czwartek, 11 kwietnia 2013

filozoficznie

Życie rzuca przynęty, wabi, mami, zmienia bieg.
Trzeba być wyluzowanym, by nie dać się zaskoczyć.
Giętkość jest istotą przetrwania.
Sztywność zaś wystawia na ciosy. Nie pozwala też na zrośniecie się złamań. Nic tak nie boli jak niezagojone rany.
A życie potrafi połamać, więc by nie dać się zaskoczyć, warto być sprężystym.




Zakręconym na total.



:)




Byle by nie tkwić w miejscu. Byleby nie osiąść. Na mieliznach czy też w tapczanie. Bo zawsze znajdzie się ktoś kto będzie skakał nam po głowie. Albo rzuci kamieniem z brzegu.
Oby i  na szczycie nie utkwić, bo słońce potrafi przysmażyć. Oby i w dole nie zasiedzieć się, bo łzy potrafią utopić.







„Kto (...) żyje wędrówką, wie dobrze, że zawsze zachodzi taka chwila, kiedy trzeba odejść."”
                                                                                                 
                                                                                                               - Paulo Coelho (z książki Alchemik)











Zatem wyruszam w drogę. 









Ze słuchawkami w uszach. Nie po to by być głuchym,
ale po to by muzyka mnie niosła.








By wrócić.






Kiedyś.






Jak zakwitną bzy...       ;P



:PPPPPPPPPPPPP




Życie to nie świnia, by dla niej robić chlew.

Syn miesza łyżką w talerzu. Miesza tak i miesza. O! łyżka trafiła do buzi! Pięknie. Są dni, kiedy można się wykończyć. Chce być królem anorektyków czy co?! Model rośnie mi niezły.

- Je mój miś, je mój miś, niedźwiedziem zostanie jeszcze dziś - zaczęłam śpiewać stojąc obok, bo i co mam robić, zabijać się słowem - jedz?!
- Hahahahaha, znowu zaczynasz? Nie rozśmieszaj mnie. Przez ciebie nie jem.
- No jasne synku. Ucz się , ucz -cokolwiek się nie dzieje to zawsze wina mamy jest. Dzięki. Wiesz co? To ja teraz wychodzę, a ty jesz, okej?
- Nooo przecież jem.
- To fakt, i to od pół godziny.

Kuchnia. Zakręciło mną okropnie. Tu zmywanie, wycieranie, gotowanie - full zestaw. Syn stanął w progu, z bananem na twarzy w momencie, gdy coś znowu na podłogę mi zleciało:
-Ty naprawdę jesteś zakręcona
- Wyjdź! - krzyknęłam groźnie z radochą wielką w oczach.
-Ahahahaha, a ja mam to po tobie, wiesz? Oboje ześwirowani jesteśmy.


- Starszy mogę twojego cukierka? - zapytała się Młoda brata swego.
-Możesz.  Zjedz wszystko. Ja nie  jem, nie chcę być gruby. A ty chcesz być gruba?
-Nie chcę
- Ale będziesz bo jesz słodycze.
- A wcale że nie......MAMOOOOOOOOOOOOOOO!!!!

Córka zażądała pomalowania pazurków swoich. Uparła się tak, jak tylko ona potrafi się upierać. Pomalowane paznokcie?! To nie moja córka!!! Kto mi ją podmienił?! Ha, ha, ha ....Jednak zapału i wytrwałości wystarczyło dla jednej reki. Ufff, jest nadzieja, hahaha ....

- Ty chyba oszalałaś, by dziecku paznokcie malować. Niszczysz jej płytkę. I to jeszcze u jednej ręki. Jak to wygląda?! - matka zawsze stoi na straży, hahaha....Dzień bez komentarza to dzień stracony. Ech, te komentarze, ale widocznie tak mają stare pierdoły.
- No jak? jak to wygląda? Patrz!
Wzięłam ręce Młodej, która stanęła przede mną i wyciągając na przemiennie dłonie, raz jedną do przodu, raz drugą, zaśpiewałam:
- Polskaaaa biało-czerwoniiii...Polska biało-czerwoniii ....
Matka postukała się palcem po głowie, a Młoda miała mega ubaw i zabawę na moment.

Dzień był  zakręcony. Dużo spraw na głowie i gdzieś w tym "biegu" natknęłam się na człowieka. Przypadkowy przypadek okazał się koniecznością. Niektórzy ludzie są jak drogowskazy. Tego było mi trzeba. Od słowa do słowa potoczyła się rozmowa.
- Zajęcia  są z jogi? Tutaj? Pójdę. Zatem może do zobaczenia.
Czas najwyższy tyłek ruszyć. Nie mam wymówek. Wszystkie wyrzuciłam do śmieci. Program: realizowanie założeń, marzeń został uaktywniony. Pibip!

Wstąpiłam na wojenną ścieżkę. W życiu najlepiej bawią się najsilniejsi. Więc zatańczę sobie taniec zwycięstwa i radości. Na jednym kopycie. Włączając wycie.
Wino i śpiew.
Życie to nie świnia, by dla niej robić chlew.


:)))






z internetu -https://www.facebook.com/wiaderkoszczescia








optymistyczna muza jak zwykle, ale ona nie jest dla mnie, ona jest dla mojej duszy ;P

https://www.youtube.com/watch?v=xMoCbXIDJ7k&list=RD02G7npS4zw8Nk






filozo

foto ze str:















Życie pełne jest iluzji.






Magicy są wśród nas.










Pewien szaman mówił tak :


-Nie chcesz zagubić swojej duszy? Zawsze ufaj sobie. I w siebie nie wątp. Choćby inni udowadniali, ze są lepsi od ciebie -ty nie wierz złym duchom. Każdy ma swoją ścieżkę, nie musisz iść śladami innych, bo stracisz swoją wyjątkowość. Nie trać zatem swojej tożsamości. Bądź sobą. Zawsze.















----------------------

myślisz - ale jaja!!!
a tu bez jaj, ino  świnia normalnie

- bywa tak, oj bywa tak w życiu, bo i życie świniami się toczy 




patrz:  angry birds

ahahahahahahaha





;P







Epitaph - King Crimson





Chaos będzie moim epitafium
Gdy pełznę wyboistą i zawiłą ścieżką
Jeśli powiedzie się nam, usiądziemy
I zaczniemy się śmiać
Lecz obawiam się, że jutro będe płakał
Tak, obawiam się, że jutro będe płakał



cyt. Epitaph - King Crimson, 












słowem tak o ...- zsyłka

Wieczorem dzieciaki jak zwykle wylądowały w moim łóżku. Trudno. Władowałam się miedzy nimi.Jedno wierzga nogami, drugie wierzga nogami. Western kołderkowy. Iiiiihaaaaa!!!!!!! Zamiast wykombinować plan ewakuacji to zamykające się oczy odcięły mi dopływ myśli do głowy. Odcięły proces myślenia, zanim dotarło pomyśladło - wynieś je do łózek swoich.
Takie proste, a jakie sprytne.Czasami trudno wpaść na najprostsze rozwiązania.
Dzielnie przyjęłam kopy. Od kochanych Stworków nie boli.

Rano patrzę na śpiącego synka. Poprawiłam mu włoski. Kurde, mój Mistrzu...
- Idź precz!!!!
- Co?
-Oooo mama! przepraszam, myślałem, ze to babcia.
- Proszę? Ty do babci tak?
Synek zmieszał się, ale tylko na moment. Spod uśmieszku wypełzło:
- No tak.
No ładnie wita babcię z rana Znowu natłukłam mu do głowy pewną dawkę prawd życiowych. A niech ma.
Później babci, za to, ze nic nie mówi. Niech też ma.

Spotkanie z szefową. Pierwsza cegłówka na łeb. Hiobowe wieści. Choć nie aż tak. Wybory dane i tak są złe. Ale to i tak władza podejmie ostateczne decyzje.
  - Pani jest taka młoda energiczna z poczuciem humoru - słowa szefowej  zabrzmiały nie jako komplement ale jak wyrok.... Padły po tym jak ich wszystkich parę razy rozśmieszyłam, pomimo cmentarnego nastroju. Zakpiłam ze swego stanu, z naszego położenia.  A co pozostaje?! Samobiczowanie się? Zmieni to coś?
A chrzanić wszystko. Wrzuciłam na totalny luz. Jakoś tak mając wszystko w dupie. Rekreacyjny anal. Z uśmieszkiem. Ale mój anal, bo moja dupa. Ha! nikomu nie będę robić dobrze - nie będę nikomu wchodzić do dupy. Towar nie na sprzedaż. A co!

Hm...młoda, energiczna, jasne, kurwa, pojedźmy dalej, co jeszcze usłyszałam? aaaaaaaa!!!!!!!!:  inteligentna, zaradna, żywiołowa, kreatywna ble bla ble pierdoły do mydlenia oczu. Nie będę popadać w samouwielbienie. Nie ma nic gorszego niż chełpić się zagubionym słowem co lata od ust od ust, od ucha do ucha. Wyjątkowość człowieka nie polega na akcentowaniu swojego ja. Wyjątkowi ludzie znają swoją wartość, a ich słowa jak perełki są kunsztowne, będąc przy tym świadectwem ich wyjątkowości.
No cóż, nie jestem wyjątkowa, buhahahaha......no ale i nawet w tym nie jestem wyjątkowa....hahahaha

Słowa szefowej. Zwiesiłam się. Zbiesiłam się. Przestałam myśleć zagubiona w czarnej dupie.W tej ciasnocie przedostała się do mnie  jedna myśl -myśl niczym latarnia - taki wypasiony błysk -A! renta rodzinna.... Hm....Już pięć samobójstw miasto zaliczyło. Taki klimat. Takie wiatry. Takie czasy. Hm, rodzina kasę by miała .....
- A pani to tak długo będzie o kuli? - nieoczekiwane pytanie wyrwało mnie z myślozamulenia.
-  A nie wiem, dzień dobry. - odpowiedziałam znajomej z osiedla.
- Ale to nie choroba?
- Nie, nie, to eeee taki nieszczęśliwy wypadek. Bonus na brak nudy.
- Przepraszam, ze tak się pytam, choć boję się pytać, wie pani, córka teraz kuleje, ma stwardnienie rozsiane.
- Wiem ,wiem, a jak się czuje?
Diagnoza lekarzy  zapadła miesiąc przed ślubem córki pani E. Chciała zrezygnować, oddając wolność facetowi, ale chłopak nie zrezygnował z niej: - Przecież chcę ci ślubować miłość , wierność i to, że nie opuszczę cię do śmierci, więc teraz jakbym mógł postąpić co? Co ty o mnie myślisz? Kocham cię. Wesele odbyło się w stylu gotyckim: muza, stroje, świece. Bosko.  Wiele razy słyszałam tą historię. I nie mam jej dość. Prawdziwa miłość. Kochać kogoś -nie siebie. "Ja" przy miłości nie istnieje. Chyba, ze kocha się samego siebie ponad wszystko.
 - A wie pani, że lepiej. Choroba postępuje, ale jakoś się fajnie córka czuje. Nie daje się. Podobno na stwardnienie to marihuana ma być dobra. Prowadzą eksperymenty. W końcu czym szamani leczyli? Ziołami. Paliła pani kiedyś?
- Marychę? nie, nie paliłam nigdy  - śmiejąc się dodaję -  I bez tego mam jazdy hahahaha, wystarczy.
- O a szkoda, ja paliłam. Dwa razy. Wie pani byłam w pani wieku, zawsze znałam młodszych ludzi, bo starzy są nudni, więc poszłam na imprezę. Cudna była, zjeżdżaliśmy na tyłkach po schodach, latały buty i ktoś mi podał, myślałam,że to papieros. Jak się położyłam w domu to mnie wzory z dywanu atakowały. 
- Nic tylko zapalić hahahahaha
- Ale nic mi nie było. Przereklamowane to jakieś Ech, wie pani jak mnie wkurzają ludzkie pierdolamenty. Mają wszystko a narzekają nie szanując tego co mają. Chcą więcej i więcej. I narzekają na zdrowie, choć to są drobne ułomności. Wie pani,  pracowałam w przedszkolu, na stażu,  Był tam chłopczyk prawie trzyletni. Chodził na kolanach. Zanik mięśni. Jaki on ma cudny uśmiech, jaki jest kochany, zadowolony ze wszystkiego. Bałam się dotknąć myśląc ze to boska istota, anioł jakiś. Taki blondynek z takim uśmiechem równych, białych zębów.  I nigdy nie płakał, nie grymasił, był zadowolony ze wszystkiego a tu wyrok śmierci...
-  Może to jest M? 
 - Tak, zna go pani?!
- To synek kuzynki męża, przecudny chłopak, kurde, szkoda go, jest naprawdę nieziemski, ale cała rodzina żyje wyrokiem, nie ma szans, to niewyobrażalne, niesprawiedliwe, ech......urodził się miesiąc później od mojej córki  i jak sobie pomyślę ...
 - Takie życie, a szkoda chłopczyka, na prawdę przecudowne dziecko i ten uśmiech i ta radość - pani E pojawiły się łzy w oczach, mnie też, bo to naprawdę przewspaniałe dziecko, naprawdę ujmuje swoja całą rozanieloną osobowością - Ale już tam nie pracuję. Jestem teraz bez pracy. Czeka mnie operacja na przepuklinę, nie wiem kiedy to będzie, ale cieszę się każdym dniem. Tą codzienną kawą, Kiepskimi. Muzyką. W domu opuszczam zasłony, tak jakbym odcinała się od problemów. No co da jak się będę martwić?! Pracę mi da? Odda zdrowie córki? Mąż zmarł na raka w wieku 28 lat, teraz córka.....a koleżanka mówi -że jestem próżna bo śmieję się na komediach, a co mam robić?! Jakbym się zamartwiała to bym zwariowała. Cieszę się każdym dniem. Życie jest takie piękne. Trzeba się cieszyć tym co się ma. A nie marudzić. Bo boli, bo strzyka. 

Co racja to racja - trzeba się cieszyć życiem.  Z wiekiem życie smakuje coraz lepiej. Zmieniają się wartości priorytety, postrzeganie świata.
 Arturo Sz  gadał, ze gdyby cierpienie nie było najbliższym i bezpośrednim celem naszego życia, egzystencja nasza byłaby zupełnie bezsensowna. Wow, jak fajnie, mam swój sens, swój krzyż, wow, nic tylko radować się -przez ból wzrasta wartość życia..
Kto doceni picie? Spragniony.
A ci co nie mają zmartwień-szukają. Na sile. No i racja, bo przecież bez jęczenia byt traci na znaczeniu. Jestem więc jęczę. Jęczę, więc jestem.
A niektórzy jęczą, by jęczeć. Tylko trzeba pamiętać, ze losu nie oszuka się, los można skusić.

A  życie cudem  jest. Odwieczny uśmiech. I lot - wysoko, wysoko.....Umiejętność zachowania dystansu do świata, do siebie wyzwala uśmiech. Ale trzeba żyć, cierpieć, by przestać czuć to co jest nieważne, chwilowe. I dziękować za to co się miało, ma. I cenić dzień póki dnia starcza.

Fryderyk też pocieszył klepiąc mnie banałem po lewej łopatce: - hej hej, co nas nie zabije to nas wzmocni.
- Stary,  a byłeś na fb?!
I jak poszedł tak nie wrócił, zemdlał chyba ...


Hahaha, no tak,  trwajmy zatem w cierpieniach
- niech cierpienia trwają dodając siły naszego żywota, 
by  z naszych rąk czy ust nie wypadała głupota! 
Ha, ha, ha ...to byłam ja.
Bo jak człowiek doświadczył wiele w życiu to potrafi wznieść się ponad wszystko. Taki paradoks - im cięższe buty, tym lżejszy krok.
A każdy bluszcz kołka musi swego znaleźć.

Będę w tej sile trwać. Życie coraz bardziej bawi. Taki bieg z przeszkodami. Nie patrzę pod nogi, rozglądam się. Jakie widoki!!! Piękne, nawet te przepaście zadziwiają zielenią mchu. I kwiatkami. Takimi małymi, kolorowymi, które cudnie pachną. I te wierzby, drogi polne ...Więc pobiegnę gdzieś tam, gdzie mnie niesie....na manowce, rozdroża, do nieba, ....hahahaha.

Orzecznik, badanie. Cegłówka druga na łeb. Jest źle. Ale zawsze mogło być gorzej. Więc źle nie jest. Trudno. Bywa. Szarpanina słowna.
- Ja nie jestem lekarzem! To lekarz decyduje o formie leczenia a nie ja!
Ja miałam sugerować lekarzowi jak ma mnie leczyć,  ja miałam sugerować lekarzowi jak  mam chodzić, ja miałam sugerować lekarzowi, ze ma mnie wysłać na rekonstrukcję?! Wara mi się podwinęła i to mocno.
Miałam ochotę przywalić tej babie biurkiem krzycząc:

- No tak kochana sama sobie zjebałam kolano by mieć ta wasza wypasioną rentę
 Albo jej krwią napisać to na ścianie, by dotarło..
Noż kurwa jego mać .......przepraszam.

Potem przeprowadziłam telefoniczną, dziwną rozmowa. Dzień wrzeszczących głów. Mam dość wrzeszczących głów. Dookoła sami mądrzy. Wszystkowiedzący.
Sama chyba w końcu zacznę drzeć ryja.
Ale nie potrafię. Ale to nie znaczy, ze dałam się, oj nie. 


Hm... no tak jakoś pojebało mi się w życiu. Z leksza.
Ale życiowa wywrotka przydaje się, by poukładać wszystko od nowa. Posegregować. Co na złom to na złom, co fajne na półkę.
Skarżyć się nie będę. Każdy z nas ma balast. Przylazło? Odejdzie! Zamknięte drzwi są po to, by przeciąg nie porwał przy otwieraniu innych drzwi, czy też okna.
Zawsze może być gorzej, a nie jest. Sukces? Kurczę i to jaki.

Jest zajebisty dzień, kochane dzieci, T na gadu , słońce świeci, kawa ma wyśmienity smak i ach te ciasteczka zbożowe z pełnoziarnistej maki- czego chcieć więcej?
A jutro?
Kto wie co jutro dzień nam przyniesie...Może ochotę na pączka z lukrem?






wtorek, 9 kwietnia 2013

i zawisnął miecz

I zawisnął miecz Damoklesa nad biedną głową mą. Poniedziałek zaczął się fantastycznie - wezwanie do lekarza orzecznika. A jak! Siadłam przy kawie, lecz zanim wzięłam łyka pierwszego, zadzwonił telefon. Szef.
- Arte, wpadnij jutro na kawę, jak możesz, oczywiście bo szefowa będzie. Ma nam zaproponować coś w związku z pracą i chciałbym, żebyś też była.
- Ok, bedę. Dzięki za zaproszenie.
O żesz kurwa cisnęło mi się w ta kawę niczym cukier. Bosko. Każą mi wracać do pracy której nie ma? Hahahahaha....
Będzie jak ma być. Trudno. Nie może być nudno. Ale zaplatałam się w myśli swoje.
- Co już przeżywasz?, weź to olej...
Optymistyczne słowo T na wagę złota.

Wczoraj byliśmy w parku. Najpierw był bunt. Starszy buczał całą drogę po nosem:
 - Ja nie chcę do parku....
- Głupi jest park...
I tak w kółko. Ale oboje, jak wpadli na plac zabaw, to zapomnieli o fochach.


- Młoda puść się, bo chłopaki idą! - krzyknęłam do córki, w trosce o jej ręce.
- Co ty mówisz kobieto?~-zapytał się T i śmieje się.
- No, co, zaraz jej ręce pode...ahahaahahahaha- załapałam, załapałam sens wypowiedzianych słów. Co też matka mówi do córki swej, hahahaha. Puść się, bo chłopaki idą. Piękne wychowanie, nie ma co, hahahaha.

- Mamo, otwórz mi batonika! - Młoda przyszła do mnie. Za nią przyleciał Starszy:
- Mówiłem ci już, ze ci otworzę! Daj!
- Nie!!! MAMA!
-Mama i mama a ja to co co? też mogę. A jak mamy nie będzie , jak umrze to kto ci pomoże?

Yyyyyyy.....w milczeniu, z głupią miną otworzyłam batonika. Nic nie powiedziałam. Bo co miałam powiedzieć?! I tak milczę więc.









piątek, 5 kwietnia 2013

niemowy

Rano mama wpadła na kawę. Poskarżyłam się na "niemego" mego synka:
- No wiesz, po kimś to ma. -odpowiedziała patrząc na mnie znacząco.
- Wiem, wiem, po mnie.
- To czemu się dziwisz? Ty nam też nic nie mówiłaś. Twój brat wszystko powiedział, a ty, szkoda słów.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Cholera, za to na starość nadrabiam -rozgadałam się jak nic. Bezsensu zresztą. Ech...

Synek  wciąż twierdzi , że będzie taki jak ja. I będzie miał ten sam zawód. Hm, wierzę, ze zdanie zmieni. Nie ma innej opcji.
Jezu, jak on będzie taki sam jak ja w okresie buntu to go normalnie do szafy wsadzę i nie wypuszczę dopóki nie zmądrzeje.

- Bo ty mamo, masz lekką pracę.
- Synu, pracę mam ciężka, po prostu rzadko marudzę, bo po co mam jęczeć?!
- Ale chłopaki mogą być w twojej pracy?
- Pewnie, są lepiej widziani od kobiet.
- Aha, to dobrze.


Wracaliśmy z przedszkola. Syn jakiś grzeczny - zamiast biegnąć kilometr przede mną szedł trzymając mnie za rękę . Za to córę energia roznosiła i do kałuż wnosiła. Chlap, chlap, chlap.
- Młoda, nie wchodź w kałuże. Poczekaj na wiosnę. Będzie ciepło to sama cie w nie wrzucę.
- Hihihihihi ...
I chlap. W nosie miała moje gadanie. Cała Młoda- robi to na co ma ochotę.
- Kochanie, proszę cię, omijaj kałuże, bo będziesz chora.
Przez moment omijała kałuże. Wow, jakie grzeczne dziecko! -CHLAP! Weszła do najgłębszej, po łydki same. Uszami dym mi poszedł. A dziecko przeszczęśliwe brocząc w tej wodzie niczym bocian krzyczało
- OOOOO maaaamoooo! Popatrz!!!!!
- Jezu! o co cie prosiłam, co? Teraz masz pozamiatane - zero bajek na dzisiaj. 
Mina córce zrzedła natychmiast. Z błogości wpadła w płacz:
- Mamo jaj już będę grzeczna
- Ehe, prosiłam cię byś omijała kałuże i co?! Nie posłuchałaś się! Tak nie może być!
Córka wyła nadal. Nie ma to jak iść z alarmem. Buuuuuuuuuuuuuuuuuuu........Chlap zamieniło się na chlip.
W domku Młoda rozbierając się zawisła na nodze mej:
- Mamo, ja już ciebie będę słuchać, puścisz mi bajkę?
Na co Starszy wpakował się w zdanie:
- A widzisz, a mama ci mówiła, o co cie prosiła, a ty jak zwykle swoje.
- Ale ja już tak nie będę!!!!
- Jak będziesz grzeczna to puszczę ci bajkę. A na razie nic z tego.

Poczułam falę takiego zmęczenia, znużenia, że wymamrotałam dzieciom:
 - Wiecie co, ścina mnie, zajmijcie się malowaniem czy co tam, a ja na pół godzinki muszę się zdrzemnąć.
Padłam w wyro. Coś mnie obłaziło, coś po mnie chodziło, nie miałam sił, by odpowiedzieć, że też kocham.

Obudziłam się półtora godziny później. Córka spała koło mnie. Wstałam. Młodą opatuliłam kołdrą. Poszłam zobaczyć co syn robi:
- Cześć mamo, wstałaś już?
- Nie widać?!  - cmok w głowę -Dziękuję, że mnie nie obudziłeś.
- Mamo, popatrz jak pomalowałem. Mogę zagrać?!





Córka wstała koło 19.00. A jak. Pierwsze słowa?
- Mamo, ja chcę Scooby Doo!
- A bedziesz grzeczna?!
-TAAAKKKKKKKKK!!!!!!!

Ale najpierw kąpiel, kolacja
 -NIEEEEEEEEE
- Obiecałaś być grzeczna. Bo nie będzie bajki.
- No dobra ....

W czasie kąpieli córka zaliczyła zawiechę:
- Boooo ja chcę, bo boooooooo ja chcę - jąkała się, bo tak czasami ma - bo ja chcę ...zapomniałam, mamo! co ja chcę?
- Ha, ha, ha, nie wiem, bajkę?
- Noooooooo, Scoby Doo chcę. Ja już się nie boję, wiesz?


- Młoda puścić ci Pies przerażony demonami?
-Demonami? TAK!!!! Ja lubięęęęęę.


Jest 23.30 - a Demon mój mały koło mnie siedzi. Czeka na tatę.
- A gdzie tato? Ja chcę do tatusiaaaaaaaaaaa
 - Ja teeeeeeeeeeeeż!!! - dołączyłam, ech....

Idę do małego wyjca. Z kuchni, z kawą ręku na przetrwanie. Nie ma to jak wyspane dziecko  o tej porze co nie trzeba.







