piątek, 15 lutego 2013

cud?




Poranny spacer na rehabilitację wszedł mi w krew. Fajnie rano się przejść, poćwiczyć. Powrót  i śniadanko. Śniadanko bajecznie smakuje po spacerku. Ale dzisiaj nic z tego, jeden kęs, przepakowanie plecaka i wymarsz do lekarza. Zaprzęgłam się w kule. Wyszłam. Jezu, jak późno. Kule za mną nie nadążały. Słuchawki z uszów też wypadały. Popędziłam.

Spotkanie z białym kitlem.

- No pięknie, jest poprawa, czasami jednak pacjenta trzeba ochrzanić.

Radocha wielka, aż uszy zatkało. Do uszów jednak coś dotarło, coś takiego zlepione w całość:

- Widzi pani, a niektórzy przyjdą i co myślą, że się pokaża i co? Potem jak niesprawne kolano to nie wiadomo co z nim zrobić. Za późno na ćwiczenia, nie ma jak wiązadeł wstawić. Pani musi ćwiczyć, potem zobaczymy. Pani nie ma wiązadeł. Więc trzeba wyćiczyć i potem zobaczymy co dalej. Jak kolano bedzie uciekać ponowna operacja.

Że co?!!!!! Że co???!!!!  Że co ???!!!!
Nie chciałam się pytać, myśleć, psuć cudownego nastroju. Jest postęp, jest dobrze, bedzie coraz lepiej. Mówił o innych, nie o mnie.
To nic, że boli. To nic, że co noc o 4 nad ranem budzę się z bólu. To nic. To przejdzie wraz ze zginaniem.
Ja przecież wiem i czuję, ze jest coraz lepiej. Fajnie, ze biały kitel też to zauważył.
Idę ćwiczyć.
Wyjdę z tego.
Zawsze wychodzę z opresji cało.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz