środa, 27 lutego 2013

codziennik

Musieliśmy pojechać na fuszki. Musieliśmy, bo nie mogę prowadzić, więc T wrobiłam w bycie  kierowcę moim. Przygnębiająca utrata wolności. Nic tak nie boli jak utrata niezależności.
Dzieciaki zostały z babcią, a my pognaliśmy tam, gdzie pognać musieliśmy. Fajnie się kasę bierze, szkoda tylko, ze trzeba na nią pracować.

 Wróciliśmy po siódmej wieczorem. W przedpokoju przywitały nas wszędzie suszące się prace malarskie naszych maleństw. A wśród nich zobaczyłam perełkę:


Dzieło Starszego mnie powaliło. Nie zdjęłam kurtki, nie zdjęłam butów po prostu stałam cała oniemiała z zachwytu. Twarz i dwie postacie. Tajemniczość. Życie. Ludzie. Morze niedopowiedzeń. I morze myśli. Przepięknie to wyszło. A jednak każdy malować może. A ja napatrzeć się nie mogę.

Dzieciaki były nie obrobione.  Nie dały się babci zaprowadzić ani do kuchni, ani do łazienki. Babcia natomiast jakoś nie walczyła z oporem maluchów, bo w końcu w telewizji leciał serial, jej serial. Każdy emeryt seriale swoje ma i basta.
Z T podzieliśmy się terenem. Ja opanowałam łazienkę, a T królował w kuchni. System zmianowy jest boski. Pół godziny później maluchy nakarmione i w piżamkach czekały na swoją dawkę  Świata  Małej Księżniczki.
Obejrzeliśmy w czwórkę. Zabawne. Buzi, buzi, tuli, tuli i sio do wyrek.

- A poczytasz mi? - Starszy przydreptał. Dzieci są jak bumerangi normalnie.
- Pewnie- takich rzeczy się nie odmawia. Choćby się chrypiało z leksza.
- A mi też?! - Młoda przecież nie może być gorsza.
- Jasne.

Starszy wybrał Koziołka Matołka a Młoda - Kubusia Puchatka. Kubusia Puchatka to w sumie czytałyśmy we dwie - ja litery a córka obrazki. I znowu tuli tuli, cmok, cmok i do spania sio.

Łyknęłam garść leków na przeziębienie i sama wpakowałam się do wyrka swego. A co. W końcu doczekałam się chwili ciszy i wolności i ukojenia
 - A mogę przyjść do ciebie - się wydobyło z pokoju dzieci - chcę się przytulić...
- Pewnie. Sie pytasz!! - tyle razy mówiłam dzieciakom, nie pytać przyłazić, ale widocznie wiedzą swoje. Hm...Że kultura zobowiązuje do pytań!!! Ha, ha, ha...
Młoda przyleciała z bananem na twarzy. Mruknęła kocham cię mamo i po chwili zasnęła.
A ja zasnąć nie mogłam. Odłożyłam książkę i dla odmiany włączyłam tv. Leciał program o internecie. O pułapkach w sieci,  jakie sami sobie tworzymy. Pracodawcy kontrolują pracowników. Łatwo jest wyśledzić wszystko. Jedno zdanie żyje swoim życiem. Co wpadło, nie wypadnie. Internet nie zapomina. Pamięta wszystko. Warto dać się zapomnieć. Nie wchodzić. Odejść. Może w życiu nie ma drogowskazów, ale są znaki. Kolejny znak. Myślenie przybrało na intensywności. A rozważam to od od od.
Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by móc otworzyć inne. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by nie stać w przeciągu, kiedy otwieramy następne drzwi. Stojąc bowiem w przeciągu łatwo można nabawić się kataru. Nie ma to jak zdrowie. A kich. Albo drzwi mogą nam przywalić w głowę. A głowy lepiej nie tracić.
Program sobie leci, myśli sobie płyną..... BACH.
- Co to było? 
- Nie wiem. Może coś spadło?! - mruknął T. Też faceta coś zmogło coś, bo oderwał się od kompa.
- Może. Hm, ciekawe co?
Program sobie leci, myśli  przetaczają się przez głowę  ...Jeeeeeeezzzzzzzzzzzuuuuuuu!!!!!!!!!
-Cholera, Zygmunt nie piszczy! 
- Ze co? - słyszę po mruknięciu mruczącym, że T tracił kontakt ze światem.
- Nosz kurde, kółko nie skrzypi, ty on uciekł!!!
- E ..
Podeszłam do klatki. Klatka zamknięta. Domek pusty. Nigdzie śladu Zygmunta. Sierciuchdał drapaka. W mordę jeża. No nie zasnę i tyle.
Siedzę i nasłuchuję. Wołam. Gwiżdżę. Nic. Zaszył się gdzieś. Skubaniec!
Pierdolca idzie dostać!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz