poniedziałek, 11 lutego 2013

porankowo

Szokujący poranek dla dzieciaków. Trzeba wstać! Godzina 7.00. Godzina zapomniana. Nieludzka. Dzieciaki wypadły z dawnego rytmu - pobudka była o 6.30 i pól godziny na wszystko: ubranko, siusiu i zęby. Całkiem nieźle sobie radziły. Wszystko trafiło po moim wypadku.Nastąpiła odwilż.

Słowa: wstawajcie, pobudka! -uruchomiło marudzenie, jęczenie, umieranie. "A ja nie chcę" goniło "a ja nie chcę". A mnie gonił pośpiech - czekała na mnie rehabilitacja, lampy, godzina umówiona. Co jak co, ale nie znoszę się spóźniać.
Pobudka otworzyła dzieciakom oczy, ale uczyniła ich głuchymi. Ani prośby, ani żarty ani zdecydowanie w głosie nie docierało do żadnej z półkul mózgowych. Nic! Piana na pysku zaczęła mi się toczyć.
Byłeś siusiu? Byłaś w toalecie? Ząbki umyte? Milion przypomnień przeplatanych z odwiecznym "zaraz", "za chwile", "nie chcę", "nie umiem" ", "a muszę?"

Potrafię być cierpliwa, ale i potrafi mnie trafić. Ułomność natury ludzkiej w całej okazałości. Niestety.
Dzieciaki chyba wyczuły, że rodzi się we mnie bestia. Pozbierały się jęcząc w klimacie, "przedszkole jest głupie, my chcemy być w domu". A ja liczyłam do 10-ciu, mruczałam coś pod nosem: Kobieto, lajt, to są Twoje ukochane misie, lajt, luuuussss.......

Jakoś udało się przebrnąć przez pierwszą część tego dramatu.
I nadszedł ten moment. Moment wyjścia. Akt II -Moment wkładania butów. Moment w którym wszystko pękło.
W córuniu obudziła się baba. Rasowa baba.
- Tych nie chcę, chcę tamte - zaczęła jęczeć i kopać niechciane buty dla wzmocnienia swojej awersji wobec nich.
- Ale tamte są za małe na ciebie, wyrosłaś z nich, paluszki będą cię boleć - wycedziłam, kurde, że też ich nie wyniosłam, grrr -Nie kop butów, to nieładnie. Uspokój się, PROSZĘ!.
- Nie, nie są! Chcę te!!!  Są dobre. Chcęęęęę.....
I buuuuuuuuuuuuuu. Płacz. Histeryczny.  I nie daje założyć sobie butów. A tamte naprawdę są za male.
Parę minut przepychanek słownych i tłumaczeń. I nic. Kolejne parę minut minęło. W sumie minęło już od pobudki prawie 60 minut! Godzina!!!! Syn w tym czasie nagle zapomniał jak ubiera się kurtkę. Gdzie czapka? Poza -a w ogóle o co chodzi? Mamy iść?! Bunt w full wersji.
"No pewnie, dawaj synek czadu, bo co? bo tylko Młoda ma świrować". Zęby zaczęły mi zgrzytać.
Zagotowało się we mnie. I nie puściło.
Niestety.
Mogłabym powiedzieć, ze jestem tylko człowiekiem. Że w każdym jest jakaś cząstka zła. Ot taki mały granat. Który wybucha, gdy ciągnie się za długo za lont, za zwój nerwów, jeden kłaczek. I buch. bach. Eksplozja.
Nie uderzyłam Młodej, nie, nie, nie. Ani syna. Ani T.
Podniosłam,a raczej wyrwałam z podłogi aż pod sam sufit swoje słoneczko małe, które zamieniło się w małego potworka i jak nie ryknęłam:
 - Cholera, czy ma mnie w końcu szlag jasny trafić? CO?????????????!?!!!!!!!
Córka wpadła w większy płacz, ale ubrała buty. Syn nagle znalazł wszystko i nie miał juz żadnych problemów.
Ludzka twarz to twarz i bestii. Cholera, a myślałam, ze jakoś udało mi się opanować opanowanie.
Aniołem nie jestem. Niestety.
Są granice, których nie powinno się przekraczać.
Szlag.
Pozostaje niesmak. Nie zmieni go nawet pasta do zębów.
Ataki złości rodziców pamiętam jak dziś. Wiem jak krzyk boli.
A jednak emocje poszły swoją drogą.
A kiedyś człowiek dzieckiem był.
Kochana mamusia wyszczerzyła kły. A nie tak powinno być.
A jednak ...
...ja też muszę opanować poranki od nowa.
Czas na ponowne oswojenie.



Powrót do życia. Gonitwę czas zacząć.
Na lajcie.
Luz.
Bo nie ma co gonić.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz