igła w kręgosłup. Jaka ulga. Zapomniałabym, że rodzę, gdyby nie ten brzuchol. Z miejsca poszły zielone wody, rozwarcie i ........znowu strzał w kręgosłup i  5 godziny później (20.35) wyskoczył Jozin z Bazin. Bo te zielone wody to były jak moczary ...Zostałam mamą. AAAAAAAAAAAAAAAAA co z tym się robi?!
T przeciął pępowinę. Był zbyt podekscytowany by robić zdjęcia. Ale że mnie zszywali, więc jakoś ten zabieg mnie oprzytomnił:
- Ej, a focie?! Patrz jaki cudny facet, ja nie mogę ......
Młody na mnie leżał, a ja zakochałam się w tym ryjku. Cudnie łypał oczkami. Jak przewożono nas do innej sali patrzył jakby z zaciekawieniem, normalnie jakby rozglądał się:
- Niezły gagatek z niego będzie  - powiedziałam do T.
A Młody dorwał się do cyca i dalej oczętami łypał. A ja od niego oczu oderwać nie mogłam. Nie sądziłam, że niemowlaki potrafią być tak urocze.
Potem do sali wpadała obsługa szpitalna - bo Młody miał czarnego irokeza. I taki jakiś fajny był. I jest. Kurde, nasz mały cud. A potem był rozdarty jak nic i coś mi mówiło - wyrzuć go przez okno, będzie cisza. Im bardziej dopadało mnie to, tym mocniej tuliłam synka do siebie - ciiii, ciiii. Opanowaliśmy się oboje. A potem nastąpiła rehabilitacja spowodowana asymetrycznym rozwojem. I straszenie wodogłowiem. Wiedziałam, ze to bzdet, ale pewność przyszła wraz z usg głowy.
Gdy synek skończył rok to pobiegł. I tak biegnie i on i czas.









Żłobek, przedszkole, a od września szkoła. Kiedy ten czas minął?! Nie wiem ....

- Ty wiesz, że ten plac koło pomnika ojca jest niewykupiony?! - matka wpadła nieoczekiwanie na kawę wyrywając mnie ze wspomnień.
- Tak? i co?
- Można go wykupić!
- Ale co? Chcesz mnie tam pochować?!
- Ale ty jesteś głupia. Dla teściów można kupić. Co wy będziecie latać po całym cmentarzu jak możecie nas mieć w jednym miejscu.
- Mózg ci przemókł od tego deszczu?! Czy już słońce zdążyło zaszkodzić?!
- No pomyśl, my w jednym końcu, rodzice T w drugim i co? I lipa. Lepiej razem.
- Tja, a potem ja położę się na was prosząc - oby zadkiem do teściowej .....rodzinny grobowiec kochającej się rodzinki. Przepyszne.

T pomysł się spodobał. Teściom też. Może wykupimy. Hm......i jak tu się nie napić?! Wizje na przyszłość są takie piękne. Rozkoszne. Mrok.
A propos mrocznych klimatów to w sierpniu będzie M'era Luna. Nie byliśmy w Bolkowie to może wyskoczymy do Niemiec. A co tam. Wprawdzie grają ci, których widzieliśmy na scenach, ale znajomy zadzwonił mówiąc:
 - My tam będziemy,wchodzicie w to?
 - Może, może ...
Zobaczymy.

Bo kto wie, jakie karty życie ma w rękawie..........








-------------------------------------------------------------------------------------------------------
M'era Luna – muzyczny festiwal mający swoją siedzibę w niemieckim Hildesheim – dość dużym uniwersyteckim ośrodku, położonym około 30 kilometrów na południowy wschód od Hanoweru. Mieści się tam ogromna, dawna brytyjska baza lotnicza (obecnie teren należy do Lufthansy), na terenie której odbywał się kiedyś festiwal Zillo. Festiwal propaguje muzykę w klimatach dark independent kładąc nacisk na gothic metal, rock gotycki oraz electro.
Pierwsze wydarzenie odbyło się w 2000. Festiwal, co roku przyciągał około 25 tysięcy fanów mrocznej muzyki.
W chwili obecnej, M'era Luna jest jednym z największych festiwali europejskich, zaraz po Wave Gotik Treffen propagujących muzykę z gatunków: wave oraz gothic.
W Polsce największą tego typu imprezą jest Castle Party w Bolkowie.



Theatres des Vampires- Zespół stał się jednym z pionierów gatunku nazwanego później vampiric metalem. Na początku zespół grał symfoniczny black metal, lecz przez lata muzycy wykreowali własny styl - połączenie gotyku, muzyki elektronicznej, klasycznej, opery i rocka






The Legendary Pink Dots od początku lat 90. cieszy się w Polsce statusem zespołu kultowego[2]. Do popularyzacji muzyki LPD przyczyniły się radiowe audycje Tomasza Beksińskiego, który (głównie w radiowej Trójce) prezentował kolejne płyty oraz interpretacje i własne tłumaczenia tekstów. Środkowy fragment utworu Neon Mariners z płyty Any Day Now otwierał nocne audycje Beksińskiego.

Po śmierci Tomasza Beksińskiego ukazały się w 2001 polskie edycje płyt The Legendary Pink Dots, dedykowane przez zespół dziennikarzowi. Płytom towarzyszyły nowe okładki autorstwa jego ojca, Zdzisława Beksińskiego, oraz tłumaczenia wszystkich tekstów.





Blutengel (niem.krwawy anioł) to niemiecka grupa z kręgu futurepop i electro-goth. Założycielem grupy jest wokalista Chris Pohl (także w grupach Terminal Choice, Tumor, Pain of Progress oraz właściciel firmy wydawniczej Fear Section) po tym jak opuścił Seelenkrank. Teksty są pisane głównie po niemiecku i angielsku, śpiewane na przemian przez męskie i żeńskie głosy z dodatkiem elektronicznych dźwięków. Piosenki często koncentrują się na wszystkich aspektach miłości, od tragedii beznadziejnych westchnień, aż do najstraszniejszych aspektów wewnętrznych kaźni i cierpień.




Front Line Assembly, pisane niekiedy Frontline Assembly, w skrócie FLA – kanadyjska elektroindustrialna formacja muzyczna, której trzon stanowią Bill Leeb i Rhys Fulb. Grupa została założona w 1986 roku przez Billa Leeba i Michaela Balcha, po tym jak Leeb odszedł z zespołu Skinny Puppy.





Apoptygma Berzerk – norweska grupa tworząca muzykę synth pop / EBM / futurepop oraz Industrial rock w późniejszym okresie działalności. Osiągnęła umiarkowany sukces komercyjny, głównie dzięki charakterystycznej mieszance mrocznego, ale jednocześnie tanecznego synth pop. 

itd itp :)))))))))))))












wtorek, 16 lipca 2013

Zakopane i kości pochowane




Po południu pojechaliśmy na Krupówki. Nie wiem jak można wpaść do Zakopca i cały dzień włóczyć się po tej ulicy. A ludzki tłum przelewał się tam i z powrotem. My dołączyliśmy do tego obłędu. Ale po pół godzinie mieliśmy dość. Nie mówiąc, że łatwo zgubić dzieciaki. Brrrrrr......to nie jest nasz klimat.

Jedno jest pewne - wolę mieszkać na wiosce. Cena za nocleg niższa. Spokój. W lokalnej karczmie piwo tańsze. I jedzenie też, bez przepłacania. Dzieciaki mają gdzie się wybiegać. A jeśli mam się włóczyć to wolę po polach, łąkach, wzdłuż rzeczki.

Na Krupówkach, w tym tłumie, wypatrzyłam mamy koleżankę. Przetarłam oczy z niedowierzania:
- AAAA!!! Patrzcie!!!!
Kumpela z Gór  Stołowych. Spotkaliśmy się po roku. Bo rok temu spotkaliśmy się w Polanicy. Kolejne nieoczekiwane spotkanie. Czyż życie nie jest czaderskie?!


Po Krupówkach było dużo ludzi poprzebieranych za maskotki z bajek. Młoda musiała koniecznie przywitać się z Hello Kitty. Syn wypatrzył Króla Juliana. Oczywiście był Janosik. I byli Przyjaciele ze Stumilowego lasu. I jakieś dziwne ceny. I sklepy z mega przecenami. Życie tętniło.




Skusiłam się na lody. Jedna gałka o smaku oscypka, a druga o smaku marchewkowym. Były super. Nie powiem. Ale dzieciaki pokręciły nosem i jak raz spróbowały to więcej nie chciały.





