czwartek, 28 lutego 2013

brzydkie słowo

Kaszel mi nie odpuszcza. Ratuję się czym mogę, ale nie przechodzi. Ból głowy, rozbicie, totalna rozpierducha. Ale już wiem, że to tylko przeziębienie. Nie astma, nie alergia, tylko zwyczajne przeziębienie. Kaszel, kaszelek w takim wydaniu cieszy. Kolejna świetna wiadomość w tym roku. Wychodzę na prostą. Biegnę w stronę słońca. Ma być dobrze, będzie dobrze. Będzie, że auć odlotowo!!!!


Synek znowu sam przybiegł z przedszkola do domu. A niech biega. Kiedyś sam będzie musiał się poruszać, więc cóż -niech się uczy.

- No i co tam ? Jak ci minął dzień?
- Napisałem dzisiaj brzydkie słowo - ze śmiechem mówi urwis.
- Brzydkie słowo? Jakie?  - o,żesz, zaczynam robić wielkie oczy, a w głowie myśli przebiegły jak tabun koni.
- Idiota
- IDIOTA?! - (uuuuffffffffffff, tylko idiota)
- No! Idiota!
- A skąd ty wziąłeś to słowo? - hm...Dostojewskiego nie czytałam synkowi (jeszcze, hahaha), a jak się T zbierze to owszem dostaje ode mnie pociskiem słownym, ale cięższego kalibru.
- Bo lord Vader tak powiedział .... (tu padła cała opowieść dziwna)
- Lord Vader? Skąd znasz Lorda? - kiedyś Starszy oglądał Gwiezdne Wojny, ale bez zapału.
- A chłopaki mówili, bo w angry birds .... (pla, pla, pla)

Aha! Przedszkolne wychowanie spod dywanu!
I tak od słowa do słowa wyszło to co wyszło. Niby codziennie rozmawiam z synem, a jednak codziennie mnie czymś zdumiewa.  A ile rzeczy nie wiem? Chyba lepiej nie wiedzieć.

Fajny pomysł - urodzinowy wisiorek z cukierków - w przedszkolu każde dziecko dostało taki prezencik
od jubilata




Młoda chciała, by jej wybudować zjeżdżalnię dla kulek, bo sama nie umie. Syn powiedział, że on to zrobi. Bawili się razem świetnie. Zbudował idealnie, bez pomyłki. A potem nadszedł czas książki.







Młodych zaintrygował balon. Bo jak leci?!

Poszliśmy do kuchni, odkręciłam palnik i tłumaczyłam czym jest nagrzane powietrze i jakie ma działanie. Przeprowadziliśmy badania - rączki jak i kartka papieru nad palnikiem uzmysłowiły im o czym mówiłam.

A potem zajęli się rysowaniem.
Myszka Miki -wyk. Starszy

Wesoły ziemniak -Młoda (Starszy zdradził, ze jej pomógł)



Nadszedł czas kolacji. Dobry czas na rozmowę.Bo jak to baba ma nie wiedzieć czegoś?! Nie ma takiej opcji. Dopadłam młodzieńca pytaniami  próbując docisnąć  do ściany.

-Kochanie, to o czym właściwie rozmawiasz z chłopakami?!
- Nie powiem - ha! twardziel. Hm...
- Jak to mamie nie powiesz! No weź....
- Ale nie chce mi się już gadać.
- Ale mi się chce słuchać. Dawaj chłopie
-O Angry birdsach mówimy -łeeee tylko tyle?! Hm....oj,oj,oj
- Ale ty to znasz?
- No przecież wczoraj graliśmy w to, nie pamiętasz.
 - No dobra, ale tam nie było Lorda!

http://gry.337.com/gamelist/Angry%20Birds/
http://www.yepi.com/pl/angry-birds.html

Pogadaliśmy sobie. Synek pokazał jak narysował Lorda Vadera z Angry Birds Star Wars. Ja zaś muszę zanurkować w neta, by zobaczyć o co chodzi. Gdzie ten Lord?!?!


Lord V. w wyk. starszego

Starszy poleciał pod prysznic, a my z Młodą wygłupialiśmy się na łóżku. Jak się skichałam to z 7 razy. Potęga. Kurde, prawie w majty poszło.

-Na zdrowie! - padło z łazienki, ach, ten mój synuś.  A córka wyrwała z łózka, podbiegła do szafki i :
-Fajna jestem, co? -powiedziała wręczając mi chusteczki.

Jestem fanką swoich dzieci. I to im mówię -przerosły moje najśmielsze marzenia.





Godzina 23.30 siedzę jeszcze przy kompie. Nałóg większy niż choroba. Powoli zamykam wszystko, gdy nagle kątem oka co widzę ?!

CHOMIKA!!!!!!!!!!!!
Wieczorny zonk!
Jebaniec znowu uciekł!!!!
Czmychnął spod mojej nogi pod kanapę. Ale dopadłam go. Uf.
- O, żesz ty orzeszku!
Spojrzenie na klatkę - oto nowa droga do wolności.





A takie to to małe i niewinne. Ciekawe co tym razem wywinie?!
Aż strach spać :D

A propos spania - gdzie ja mam spać??!!! :))))





Znowu czeka mnie trening w nurkowaniu. Moje łóżko oblężone!

KARRAMBA! :)




Do poduchy:

https://www.youtube.com/watch?v=CcwUq8D1H78&list=PLED07D36CDF40DA4F








chomikofo

Wieczorem postanowiłam upolować chomika. Ustalić, którędy myka. Już ja cię dorwę Maleńki, a jak. Chomiś przebudził się i zaczął pałętać się po klatce. Siadłam sobie z książką i zerkam na sierściucha. A chomiś, nie głąb, zaczął sobie robić toaletę. A to umył łapki, a to uszka, a to się naskubał i wydrapał. Poszedł do miski, poszedł napić się. No głupa rżnie, ze nie mogę. Po pół godzinie stwierdziłam, o,nie brachu, tak bawić się nie będziemy. Zgasiłam światło i poszłam do pokoju. W mieszkaniu zapanowała ciemności i cisza. Nastawiłam radary. Nie minęło 5 minut jak usłyszałam lekkie BACH!. A MAM CIĘ GAMONIU, HEHEHE! A jak , Zygmunt był już na szafce, poza klatką. O ty łobuzie!!! Okazało się, ze dziura od rury nie była dobrze zakryta i  dzięki tej szparze wyłaził sobie na nocne spacerki. Ale czy on to zrobił czy to moje niedopatrzenie, któż to wie. Z czasem wszystko wyjdzie na jaw.

Teraz pałęta się jak nieszczęśliwiec. Niech kombinuje.



Dzieciaki zluzowały na maksa. Nie chce im się wstawać, nawet o 7.30. Od momentu mojego zwolnienia lekarskiego straciły poranny rytm i "rygor". Wczoraj zostały w domu z powodu pokaszliwań, ale, ze wszystko wydaje się być w porządku, więc koniec laby i dzisiaj do przedszkola marsz. Ale łobuziakom nie chciało się wstawać, bo one chcą zostać w domu. W końcu nadeszła minuta ostateczna. W akcji porannego zamieszania straciłam równowagę. Machanie łapkami i refleks uratowały mnie przed upadkiem. Zaklęłam okrutnie:
-Szlag! Jasny!
A moja córa tak stojąc z boku, tak patrząc filuternie spod grzywki, która włazi jej w oczy, rzekła spokojniutko:
- Oj, Arte, uspokój się.....
O mało co, nie fiknęłam drugi raz.


Pogoda zrobiła się piękna w sam raz na spacer. To poszłam sobie tu i tam. Przeszłam ulicą "cudów". Ulica ta leży niedaleko brzegu rzeki. Stare, zaniedbane kamienice wymieszane z blokami PRLu. Życie toczy się na ulicy. Pełno też Cyganów, którzy są narodem wielce hałaśliwym.
Idę sobie spokojnie. Facet mnie mija.
- O taka fajna kobieta, ładna a już kaleka. Niech się pani nie martwi, życzę pani dużo powodzenia.
O mało co, a zabiłabym się o kule ze śmiechu. A że o gustach nie dyskutuje się to odparowałam:
- Dzięki. Panu też życzę powodzenia.
- O proszę pani w moim wieku to wie pani...
- Nie wiem, No to życzę dużo zdrówka.
I poszłam z takim bananem na twarzy, ze ja cię nie mogę. Szkoda,że nie zerknęłam do reklamówki  faceta, co on tam targa, bo też kupiłabym to. O, żesz, mocny trunek musiał być.
- Dobrze, ze zima się skończyła, to może pani spokojnie iść - następny facet rzuca złotą myślą. Nie mogę, hahaha. Tym razem podpieracz murka. Na zabicie oczekiwania najlepsza rozmowa. Kac może mniej boli.
- Wie pan, gdyby zima była to założyłabym narty, w końcu kijki mam.
I poszłam cała zakaszlana ze śmiechu. Oto pierwsze kwiatki nadchodzącej wiosny. Świat zaczyna weseleć.




środa, 27 lutego 2013

codziennik

Musieliśmy pojechać na fuszki. Musieliśmy, bo nie mogę prowadzić, więc T wrobiłam w bycie  kierowcę moim. Przygnębiająca utrata wolności. Nic tak nie boli jak utrata niezależności.
Dzieciaki zostały z babcią, a my pognaliśmy tam, gdzie pognać musieliśmy. Fajnie się kasę bierze, szkoda tylko, ze trzeba na nią pracować.

 Wróciliśmy po siódmej wieczorem. W przedpokoju przywitały nas wszędzie suszące się prace malarskie naszych maleństw. A wśród nich zobaczyłam perełkę:


Dzieło Starszego mnie powaliło. Nie zdjęłam kurtki, nie zdjęłam butów po prostu stałam cała oniemiała z zachwytu. Twarz i dwie postacie. Tajemniczość. Życie. Ludzie. Morze niedopowiedzeń. I morze myśli. Przepięknie to wyszło. A jednak każdy malować może. A ja napatrzeć się nie mogę.

Dzieciaki były nie obrobione.  Nie dały się babci zaprowadzić ani do kuchni, ani do łazienki. Babcia natomiast jakoś nie walczyła z oporem maluchów, bo w końcu w telewizji leciał serial, jej serial. Każdy emeryt seriale swoje ma i basta.
Z T podzieliśmy się terenem. Ja opanowałam łazienkę, a T królował w kuchni. System zmianowy jest boski. Pół godziny później maluchy nakarmione i w piżamkach czekały na swoją dawkę  Świata  Małej Księżniczki.
Obejrzeliśmy w czwórkę. Zabawne. Buzi, buzi, tuli, tuli i sio do wyrek.

- A poczytasz mi? - Starszy przydreptał. Dzieci są jak bumerangi normalnie.
- Pewnie- takich rzeczy się nie odmawia. Choćby się chrypiało z leksza.
- A mi też?! - Młoda przecież nie może być gorsza.
- Jasne.

Starszy wybrał Koziołka Matołka a Młoda - Kubusia Puchatka. Kubusia Puchatka to w sumie czytałyśmy we dwie - ja litery a córka obrazki. I znowu tuli tuli, cmok, cmok i do spania sio.

Łyknęłam garść leków na przeziębienie i sama wpakowałam się do wyrka swego. A co. W końcu doczekałam się chwili ciszy i wolności i ukojenia
 - A mogę przyjść do ciebie - się wydobyło z pokoju dzieci - chcę się przytulić...
- Pewnie. Sie pytasz!! - tyle razy mówiłam dzieciakom, nie pytać przyłazić, ale widocznie wiedzą swoje. Hm...Że kultura zobowiązuje do pytań!!! Ha, ha, ha...
Młoda przyleciała z bananem na twarzy. Mruknęła kocham cię mamo i po chwili zasnęła.
A ja zasnąć nie mogłam. Odłożyłam książkę i dla odmiany włączyłam tv. Leciał program o internecie. O pułapkach w sieci,  jakie sami sobie tworzymy. Pracodawcy kontrolują pracowników. Łatwo jest wyśledzić wszystko. Jedno zdanie żyje swoim życiem. Co wpadło, nie wypadnie. Internet nie zapomina. Pamięta wszystko. Warto dać się zapomnieć. Nie wchodzić. Odejść. Może w życiu nie ma drogowskazów, ale są znaki. Kolejny znak. Myślenie przybrało na intensywności. A rozważam to od od od.
Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by móc otworzyć inne. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by nie stać w przeciągu, kiedy otwieramy następne drzwi. Stojąc bowiem w przeciągu łatwo można nabawić się kataru. Nie ma to jak zdrowie. A kich. Albo drzwi mogą nam przywalić w głowę. A głowy lepiej nie tracić.
Program sobie leci, myśli sobie płyną..... BACH.
- Co to było? 
- Nie wiem. Może coś spadło?! - mruknął T. Też faceta coś zmogło coś, bo oderwał się od kompa.
- Może. Hm, ciekawe co?
Program sobie leci, myśli  przetaczają się przez głowę  ...Jeeeeeeezzzzzzzzzzzuuuuuuu!!!!!!!!!
-Cholera, Zygmunt nie piszczy! 
- Ze co? - słyszę po mruknięciu mruczącym, że T tracił kontakt ze światem.
- Nosz kurde, kółko nie skrzypi, ty on uciekł!!!
- E ..
Podeszłam do klatki. Klatka zamknięta. Domek pusty. Nigdzie śladu Zygmunta. Sierciuchdał drapaka. W mordę jeża. No nie zasnę i tyle.
Siedzę i nasłuchuję. Wołam. Gwiżdżę. Nic. Zaszył się gdzieś. Skubaniec!
Pierdolca idzie dostać!








wtorek, 26 lutego 2013

s t r a c h

Wieczorem dzieciaki zaczęły pokaszliwać . Uuuuuu, niedobrze. Mnie zresztą też zaczął świat falować. Wieczorne szprycowanie i sen. Może minie wraz z nocą? Oby.

Godzina 6.35, wstaję jak zwykle, codziennie, do znudzenia, klnięcia pod nosem, niewyspania. . Godzina najlepszego snu. Wstaję nie żyjąc. Jakby mi było mało to przeziębienie rozwinęło skrzydła. Kosmos, normalnie.
Wylazłam z wyra. Siedzę i składam rzeczywistość w jeden kawałek. Nie jest dobrze...
Patrzę, a tu jakiś poruszający się cień . Magliny mam!!! Jak nie ryknę zachrypniętym gardłem:
- AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Tak straciłam głos.
A cień przybiegł do mnie. CHOMIK!
Kurde, znowu zbój sobie sam wylazł z klatki! Przyleciał do mnie i myk na ręce. Musiał nieźle poszurać, bo jak dopadł do picia do pił i pił i pił.
Chomik duszę ma-nasz smyk! ha, ha, ha.

Syn wstał, córka nie. Budziła się budziła w końcu zachrypniętym głosem powiedziała:
- Ciężko wstawać.

Została w domu, a Starszy poleciał do przedszkola.

- Ooooo, mgła.
- Nooo, ktoś mleko rozlał.
- Szkoda, że nie mamy wiatraków.
- A co? rozgoniłabyś mgłę?
- Nooo, jak Myszka Miki.

To jesteśmy we dwie w domku. A moja fucha leży odłogiem. Ech.....














poniedziałek, 25 lutego 2013

zaplątanie

Przed godziną dziewiątą rodzinka podrzuciła mnie do chirurga, a sami pojechali do miasta a jakże wielce wojewódzkiego.
Wizyta u chirurga była szybka -zdjęcie szwów i do widzenia. Za dwa tygodnie będą wyniki i mam dzwonić. Wracałam sobie piechotką łapiąc nieśmiałe promyki słońca. Miałam uciechę na myśl co by było gdybym połamała sobie dwie ręce. Ale to by było. Aż strach myśleć hahahaha. Zza zakrętu wyłonił się były mój szef. Dzień dobry, dzień dobry.
_ Niech pani uważa, proszę  iść pomału, bo jest ślisko.
- Oczywiście. Uważam, uważam.
Kurde, oto anioł co czyta w moich myślach. Ahahaha. Doszłam do domu. Kule oparłam o drzwi. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Kurde ! NIE MAM KLUCZY!!!! O ja cię nie mogę, jak?! Brałam je przecież. Opadłam z sił normalnie. T  z matką gdzieś tam i co? I dupa blada.

Same kołki, normalnie.




Zadzwoniłam do T. Dopiero co dotarli na miejsce i nie wiadomo, kiedy wrócą.

- Ale przecież brałaś klucze
- Wiem, ale ich nie mam. Trudno. Poradzę sobie.
- Ty naprawdę trzepnięta jesteś.
- Zaraziłam się od ciebie.

Zadzwoniłam do kumpel. Bezrobotnych, sztuk dwie. Bo robotne to grzeją krzesła czy kawę pija w pracy o tej porze. Okazało się, że bezrobocie szurało po chodnikach miejskich.

- Szlag, hahahaha, że też nie macie spania!