Twórczość

------------------------------------------------

to co się zachowało ......





i stworzymy obraz naszych dzieci
zapominając o własnej, wczorajszej tożsamości
i będziemy tacy sami
będziemy krzyczeli
będziemy biegali i zakazywali
będziemy ślepi, głusi dla nich                          1990    (17 lat)






stoisz przy oknie
za nim inny świat
w oknie odbija się twarz
zniszczona bielą ścian

odwracasz się
twarz znika
świat zostaje

szyba brudna
brudny świat
brudna twarz
i krzyk białych ścian                                       1992




szukam w ciemnościach
mej drugiej połowy
widzę różne światełka
i promyk płowy
podchodzę bliżej
wyciągam ręce
i tańczę
dopóki serce mnie niesie
a gdy oczy się  otworzą
chowam ręce do kieszeni
krótki dramat
i idę przed siebie
znowu
                                                          1992





chciałabym wrócić do domu
lecz nie wiem gdzie on jest

chciałabym odwiedzić przyjaciół
lecz nie znam ich

chciałabym wreszcie odpocząć
lecz nie ma spokojnych miejsc                                     1992




naiwność
moje imię
wyrzeźbione
przez palce
czuć brud
to będzie
wyryte
istnieć
wszędzie na zawsze                                                         1993







krzyk duszy
rozdzierający niebiosa
ten ból
żyje we mnie

czasami zasnę
czasami zapomnę
inni tacy jak ja
czasami skaczą z okna                                                 1993





słowa rzucane na zapełnienie ciszy, odbijają się niezdrowym echem                                  1993




każdy gnębi aniołów
wzywając ich

a oni biegają
pomyleńcy

zarażeni przez Boga
wiarą
w człowieka                                                  1995









niektórzy zbroją się w zbroję
próbując stawić się
przeciw życiu
i tkwią w tym żelastwie
bez ruchu
a smród życia zabiera im oddech                             1995







jego uśmiech
zagościł na mych ustach
jego serce
zaczęło bić w mym wnętrzu
jego słowa
były treścią mych zdań
jego myśli mówiły mi dobranoc
jego ręce
rzeźbiły moje ciało
jego oczy
patrzył spod moich powiek
a kiedy palił ja wydmuchiwałam dym                            1996





zmęczona poszukiwaniem
zmęczona uciekaniem
odpoczywam
czasami
w ramionach
przydrożnych kochanków
tworzymy iluzję
opartą na przeznaczeniu
karmiąc się
słowami pełnymi złudzeń
prawda fatamorgana strachu
wreszcie ukojenie
zamienia się
w moja silę
odchodzę
w swoją stronę                                                            1996


gdybym mogła choć na moment
zadusić w sobie
głos tułacza
zabić tęsknotę
za wieczną wędrówką

gdybym mogła choć na moment
złapać wiatr
by przestał mną targać
może miałabym czas
dla siebie
dla ludzi
na życie
może znalazłbym miejsce
gdzie mogłabym wracać
być
bez obaw
na zawsze                                                           1996





czarne myśli zamieniają się w silę
co stanie się siła dla rąk
a ręce usłużne
ukręcą stryczek
na którym powieszą to
co do nich przyrosło                                                        1996



kubek herbaty
tyle ciepła dał mi świat
grzeję ręce
przez picę minut
wyciągam
kostkę cukru
z kieszeni
znowu mieszam
coś
w moim życiu                                                                     1997




wystarczy chcieć aby zaistnieć
wystarczy istnieć aby się odechciało                                        1997





moje życie
zlało się
w jeden dzień
już zmierzch
zabiera
mój cień
ostatni gest
nieśmiały tekst
zmrok
noc
moja pustka                                              1997


z rozdartą duszą
na noszach
zwiedziłam świat
w poszukiwaniu tego
kto by ją zszył
zacerował
niecierpiące zwłoki
bo uśpione
moje instynkty
zawiodły mnie
pod mury
gdzie szaleni ludzie
poczęli
rzucać
kamienie
we mnie
ktoś umarł
dusza zamilkła
w stygnącym ciele                                                 1998------------------------------------------------

to co się zachowało ......





i stworzymy obraz naszych dzieci
zapominając o własnej, wczorajszej tożsamości
i będziemy tacy sami
będziemy krzyczeli
będziemy biegali i zakazywali
będziemy ślepi, głusi dla nich                          1990    (17 lat)






stoisz przy oknie
za nim inny świat
w oknie odbija się twarz
zniszczona bielą ścian

odwracasz się
twarz znika
świat zostaje

szyba brudna
brudny świat
brudna twarz
i krzyk białych ścian                                       1992




szukam w ciemnościach
mej drugiej połowy
widzę różne światełka
i promyk płowy
podchodzę bliżej
wyciągam ręce
i tańczę
dopóki serce mnie niesie
a gdy oczy się  otworzą
chowam ręce do kieszeni
krótki dramat
i idę przed siebie
znowu
                                                          1992





chciałabym wrócić do domu
lecz nie wiem gdzie on jest

chciałabym odwiedzić przyjaciół
lecz nie znam ich

chciałabym wreszcie odpocząć
lecz nie ma spokojnych miejsc                                     1992




naiwność
moje imię
wyrzeźbione
przez palce
czuć brud
to będzie
wyryte
istnieć
wszędzie na zawsze                                                         1993







krzyk duszy
rozdzierający niebiosa
ten ból
żyje we mnie

czasami zasnę
czasami zapomnę
inni tacy jak ja
czasami skaczą z okna                                                 1993





słowa rzucane na zapełnienie ciszy, odbijają się niezdrowym echem                                  1993




każdy gnębi aniołów
wzywając ich

a oni biegają
pomyleńcy

zarażeni przez Boga
wiarą
w człowieka                                                  1995









niektórzy zbroją się w zbroję
próbując stawić się
przeciw życiu
i tkwią w tym żelastwie
bez ruchu
a smród życia zabiera im oddech                             1995







jego uśmiech
zagościł na mych ustach
jego serce
zaczęło bić w mym wnętrzu
jego słowa
były treścią mych zdań
jego myśli mówiły mi dobranoc
jego ręce
rzeźbiły moje ciało
jego oczy
patrzył spod moich powiek
a kiedy palił ja wydmuchiwałam dym                            1996





zmęczona poszukiwaniem
zmęczona uciekaniem
odpoczywam
czasami
w ramionach
przydrożnych kochanków
tworzymy iluzję
opartą na przeznaczeniu
karmiąc się
słowami pełnymi złudzeń
prawda fatamorgana strachu
wreszcie ukojenie
zamienia się
w moja silę
odchodzę
w swoją stronę                                                            1996


gdybym mogła choć na moment
zadusić w sobie
głos tułacza
zabić tęsknotę
za wieczną wędrówką

gdybym mogła choć na moment
złapać wiatr
by przestał mną targać
może miałabym czas
dla siebie
dla ludzi
na życie
może znalazłbym miejsce
gdzie mogłabym wracać
być
bez obaw
na zawsze                                                           1996





czarne myśli zamieniają się w silę
co stanie się siła dla rąk
a ręce usłużne
ukręcą stryczek
na którym powieszą to
co do nich przyrosło                                                        1996



kubek herbaty
tyle ciepła dał mi świat
grzeję ręce
przez picę minut
wyciągam
kostkę cukru
z kieszeni
znowu mieszam
coś
w moim życiu                                                                     1997




wystarczy chcieć aby zaistnieć
wystarczy istnieć aby się odechciało                                        1997





moje życie
zlało się
w jeden dzień
już zmierzch
zabiera
mój cień
ostatni gest
nieśmiały tekst
zmrok
noc
moja pustka                                              1997


z rozdartą duszą
na noszach
zwiedziłam świat
w poszukiwaniu tego
kto by ją zszył
zacerował
niecierpiące zwłoki
bo uśpione
moje instynkty
zawiodły mnie
pod mury
gdzie szaleni ludzie
poczęli
rzucać
kamienie
we mnie
ktoś umarł
dusza zamilkła
w stygnącym ciele                                                 1998













TEKST, MÓJ, SPRZED NASTU LATY :DDDDDDDDDDDD

Urodziłam się w Polsce, więc jestem... Polką, która od zawsze i na wieki mieszkać będzie w swoim kraju. To uparte trwanie na tej polskiej ziemi bynajmniej nie wpływa z patriotyzmu, tylko z nieznajomości języków (znam wprawdzie i jedynie rosyjski, ale życie jeszcze aż tak mi nie obrzydło, aby wyemigrować za wschodnią granicę) jak i z faktu, że póki co jestem za mało wkurwiono-rozruszona, by postawiwszy wszystko na jedną szalę rzucić się pod buty Zachodu. Szkoda zresztą zachodu...

Od czasu, kiedy zaczęłam coś tam widzieć i pojmować, aż do dni dzisiejszych mój kraj przeszedł przez wiele dziwnych rzeczy i dziwnych rządów, ale jak do tej pory trwa szał wkurwiania społeczeństwa. Wciąż żyjemy w zoo, niezależnie od tego, która strona nami rządzi. Brak normalności, obok orła i barw czerwono-białych, stał się symbolem Polski. Czasami wydawało mi się, że zagraniczni turyści przyjeżdżali do nas nie po to, by podziwiać nasze krajobrazy, czy po to, by opić się żytem bądź też żubrówką, ale po to by zobaczyć jak Polacy żyją. Sztuka przetrwania na co dzień. Oni mieli, mają swoich filozofów, my mamy rzeczywistość. Zresztą Polak to po prostu (obok białej, czarnej itd. i itp.) rasa człowieka.