Z Krupówek uciekliśmy na  cmentarz na Pękasowym Brzyzku.

Odwiedzających cmentarz na Pęksowym Brzyzku wita umieszczona na drewnianej tablicy zdobiącej wejście maksyma:

Ojczyzna to ziemia i groby.
Narody tracąc pamięć, tracą życie.
Zakopane pamięta.

Na zakopiańskim starym cmentarzu spoczywają ludzie niezwykli i całkiem zwyczajni, artyści, ratownicy, politycy, sportowcy. Są tu prochy zmarłych z dala od ojczyzny i prochy tych, którzy całe swe życie związali z Zakopanem. Spoczywa tutaj pierwszy proboszcz zakopiański – ks. Józef Stolarczyk, dr Tytus Chałubiński, muzyk Jan Krzeptowski Sabała, pisarz Kornel Makuszyński, artyści rzeźbiarze: Antoni Kenar i Antoni Rząsa. Przeniesiono tutaj po wielu latach prochy osób zmarłych z dala od Zakopanego: Stanisława Witkiewicza, Władysława Orkana, Karola Stryjeńskiego, Kazimierza Dłuskiego i Kazimierza Tetmajera. Zakopiański cmentarz to także niezwykła „galeria”: nagrobki stworzone przez Władysława Hasiora, Antoniego Rząsę, Urszulę Kenar czy Michała Gąsienicę Szostaka są prawdziwymi dziełami sztuki.

























i takie kwiatki się trafiały :DDDDD













A potem nastąpił dzień następny -dzień wyjazdu. Droga na Zakopane była zatłoczona. Korki gigantyczne. Przed Rabką były dwa wypadki, zatem i ruch był ograniczony. Wpadła ciężarówka do rowu, a trochę dalej zderzył się dwa samochody osobowe.
Na szczęście reszta drogi była bez niespodzianek.



Dzieciaki  przespały większość jazdy. Zresztą ja też. Deszcz wciąż padał.
Nie było odwiecznego:
- A kiedy wysiądziemy?
Ledwo syn z tego wyrósł,  a córa zaczęła.
W tamtą stronę wciąż zadręczała nas:
- A kiedy wysiądziemy?
- Ty jak chcesz zaraz możesz wysiąść
- Hehehe .......mamo, a kiedy dojedziemy?!


Kiedy córka obudziła się zaczęła po chwili krzyczeć i płakać, ze brzuch ją boli. Atak paniki czy wyrostka czy czego?!

- O jej to będziemy musieli pojechać do szpitala, by cię lekarze zbadali.
- Ups - rzekło dziecię zaprzestawszy płakać - Już mnie nic nie boli.

Cała Młoda. Artystka doskonała. Cwane, przeurocze dziecię.

Wieczorem dzieciaki były nie do zdarcia.
Starszy zażyczył sobie czytania Hobbita, a Młoda - dręczenia (gilgotania).

Ja zaprzestałam kleić świat o północy - dzieciaki poleciały do taty.

W końcu są wakacje!

Tylko kto je potem opanuje?!

Teraz jest 22.30 -nie śpią.

Starszy uczy Młodą:

- Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu.
Przyszedł duch,
babę buch,
 baba fik, a duch znikł.


- Chyba zaraz ja fiknę jak nie pójdziecie spać!!!!!

- Hehehehehe, mamo choć nas podręcz!
- A sio spać!

Mogę sobie mówić ......


- Starszy, a gdzie jest ten miecz?!






Gubałówka i krówka


Rano nie chciało nam się wstawać. Krople deszczu brzęczały o szybę. Szumiało równo. Co tu robić?!



 Dzieciaki wyskakały się na łóżkach. Potem poleciały do kuzyna na dół. Tam zrobiły pobojowisko, a my- przez chwilę cieszyliśmy się ciszą. Bo maluchy to są gadające głowy i dzioby im się nie zamykają, zwłaszcza Młodej.
Przekrzykują się nawzajem. Młoda ma swoją wersję wyliczanki:
- Wpadła bomba do piwnicy napisała na tablicy
SOS glupi pies tam go nie ma a tu jest.

Na co syn:
- To było tak:  Wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy
SOS głupi pies tam go nie ma a tu jest. jeden oblal sie benzyna drugi dostal w leb cytryna

- TAK NIE BYYYYLOOOO!!!!!!!!
- BYYYYYYYYYYŁŁŁŁŁŁŁŁOOOOOOO!!!!!
I tak potrafią bez przerwy katować nas tą swoją kłótnią.


W przejaśnieniu polecieliśmy do sklepu. Nie byłabym sobą, gdybym nie złapała kury. A pasła się taka na poboczu i to był jej błąd.



Potem pół dnia pachniałam oryginalnie - zmokłą kurą. Ale kury uwielbiam. Łapałam je od 2 roku  życia jak byłam u babci na wsi. Dla tatusia. Słodki dzieciak ze mnie był.



Pada nie pada - siedzieć w jednym miejscu to nuda. Pojechaliśmy na Gubałówkę, ale od strony wioski Ząb. Zakopanego po wczorajszym mieliśmy dość.
Tam można na parkingu auto zostawić i wejść drogą asfaltową na górkę. Parking tylko 5 zł.
Pomimo, ze jest znak zakaz wjazdu wjechać można wyżej. Pod samym szczytem jest  prywatny parking, ale ceny nie znam.
W Zębie, jak i wszędzie, pokoi wolnych też nie brakuje. Noclegi trafiają się od 15 zł. A widok na Tatry cudny. O ile jest pogoda.







Na Gubałówce tłum. Pogoda nie zraziła. Lało niesamowicie. Pełno jest tam bud z korbaczami, serami, pierdołami. I restauracji, knajpek. Deptak nadmorski.  Niestety pogoda nie sprzyjała, by pośmigać na saneczkach. Zresztą podobno jak kupi się bilet a w międzyczasie zacznie padać to tor jest zamykany, a kasy nie oddają.
Przetestowaliśmy dzieci kurtki z softshella. Dały radę. Koszulki nie były mokre.
Ale było czuć ziąb, więc zbiegłam z dzieciakami. Biegłam!!!! Truchtem, bo truchtem, ale jednak. Co za radość. Boskie uczucie.

Wieczorem odwiedziliśmy wujka, oczywiście też górala. Syn poleciał z wujem na pastwisko po krowę. Parę dni temu ktoś ukradł im cielaczka. Niesamowite. Podjeżdża auto i myk - cielaka nie ma. W tych czasach takie kradzieże, szok.

 Syn zabawił się w pastucha. Szedł z gałązką za krową i pilnował tego, by szła. Jak mówił - nie zawsze chciała.
Potem było dojenie krowy. Ręczna robota. Jedna krowa - prawie pełne wiadro mleka.



 Po przelaniu mleka nastąpiła degustacja. Mleko było pyszne. Ważne jest czym się krowę karmi. No ale my ssaki wiemy o tym. Syn spróbował po raz pierwszy i nawet nie pluł. Córka nie dała namówić się. My, jako dzieciaki chowane na wso z dziką ochotą wypiliśmy po kubku. Co za smak.


W stodole oprócz krowy mieszkały także jaskółki. Zrobiły sobie gniazdo. I latały nad naszymi głowami. Rodzice, jak mówił wujek, bo młode wtulone w siebie zaczynały spać.






Wieczorem tradycyjnie: dzieciaki szaleństwo, a my - wódeczka.
Kolano miało się nawet nieźle, gorzej jednak z mięśniami.




Pogoda wciąż była taka sama. Deszcz w większym i w mniejszym wymiarze. Miał być szampan nad rzeczką, moczenie nóg i nic nie wyszło. Moczenie nóg wyszło, owszem, w kałużach, ale nie tak miało być.












Rano wstaliśmy.  Dzieciaki też o dziwo już po ósmej był na nogach. Polecieliśmy do sklepu, w końcu nie ma to jak świeże bułki. I mleko 3,8%. Z miejsca wypiłam pół kartonu. O tym, że to był błąd, poważny błąd przekonałam się nie co później. Ale było pyszne.....
Spakowaliśmy plecaki. Małe coś nie coś dla Puchatków.  Płaszcze przeciwdeszczowe.
Buty na nogi, wychodzimy. Okazało się, ze T ma tylko sandały. Nie wziął innych butów. Zacnie!
- E, tam, przewietrzę nogi.... - i machnął ręką - Jak będzie nie do zniesienia zawsze można kupić jakieś buciory. to nie dawne czasy, kiedy był cud rzucony z Otmętu.

- Gdzie jesteście? - zadzwonił kumpel.
- Utknęliśmy na moście.
- Taki korek?
- No, też ludziska nie mają co robić! I do tego gliniarz, ale już jedziemy, odezwiemy się.

Korek masakryczny. Po drodze stali ludzie z tabliczkami - NOCLEG, WOLNE POKOJE. Mnóstwo tego było.
Stanęliśmy, gdzieś na skrzyżowaniu. Zresztą takie tempo jazdy było. Do naszego auta podszedł facet. Machnęłam mu ręką, że nie interesuje mnie, a on się drze, ze chciał pokazać skróty i że ludzie są nerwowi.

- Panie, masz tabliczkę nocleg a mnie to nie interesuje wiec co się dziwisz...

Zdziwieni byliśmy. Po co nam pokazuje skrót? Ale pojechaliśmy wg jego wskazówek. I faktycznie- zyskaliśmy czas.
Nauka: nie reaguj zanim cokolwiek nie zostanie powiedziane.

- Gdzie jesteście?!
- Czekamy na parkingu. Ten bliżej wejścia jest po dwie dychy a ten wcześniejszy dychę
- A na którym jesteście?
- Na tym droższym
- To my też dobijamy, czekajcie jeszcze na nas.

Generalnie przez Zakopane jechaliśmy ponad dobre pół godziny. A mi mleko zaczęło w brzuchu tańczyć .....

Oby tylko dojechać, bo ja już nie mogę. .....

- Co za spotkanie!
- Cześć
- Dzień dobry.
- Spotykamy się jak Wałęsa z Janem Pawłem.
 -Ha, ha, ha ....

Dolina Chochołowska jest najdłuższą tatrzańską doliną. Bardzo łagodna. W sam raz na moje kolana.
Część trasy można pokonać w wagoniku ciągniętym przez traktor. Przejażdżka - 5 zł od osoby. Można też wypożyczyć rower. Rowery mają foteliki dla dzieci. Zresztą rowery dla dzieci też są.

Szkoda tylko, ze pogody zabrakło.


Wyruszaliśmy w trasę. A ja obłędnym wzrokiem poszukiwałam toy toya, bądź fajnych krzaczków. Tradycyjnie. Ze mną tak zawsze. Nie wiem tylko od czego tyję.



sandały "szondzom" :)


Fotki z netu






Widzę, ze nie tylko Wałęsa z papieżem byli tutaj, ale był też i Gracjan Roztocki. No, no no....hahaha


Ten koleś miał niesamowity pomysł na siebie. Wziął życie w swoje ręce. Mocny tekst- uwaga!:D

I facet zbiera kasę -ach ta ilość wyświetleń! :)



Szczyty chowały się w mgłach. Padało, kropiło, lało. Młoda zasnęła na rękach T. Chłopcy zamiast podziwiać piękno przyrody nawijali o angry birds. Za to my nawijaliśmy o wszystkim. I niczym.


























uśmiechnięty pachołek :)

Na końcu doliny znajduje się mały kościółek. Został zbudowany w 1960 roku specjalnie na potrzeby filmu Janosik. Sceny ze ślubu Harnasia z Maryną,
W lecie o godzinie 13.00 są tu odprawiane msze. 
Tutaj też są udzielane śluby.


z netu
Schronisko - duże, fajne. Noclegi  - 50 zł za pokój dwuosobowy. Podłoga - 20 zł.
Oj, kiedyś się spało na podłogach schroniskowych. Przeszłam Tatry wzdłuż i wszerz.  A teraz człapię dolinami .....





W schronisku dzieciaki zjadły ryż z jagodami. Super danie. Jagody były i ryż pyszny.
Powrót.

Ze znajomymi umówiliśmy się na wyjazd pod namioty. Tym razem będziemy włóczyć się po zamkach. Ale to dopiero w sierpniu.


Wieczorem dzieciaki niezmordowane niczym hasały jak młode owieczki po podwórku, a my znowu wódka. Na te nogi w sandałach....Na odpędzenie deszczu. Bo taka tradycja jest. Tym razem była morelówka.
I bajanie w gwarze.
Szkoda, że tam nie mogę mieszkać.
Inaczej czas płynie.