Żyję w kraju, który fundował mi i wciąż mi funduje bogactwo nieziemskich przeżyć. Pierwszym takim wręcz traumatycznym zdarzeniem było odkrycie tzw. ogonków, które istniały wszędzie tam, gdzie był sklep. W kolejkach stali wszyscy: od dzieci aż po starców. Była to przerażająca konieczność przerażającej rzeczywistości, z tej racji, iż człowiek wiecznie był skazany na człowieka. Nie można było schować się w domowym zaciszu, bo należało wystać się za czymś do jedzenia. Matka nigdy nie skazała mnie na ogonek, więc miałam dzieciństwo. Lecz ówczesny okres zainspirował mnie i odkryłam czarne plamy na ŻYCIU. Wówczas też po raz pierwszy zapukała do mej głowy niepokojąco-kojąca myśl o samo-bójstwie: „jeśli moje życie ma polegać na staniu w kolejkach to po prostu się powieszę”. Ogonki zniknęły, niechęć do życia pozostała. Wyraziła się ona, w okresie młodości, w postaci połknięcia tabletek, ale dlaczego to świństwo wzięłam tego już nie pamiętam. Może zupa była zbyt gorąca? A może odkryłam „myślę, więc jestem”?

Teraz mam około trzydziestki, psa i wolność..., bo nie pracuję? Jakby mi było mało tego, to mam jeszcze paru znajomych. I ani chwili spokoju, bo nawet we śnie rzucam się.

Właśnie przypomniało mi się... Ja nie wiem czy wy wiecie, że Mojżesz nie był Żydem tylko Polakiem, i wcale nie był Mojżeszem tylko Nowakiem, a jego ksywą było - Oj Łżesz. Nie wiecie o tym? To ja nie wiem, co jecie na śniadanie. Pewnie kornika flakesy. W każdym bądź razie Oj Łżesz miał niesamowity dar opowiadania (podobno w wyniku reinkarnacji odrodził się jako Andersen),więc raz tak nagadał, że przez niego KTOŚ, bez konsultacji z ludzkością, wydał odgórną dyrektywę, nie kłamać i 9 innych podobnych nie-chów. Ale i tak Oj Łżesz mówił wiele dziwnych rzeczy i tym gadaniem wyprowadził ludzi w pole tj. na pustynię. I nie tylko ludzi, bo przecież nawet morze i to nie byle jakie, tylko same Czerwone, rozłożyło przed nim swoje nogi, tj. rozstąpiło się. Pewnie z tej przy-czyny, ci, którzy rzucili się na komunistów, tak fanatycznie opierają się o Biblię. A księga ta zawiera całą kupę gagów ludzkości, tylko trochę przekręconych, bo nikt nie lubi, gdy robi się z niego głupa, tym bardziej nie trawi tego żadna ze sfer ludzkiej świadomości. Przecież „człowiek to brzmi dumnie”. Szczególnie wtedy, gdy tuczy gęsi, podrzyna gardła „jadalnym” zwierzętom, robi wiwisekcje, zadręcza hodowlane zwierzątka, zabija wszelkie życie dla zabawy, pozwala, by ludzie z umierali z głodu i .... może na tym skończę, bo dusza zaczyna palić moje ciało, a ciało rzygać formą człowieka, do której wtłoczono mnie wbrew mojej woli. Bo tak naprawdę chciałam być .... sama nie wiem.

Mam kumpla, kalekę. Stracił on najpierw głowę, a potem nogi. Więc prowadzi się-dzący tryb życia, bo cóż może począć, kiedy jest nie tylko mężczyzną, ale i człowiekiem bez nóg. Czasami męczy nas swym wiecznym pytaniem - „dlaczego?”. Fakt, trudno jest się pogodzić z tragedią, tym bardziej, kiedy dotyczy ona naszych bliskich. Nie mogę oprzeć się pewnej myśli, że Ktoś, a czemu by nie UFO, traktuje nas jak zwierzątka, a raczej jak owady, te wstrętne, ohydne, które nie tylko nic nie czują, ale w ogóle nie powinny istnieć. Przecież dzieci łapią muchy, którym wyrywają łapki, tudzież skrzydełka, bądź też motylom fundują naukę pływania i tym podobne. Więc Ktoś łapie człowieka i upierdala mu n óżki, rączki, zabiera mu życie w wypadku samochodowym (resoraków?). Światem rządzi nie przezna-czenie czy też Wola Boska, ale zielona łapa kosmity. Dolar ?! I seks. Rypańsko. Bo o czym by tu gadać..., kiedy nie ma o czym gadać, a przecież trudno jest życie przegadać, bo nawet nie ma o tym co gadać! Od tego jest telewizja. I radio. Człowieka zamyka się w pięciu słowach - człowiek skazany jest na słowa.

Uszy do góry daj, by można było cię ustrzelić. Tekstem, słowem, wyrazem....literką,

Zbłądziłam, przepraszam. Czasami zdarza mi się to, ponieważ nie należę do tych uporządkowanych ludzi, którzy wiedząc czego chcą i dokąd zmierzają. Więc będę sobie mówić. Od rzeczy do rzeczy. Więc na czym to ja skończyłam?... Aha!, no więc żyję tam gdzie żyję i na dodatek mam znajomych. Kochanek też był, ale się powiesił. Biedactwo. Zresztą i tak się wypalił... Cokolwiek to znaczy.

Teraz stoję w pewnym w miejscu i przeżywam rozterki. Człowiek bez pracy zaczyna myśleć. Rzuć pracę, a zobaczysz. Naprawdę przeżywam straszne dylematy. No bo Ktoś rzekł: „kochaj bliźniego jak siebie samego”. Kurcze, a przecież ludzie są... po-pie-rdo-leni!! i podcinają sobie żyły czy też w inny sposób molestują własne ja. No to ja pieprzę taką miłość. Wy jak chcecie kochajcie się - frajerzy... I stąd też pochodzi całe zło - bo miłość jest niczym innym jak zadręczaniem - wysublimowaną formą pałowania. A zresztą....

Cha, cha cha,... przypomniało mi się - wiecie w jakim ja żyję kraju? W kraju, w którym brudne szyby są objawieniem. Niedociągnięcia mało doskonałej ręki ludzkiej stają się wizerunkiem Boskim. Bosko! Cha, cha, cha... Poważnie, niedomyta szyba staje się miejscem kultu, bo wygłodniali ludzie zachłannie rzucają się na wiarę i widzą Matkę Boską, czasami Jezusa. To dziwne, że nikt jeszcze w tych widzeniach nie zobaczył Boga. Ale to nie moje zmartwienie. Mój kraj naprawdę jest dziwny, a zresztą przecież przodujemy w spożywaniu napoi wyskokowych.

A propos alkoholu, wiecie jaki mój znajomy pędzi bimber ! Sam miodzik, tyle tylko, że o ścianę rzuca. Nie ma to jak rodzinna tradycja. Podobno alkohol szkodzi zdrowiu, ale czasami jednak trzeba zrobić skok w bok, by nie dać się zwariować. My mamy bimber, inni swoich psychoterapeutów. Ciekawe kto na tym lepiej wychodzi, nie bacząc na zawartość naszych portfeli, a na duszę.

W dzisiejszych czasach pieniądz stał się jedyną wartością względem której ocenia się ludzi. Masz szmal jesteś cool, nie masz – no cóż siedzisz w domu, o ile masz go, czasami wyjdziesz na spacer, a i wtedy idziesz ze zwieszoną głową wypatrując na chodnikach pieniędzy, zresztą bieda i tak nie pozwala nikomu w oczy spojrzeć. Ale ja mam to wszystko w dupie. Najważniejsze jest to, że mam super buty i mogę łazić tam, gdzie chcę i tam dokąd zabłądzę. I jest super. Mimo pękniętych podeszw, ale i na to jest sposób - trzy wkładki i nie czuję kałuż; 20 kilometrów i nie czuję już nic; .szklaneczka bimbru i nie wiem kim jestem. Czegóż więcej do szczęścia potrzeba? No może od czasu do czasu obiadu. Jasny gwint!, która godzina? Na razie, mykam na małe coś niecoś do Caritasu.

Jeszcze tylko jedno słowo a propos żarełka...czyli mała rozprawka o potrawkach... Ludzie starsi mają w zwyczaju jeść, pożerać duże ilości jedzenia. Tak jakby czuli, że zbliża się śmierć, więc cóż im innego pozostało jak to, by odejść najedzonym? A może w życiu człowieka najlepszą rzeczą jaką może go spotkać jest jedzenie? Trzeba żyć, aby się o tym przekonać. Trzeba żyć długo żeby odkryć prawdziwy smak życia. Chociaż jeśli chodzi o kobiety to nic dziwnego, że na starość przyjmują duże ilości pożywienia, bo jeśli ktoś się zadręczał jakimiś chorymi dietami przez większą część życia (zapewne od 13 do 60 roku życia!), to chyba teraz może posmakować co stracił. Smacznego. Lecz w tej całej radości pożerania jest jeden mankament - sztuczna proteza, która ogranicza wybór pokarmu. Więc czy warto? I w imię czego?! Ja wam powiem: seks zagląda nam do misek, po prostu. Smacznego.



muza jak zwykle, polecam:D
https://www.youtube.com/watch?v=sR3DHCVov7s&list=RD02eKmNK92rn4g





Czy coś zmieniło? Chyba nic. dalej we mnie tkwi dusza, co nie pozawala żyć ............

:D




czwartek, 4 kwietnia 2013

jasna dupa

Po 8.00 zadzwoniłam do szanownej mamy swojej mówiąc, ze wracam i jeśli nie wyszli z domu to odprowadzę  dzieci do przedszkola.
- Ale one śpią tak słodko, nie budziłam ich jeszcze.
CO ONA MÓWI DO MNIE?!?!?!
- Proszę?! O! NIE! Budź ich, już wracam - wyłączyłam tela klnąc pod nosem. Okrutnie klnąc. Trzeci dzień "wagarów"? Chyba po moim trupie. Nie będą rosnąć mi na gnuśnych leniów. Zresztą nie mam czasu. Fucha czeka. Fuck!!!!!!!!!!!! Oby nie zabić!!!! Matki!!!!

Przypomina mi się żywot pewnej kobiety, która ciężko pracowała w życiu, podczas gdy jej mąż pił. Dla dzieci wszystko. Została nawet sprzątaczką, by z synkami być w domu w "odpowiednich" godzinach.
- Wie pani, nawet ich do przedszkola nie dałam, by się wyspali, bo tak lubili spać.
Synkowie rozpieszczeni nie nauczyli się niczego w życiu. Matka nie była dla nich przykładem niestety. Wciąż żyją na jej koszt, a ona cóż - narzeka i karmi i karmić będzie dopóki nie spotkają nowego żywiciela, nowej kobiety, swojej kobiety.

Gaz do dechy, zajechałam pod chatkę. Rozzłoszczona na maksa "wbiegłam" po schodach. Otwieram drzwi a moja mamusia z palcem na ustach robi mi:
- Ciiiiiiiiiiiiiiiiii.
Ciiiiiiiiiii?!Szlag mnie trafił. Nie wytrzymałam.
 - Jakie kurwa ciiiiiiiiiii?! Mają wstawać. POOOOOBUUDKAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!! Bo mnie trafi!!!!!!!!  - wydarłam się na maksa, ciszej zwracając się do matki - Cholera przecież rozmawiałam wczoraj z tobą, prosiłam, tak?! Od godziny nie mogłaś ich zbudzić, co?! KUŻWAAAAAAAAAAAAAAA - wpadłam do pokoju Maluchów - zbierać mi się do przedszkola, ale to raz, dwa ......dzień dobry poza tym.

Kultura musi być jakby nie było. No!

Starszy wyleciał z łózka, zaczął ubierać się, zaś Młoda wpadła w płacz
- Bo ja chcę się powyciągać.
- Młoda, to się wyciągaj, a nie beczysz! Dawaj, dawaj, ubieramy się. Nie ma czasu, rozumiesz?! Nie ma!!!!!

Dwadzieścia minut później odprowadziłam potomstwo do przedszkola. Dzieci podskakiwały wesoło, były zadowolone i zdążyły na śniadanie. Podpisałam przy okazji umowę o kontynuowanie edukacji przedszkolnej Młodej.

W domu siadłam na telefon. Najpierw służbowo pla, pla, pla. Potem zadzwoniłam do T:
- Możesz mi wyjaśnić dlaczego nie obudziłeś dzieci jak wychodziłeś?!
- Ale za to wyniosłem śmieci. Cześć kochanie poza tym.
- Miałeś je obudzić! Chrzań się.
Wyłączyłam się.
Pisanie sprawozdań. Drukowanie.
- JASNA DUPA!!!!!
Początek nie dodrukowany, końcówka też do bani. Powiodłam morderczym wzrokiem  po drukarce. Ostatni dzwonek rozsądku powstrzymał mnie przed ciapnięciem jej za balkon. Hm, chociaż jak pieprznęłabym nią o szybę to i szybę w końcu wymienilibyśmy. Hm.........

Telefon do T:
 - Wiem, mówiłeś, ze koniec z zakupami w tym miesiącu, ale zajoba dostanę z tą drukarką! 
-  A spoko, dawno myślałem by ją zmienić. Kupię coś. Już ci nerwy przeszły?
- NIE!!!

Po dwudziestu minutach T przysłał smsa - "drukarka kupiona, jutro będzie w domu".


Są takie chwile, kiedy zaczyna nosić mnie. Termin zaczyna gonić, a gumka w majtkach puszczać. Zostawiam wszystko na ostatnia chwilę, a potem pocę się bluzgając kroplami jadu wokół.
A podobno z wiekiem większy ma być spokój. Tja, opanuję się. Chyba po śmierci. A i tak ręki za to nie dam sobie uciąć.


Drukarka, hm... Na mnie nie ma,a na drukareczkę jest? Hm ...już ja się dobiorę do skóry szanowanego małżonka.  Jeszcze na początku tego tygodnia słyszałam, koniec z zakupami, ze dość już puściłam w tym miesiącu i jednak jest lepiej jak siedzę w chacie, bo moje wyjścia są kosztowne. To się jeszcze okaże. Ha!



Wpadł kolega do Starszego. Chłopaki bawią się fajnie. I nagle co ja słyszę?!?!
- Odrobiłeś zadanie?
-Nie! 
-Zadanie? - zapytałam się podejrzliwie słodko wchodząc do pokoju- jakie zadanie?
- Mieliśmy przeliterować słowa eukaliptus, kalkulator i akumulator
- A macie często zadawane zadania domowe?
- No tak
- Synku, chyba będziemy musieli o czymś porozmawiać..

Chłopaki bawili się grając w piłkę nożną w przedpokoju. Rysowali. Walczyli. Jejku, bawili się jak dzieci. Bez kompa. Cud, cud, cudaczny cud. Oczywiście Młoda z nimi broiła wpatrzona w M jak w obrazek. A ja zastanawiałam się za co syna powiesić - za szlufki od spodni czy za skarpetki.
Albo siebie - na zmianę podejścia. Ale pytam się, dopytuję. Cholera ....Błąd w sztuce. Sztuka by się wymknęła. A przecież rozmawiamy. Dobry kontakt rozwiał się niczym widmo.

-Synku, a dlaczego nie mówisz mi, ze masz zadania?
- Nie wiem
- Jak to nie wiem?
Cisza. Je oczami płatki z mlekiem. Nos spuszczony na mleko.
- Synu, ty nic mi nie mówisz! Rozmawiam z tobą codziennie, pytam się co słychać, co było w przedszkolu, jak minął ci dzień, a ty tylko kwitujesz - a nic, spoko, dobrze i ze rysowałeś tylko.  - lekko wkurzona nawijam dalej nie mogąc przestać -W końcu zapanuje mur ciszy między nami, bo nie będziemy mieli sobie nic do powiedzenia poza spoko, okej i ewentualnie  o angry birds!!!
- Ale ja umiem - słabe to było, ten ton, ta linia obrony.
- Co umiesz?
- Literować umiem
- Wierze, ze umiesz bo zdolny facet jesteś, ale chodzi o to, że jak ja pytam się co było to opowiedz, rozumiesz?! - kiwanie głową daje mi nadzieję, że coś dociera do syna - chcę być częścią twojego życia i te twoje "a nic"  zaczyna  mnie wkurzać, bo w końcu nie będziemy mieli sobie nic do powiedzenia..
Cholera jest taki jak ja i brat -matka nigdy nic nie wiedziała: nasze życie, nasze sprawy. Teraz jest inaczej. Trochę.
 - Mamo, a dzisiaj była religia, pani Mariola mówiła nam o .........
Porozmawialiśmy o Jezusie, Barabaszu, Piłacie. Fajny facet, wiele wie i rozumie. Odegrałam scenkę.
Młoda weszła w rozmowę.
- A ja ciebie widziałam na przestawieniu!
 - To dzisiaj mieliście przedstawienie?! - prawie walnęłam głową o stół - nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę...
- Tak, takie o ekologii.
Rozmowa przeniosła się, po kąpieli, na płaszczyznę łózka. Czystość środowiska, wierszyki, piosenki...
Ha! A jednak  oboje umieją coś więcej niż:
- Dupa, Jasiu, karuzela.... - bo to ostatnio najnowszy repertuar wyśpiewywany przez nich dziarsko.

Na dobranoc poczytałam o Koszmarnym Karolku.

Maluchy śpią, a ja mam zagwozdkę. Kiedy coś nie tak poszło? Ręce opadają. Na szyję. Zaduszę się. Jak czegoś nie zmienię.
Tak nie może być. Bo to nie jest. A jeśli jest to nie tak. A tak nie może być.








muzyczny składak do poduchy, czy sprzątania :D -polecam :)

https://www.youtube.com/watch?v=IddDWBpkzYg&list=RD02XnYxdxFmOLk








pojebało cię?!

Śniadanko. Rodzinka przy stole. Przykładnie.
- Dziękuję - powiedział nagle Starszy.
- Komu? - Za co? - zdziwiliśmy się
- Młodej dziękuję, bo powiedziała mi smacznego.
- Ahahahaha ale to było z pięć minut temu!  -co za facet, ahahaha, zaczynamy brechtać się..
- No co, nie mówi się z pełną buzią. a was co tak rozśmieszyło? Śmiejecie się ze mnie?
Ups.......
- No co ty synku. My? z ciebie? nigdy! Cieszymy się, ze jesteś taki mądry-  hihihihi -  ułożony. Wiesz, młody człowieku,  lepiej powiedzieć późno dziękuję niż wcale.
I zgon w kanapkę. Ten to ma zapłon. Jak się zawiesi to wisi. I można mówić. Ale czasami coś do niego dotrze. Zwłaszcza tekst:
- Zagrasz w angry birds?!


Dowalam nodze. Na rehabilitacji steper, bieżnia. W domu rowerek. Albo będzie dobrze albo mi spuchnie. Albo szlag mnie jasny trafi w końcu. Albo nie wiem.


Ja pedałuję, a syn stoi i nawija, nawija - o angry birds. Oto mój napęd, moja muzyka. Nie tylko gadamy, ale i razem gramy. A co. Też mi się należy.
- JEEEEEEEEEEEEEEEEEEST! Widziałeś!!!! AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!! - drę się megaśnie.
- Dobra  jesteś mamo - nie ma to jak uznanie w oczach synkach. Rosnę, rosnę, puchnę. A potem dostaję kubeł zimnej wody na głowę, bo tato jest lepszy. I wujek. Jasne i wszyscy święci. Eche, po moim trupie.   -
- W  końcu kto przeszedł ten etap synu, nooooo?!
- Ale ja też jestem dobry!
- No pewnie, najlepszy.

- Mamo nawet nie wiesz jak cię kocham
- Chyba ty nie wiesz jak ja kocham ciebie.
- Wiem, wiem.
- A właśnie, że nie wiesz!
- A właśnie, że wiem ...
Uwielbiam droczyć się z synem. Potem wojna na poduchy i ręczne mocowanie. Młode lwiątko normalnie.
Tak jak córka. Też przywlecze tyłek, wlezie, da buziaka:
- Kocham cię mamo.
- A ja ciebie nie  - hehehe 
- Żartujesz!
- Pewnie dzwońcu najukochańszy.
Mam trochę przekichane. Bo jak mnie nie obłażą dzieciaki to T obłazi.  Ach ta miłość hahaha. A właściwie dewiacja. Po tylu latach.  Niemożliwe, a jednak. Hydraulik naprawia cięknącą rurę. Ha, ha, ha .......
Magia kompa, filmu pozwala nam na "chwilę oddechu".
-Dzieci chcieliście film?! - niewinne pytanko w drodze do wolności. Ha, ha, ha ....ale co robić, jak się robić chce. Taki wiek, ech. .....
Śmieszne może, ale prasując koszulę T (fakt, nie zdarza mi się to często), czuję się jak nogi mi się uginają, ten zapach, myśli uciekające w ramiona, no nie mogę ....odpływam......a potem parzę się.

- Chodźcie na jogurt, sio do kuchni.
-A wy co?
- Kran w łazience musimy naprawiać!
Potem to tylko piwnica zostanie ......kiedy za dnia dorywa chcica.


Z wiekiem wszystko jest lepsze. Chyba. Przynajmniej dla mnie. Otępiałość jest wyzwoleniem. Ha, ha, ha ...

Kanapka życia lepiej smakuje doprawiona pieprzem doświadczenia.Ha, ha, ha albo nutką ziołową psującego się życia. Maggi doświadczenia wprawia w rozkosz konsumowania. Się nie je łapczywie, się nie zachłyśnie. Proste.
Z wiekiem człowiek wie, że warto mieć w pompie co się da. I tyle.
Chcesz pobiegać?! Wyrzucaj zbędny balast. Radość to balonik, a smutek czai się pod kamieniami zmartwień. Po co się obciążać?! Z wiekiem i tak kręgosłup sam siada.
Olewka, olewka....
Zamiast się motać w młodzieńczym wigorze człowiek siedzi w fotelu i łapie chwile rozciągając je jak gumę do żucia. Nic nie umknie. To co dobre. A co złe już tak nie wkurwia. Nawet jeśli wpadnie się w pajęczą sieć, wiadomo, ze nie ma co się motać. Można spokojnie wyjść. Z czasem. Z czasem wszystko wychodzi. Jak włosy.

A kiedy chce się żyć człowiek umiera. Chyba, że dotrze to sfery totalnego zmęczenia. Wtedy śmierć staję czymś pozytywnym. Wybawieniem.

Jestem na etapie, gdy wszystko cieszy.  A wódka smakuje wyjątkowo. Pierdolę wszystko, ot co. Już słyszę ten głos i pewnie nie jeden:
- Jak zwykle - hahahahaha.
- Noooooo, jak zazwyczaj....... - hahaha, bo i co mogę innego rzec?


Wsiadłam w samochód. Kurde, jak to się prowadzi? Sprzęgło, hamulec, gaz ...eeeeeee.........biegi. Odpaliłam. Muza. Jak zwykle ta sama. O.N.A.



Jedynka, ruszam, dwójka, trójka .......ulica, cholera, tutaj panują przepisy -Nim sama zgasnę, sama zniknę
 Usłyszę w końcu to, co chcę.
..... hamulec.......AAAAAAAAAA!!!!!!!! Kurwa, z trójki nie rusza się! Grrr....redukcja biegów kobieto! Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
 Czy warto było starać się - jak ja?....
..Na liczniku 40-cha, bo ulice niczym szwajcarski ser - można nieźle się wj..pieprzyć. Jak w życiu. Jadę, zaparkowałam. Nic nie zdemolowałam. Będzie zajebiście! Taniec radości w śniegu.
T:
- Pojebało cię?!
 -Totalnie. I w deseczkę, synu! Buhahahaha......








A dla zimy zaśpiewam :






Nie ma końca
Nie ma pożegnania
Znikaj
Pod osłoną nocy



tralalala a wiosna i tak nadchodzi, czuję to :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD





środa, 3 kwietnia 2013

diabolica

Rano syn wstał zakręcony i założył na siebie spodnie siostry. Mając prawie 7 lat założył spodnie w rozmiarze 98.



Trochę przykrótkie, ale leżą nieźle.
- O będziesz miał rybaczki na lato! - zażartowałam.
- Babskie?! Nigdy!!!

Starszy najchętniej żywi się mlekiem i płatkami. Inne pokarmy mu nie wchodzą. Więc dla takiego smakosza przedszkole musi być prawdziwą udręką.


Młoda natomiast zaskoczyła nas przełamując swój strach wobec chomisia. Nie tylko pozwoliła mu chodzić po sobie, ale trzymała go też na ręce. Przez moment. Potem chomiś wyleciał w powietrze. Wiedziałam, ze tak będzie. Złapałam go zanim zderzył się z dywanem.
- Ale on gilgocze. Jest taki śmieszny. I kochany. -córa popadła w uwielbienie dla sierściucha, a sierściuch wylatał się jakby uciekł z klatki.



- Kurde synowi jakoś więcej czasu poświęcaliśmy, a Młodej nawet mniej czytamy - wzięło mnie na refleksję. Ale taka prawda. Starszego edukowaliśmy, a Młoda - Młoda to Młoda. Inna epoka. 
- Ale ona ma nauczyciela. Brata.
Ha, ha, ha, to fakt. Syn dość często Młodej rysuje, pokazuje, uczy. Tłumaczy.



- Cholera!!! Młoda! zostaw tą kule. Ile razy będę powtarzać! prosić!!! - ryknęłam widząc, że dziecko znowu bawi się moim "sprzętem".
 Młoda rzuciła kulę i pobiegł do pokoju z płaczem. Trafiło mnie, bo lata z laską i wali nią po czym się da.
- Mama jest głupia - wyjęczała spod łez do Starszego.
- A wcale że nie...
 - Ale krzyczała na mnie!
- I dobrze, bo ona sie martwi o ciebie. a jakbyś zrobiła sobie krzywdę to płakałabyś, że mama ci nic nie mówiła. Słuchaj się mamy.
Syn będąc jak widać wyedukowany, nakrzyczał na siostrę. I po co cokolwiek mam mówić? Ale pomimo to wróciłam do tego zdarzenia. W końcu dzieciom trzeba wszystko tłumaczyć. Nawet po milion razy.




Udało mi się wyciągnąć leniwców na podwórko. Spacerek w poszukiwaniu wiosny. Ale śnieg leży i leży. I nie chce odpuszczać. Radocha z zimy byłaby gdybym mogła na nartach jeździć.A tak szlag trafia, ze znowu pada śnieg.

- Mamo, a kiedy będziemy wyjeżdżać? - zapytała się Młoda.
- A co brakuje ci wypadów? - zapytałam się córki będąc  zdziwiona:- co tak córę wzięło?
- Noooo, ja chcę.
- A ja chcę w góry. Na Diablaka - syn uparł się ten szczyt, i co rusz to podkreśla.
- Poczekajcie niech zrobi się ciepło, pojedziemy ...








Nie ma to jak świąteczna laba w wyrku. Dzieciaki zaległy koło nas. Sernik, kawa, oglądanie filmu. Młoda uciszana była kawałkiem ciacha. Życie rodzinne. Miodzio. Przeleciał jeden film, drugi film, a dzieciaki nie śpią. Dzieciaki nie chcą nam z wyrka wyjść. Myślałam, ze  dokonam mordu. Syn zaczął nawijać:
-Mamo, a wiesz co ....
i tutaj następowała opowieść o grze angry birds:  jaki przeszedł etap i jak dany ptak strzela.
- Synu weź skończ. Proszę, pogadamy jutro.
-Ale wiesz co mamo ,muszę ci powiedzieć, że ........
Pla pla pla o angry birds. Zaraz sama zamienię sie w ptaka.
- Synu, litości! Skończ!
- A co wyrzucisz mnie z domu, jak Młodą?! - zapytał się  już się brechtając.
- Dokładnie! - sama zaczęłam chichotać, nie ma to jak glupawka.
- Mamo, ale wiesz co? - syn zaczął się ze mną droczyć.
- Bo wyrzucę cię z domu! - krzyknęłam groźnie, z uśmiechniętymi kącikami ust.
- Ale mamo, wiesz co, ten Yoda to .......
Pla, pla, pla, angry birds i angry birds.
- Synu, idź spać. Jutro idziecie do przedszkola.
Na co włączyła się Młoda:
- Starszy nie idziemy jutro do przedszkola. Nie idziemy i już!
- No i co jeszcze?! Spać łobuzy.
- Nie!!!! -Młoda ma charakterek, co tu dużo mówić.
 -Mamo, ale wiesz co, ten etap .......

Północ. Pomieszało się w głowach Maleństw. Zasnęły nie wiem kiedy, bo pierwsza padłam ja.

I nastał ten poranek. Znowu pobudka o 5.30.  I ćwiczenia.


I telefon od T:
- Wiesz Starszy się obudził. Zaczął płakać, ze nie chce iść do przedszkola. Zrobimy im dzisiaj wolne dobrze?!

I tak Młoda wraz z bratem postawili na swoim. Starszy nie znosi przedszkola, bo tam każą jeść to na co nie ma się ochoty.

Niech dzieciństwo trwa - nie zoperowałam synowi duszy po przez tłumaczenie, ze w życiu nieraz robimy to, na co ochotę nie mamy.

- To macie dzisiaj wagary?! -zapytała się babcia Starszego.
- Mamy- odparł syn.
- To ładnie, ale jak będziesz chodził do szkoły to nie będziesz mógł tak robić!
- No to teraz mogę i robię - odparowała synek zapytując się - a jak będę chory to co wtedy?!
- Będziesz leżał tylko w łóżku a potem odrabiał wszystkie zadania.
- O Jezuuuuuuuu

A moje zwolnienie chyba dobiega powoli do końca, praca na mnie czai się powoli.  Zbliża się czas powrotu. Samochód już jest gotowy.
Życie strzeż się !- Arte wraca na stare tory, hahahaha......
Tylko, czy pamiętam jak się prowadzi auto?! Pracuje?!
Żyje?!
:)



tortury

W piątek poszłyśmy z matką po dzieci do przedszkola. Matka wyciągnęła syna na Drogę Krzyżową, a my z Młoda wróciłyśmy do domu. Młoda nie chciała iść. I dzięki Bogu.
- A wiesz dlaczego nie chciałam iść do kościółka?!
 - Nie wiem. Dlaczego?
--Bo Pan Jezus umarł w baranku.
- Młoda co ty opowiadasz?!
Młoda zaczęła się chichrać. Ja też. Ta jak coś powie, a lubi gadać:
- Nooo mamo, słuchaj ......
I słucham. Potafi nawijać, jak chce i ma dzień.I śpiewać:
Ona tu jest i tańczy dla mnie...
- Przestań to śpiewać, bo wyrzucę cię z domu ! - mówię groźnym tonem, ale Młoda kuma żarty i zaczyna jeszcze głośniej śpiewać:
-Ona tu jest i tańczy dla mnie.....
- Młoda przestań, bo z domu cie wyrzucę! -zaczynam chichrać, a Młoda zaczyna krzyczeć:
-Ona tu jest i tańczy dla mnie
Nasza zabawa. Młoda połknęła bakcyla i co jakiś czas śpiewa patrząc na mnie wzrokiem - "No i co mi zrobisz maleńka".
Nawet Starszy włączył się w zabawę:

- No Młoda nie śpiewaj dicha, bo mama cię z domu wyrzuci.
A Młoda radocha i jeszcze głośniej wyje.


Starszy przytargał pani lato z przedszkola.


I zadziałało. W sobotę była piękna super pogoda. Słońce!!!! Słońce niczym cud, niczym objawienie. Buty i czapy wiosenne. I spacer, z którego nie chciało się wracać.
I kościół i święcenie jajek. I Grób Pański. A w nim mumia. Okrwawiona. Męka Pańska musi działać na wyobraźnię. Umarł za wiarę.
A ile umarło przez wiarę?! Szkoda że przy okazji nie zrobią wystawy narzędzia tortur używanych przez inkwizytorskich katów. Ciernie,gwoździe i krzyż to niczym wybawienie z całej kaźni przygotowanej przez ludzi pełnych wiar.

gruszka- co by pupie było miło ...



Zadziwiające jak ludzie potrafili, potrafią być dla innych okrutni. W innych kulturach śmierć również była mostem do "prawdy", do boga, konieczną ofiarą. Człowiek jest taki dziwny.Aż głupio być człowiekiem.

Patrząc na grób zdziwiłam się, że obok nie leżały szczątki tupolewa. Nasz proboszcz lubi straszyć piekłem, jak i mówić o Polsce jako tym smutnym kraju nad Wisłą. Komuniści wciąż jak diabli czają się w mrokach i kuszą. I jakoś zabrakło mi kultu następnej męki pańskiej. Może nastąpiło przebudzenie i gościu się opamiętał?!

Zamknęłam się w kuchni. Sprzątanie, pieczenie i takie tam czynności zbędne. Zachciało mi się czyścić kratkę wentylacyjną. Myślałam, ze jest plastikowa, ale krew płynąca z opuszka mówiła coś innego: cholerne żelastwo.
- T! T! chodź, znowu się upierdzieliłam...Ała!!!!!!!!
T nie śpieszył się, a co tam. Niech się wykrwawię. Do kuchni za to synek wlazł. Popatrzył i znudzonym tonem rzucił:
- Znowu?
- Kuźwa! jakie znowu? gdzie współczucie i woda utleniona?!

A dzień wcześniej rozmawiając z synkiem, i to o dziwo nie o angry birds, syn poprosił:
 - A obiecujesz, ze już nic sobie nie zrobisz
 - Nie mogę synku
Wiem wiem, ty już tak masz 

-  No niestety....

Przecież niedawno znowu wpadłam na żelazko i mam już dwa piękne ślady po oparzeniach. A co tam. Po jednej bliźnie na ręce - tak piękna symetria.
Im więcej blizn tym życie ciekawsze?! Tak to szło?! Ha, ha, ha ...A raczej tak -Mercedes Lackey: Nikomu nie udaje się przejść przez życie, nie nabawiwszy się przy tym blizn. 
Więc żyję, żyję!

Plaster na paluchu, można wrócić do działań wywrotowych w kuchni. Dzieciaki grały razem w piłkę w przedpokoju. A T ganiał z wiedźminem. Harmonia i spokój przerwane zostały przez nagły krzyk Młodej:
- No tato zajmij się dziećmi swoimi a nie kompem.
I tak oto dopadło zmęczenie córę. Nadchodził wieczór. A kiedy dzieci poszły spać, T zamienił się w fryzjera. Zafarbował moje włosy, podłogę w łazience, a przy okazji i stopy swoje, jak i moje. Tak od spodu - kropki czarne.
- A co to? -spytała się pewnego wieczoru Młoda.
- A nic, tańczyliśmy po biedronkach. Patrz  tylko kropki nam zostały. Na pamiątkę.
- A ty to zawsze musisz głupio gadać - syn bywa dla mnie okrutny, buuuuuuu.
Ja sobie załatwiłam pazurki. Pazurki pomalowałam lakierem. Szok niedzielny dla rodzinki. Jak to?! A tak to, a tak to. Nastąpiło przebudzenie. Czas zmian. Wyłażę z letargu niczym niedźwiedź z gawry. Spokojnie, powoli, do przodu. Wyciągam się. Odżyłam - ból odpuścił. Uwierzyłam, ze będzie dobrze. Po raz pierwszy od grudnia uwierzyłam, że odzyskam siebie. I pobiegnę. Po rynku kazimierskim, po górach i dolinach. Po kieleckim.





Święta były sobie. I minęły.
Jak wszystko mija - co złe i dobre. Tylko M jak miłość w telewizorni trwa. Ja cię nie mogę.