Trudno. Sąsiad z naprzeciwka zapraszał na kawę, ale podziękowałam. Nie będę głowy zawracać. 

Zasiadłam na schodach, muza w uszy, telefon w ręku i jest miodzio. Jak za dawnych szkolnych lat. Tak naprawdę człowiekowi do szczęścia niewiele brakuje. Wow, odkryłam, że w telefonie mam sudoku. O, żesz! A telefon mam dwa lata.Wciągnęło mnie i nagle zrobiła się godzina 11.00. Cudownie. Nadszedł czas, by wyruszyć do kolejnego lekarza. Taki dzień bonusów. I znowu szłam sobie w nieśmiałych promykach słonecznych brechtając się pod nosem ze swojego roztrzepania.
Dotarłam do przychodni. W przychodni jest genialna rzecz- WC!!! WC!!! Wpadłam, co za ulga!!! Ręce trafiły do kieszeni bluzy i........cholera!!!!! mam klucze!!!!!!!! Mam klucze?!!!!!!! Ryknęłam śmiechem. Nie wierzę.

Trzeba być niezłym zakrętasem- by siedzieć pod własnymi drzwiami z kluczami w bluzie. Boże, pomożesz czy jest już za późno?!?!


Zadzwoniłam do mamy, że klucze znalazłam, że były w bluzie. Nie dokończyłam.  Mama  tak zaczęła się śmiać, aż telefon wyłączyła. A chciałam powiedzieć, że nie muszą się spieszyć. No ale to chyba logiczne.

Siedziałam  na kozetce w gabinecie pielęgniarki jak otworzyły się drzwi. Mama?! Nie wierzę. Co mi pielęgniarka wkłuła?! Miały być tylko testy pokarmowe. Niezłą mam alergię, jak mi się na oczy rzuca.
- Dzień dobry, Córki szukam. O jest, czekamy na ciebie. - i cieszy się na mój widok. Cieszy? Ona się śmieje.
- Jest, jest -pielęgniarka potwierdziła mechanicznie
-O cześć, dzięki. - udało mi się wykrzesać z siebie.

T z mamą, jak tylko załatwili sprawę, szybko wrócili do miasta naszego. I choć prosiłam, by nie przyjeżdżali to jednak wpadli do przychodni. Cali uchachani.

- Cała Arte. Oj, córa córa..
- I ja mam z nią żyć?! Po takim czasie to to przeterminowane ani oddać ani wyrzucić bo jednak żal...

Żartowali ze mnie do wieczora....




Poniedziałek zaczął się przepięknie.
A że przyganiał kocioł garnkowi....Wieczorem T. poszedł wynieść śmieci. Tyle, ze zapomniał je wziąć. 










niedziela, 24 lutego 2013

chirurg




Chirurg rzeźnik zrobił mi "chrząszczyki" na nogach. T jak zobaczył, padł:
- Szkoda, ze nie naciągnął ci skóry jak worka ziemniaków i po prostu nie obwiązał. Masakra.



Nogi mam opuchnięte. Ciocia, notabene pielęgniarka, mówi, jak zobaczyła moje giry, ze muszę zrobić coś tam Dopplera. Nie wiem, mam dość lekarzy. Kończę z nimi. Bo się normalnie rozkładam.
Mam dość tych kul. I wszystkiego. Nie znoszę uzależnień. Bycia skazanym na brak niezależności. Zawsze z tego co mnie dusi wychodzę. Z czasem odzyskuję rozum. A potem tracę oczy i znowu coś się wpierdzielam. Ha, ha, 
Oka zresztą o mało co nie straciłam. Córka wychodziła z w łóżka i oparła się ręką o moją głowę. A co tam. Tyle że palec wsadziła mi w oko. No.


Dzieciaki wyszły z łazienki. Myły zęby.
-A ty masz plamę na piżamie - mówi Młoda do Starszego w tonie "he he he he". 
- A ty też, patrz.
- Ale z wody To wyschnie.

- Mamusiu, jak chcę jeździć na rowerku.

- Ja też ale musimy poczekać na wiosnę. 
- Ale tym masz chorą nogę -córcia powiedziała to z taką nutą smutku, że nie  mogę
- Kochanie, ale to mija. Będzie dobrze. Będziemy jeździć na rowerach, zobaczysz. Niech tylko wiosna przyjdzie.
-No a jak będziesz mieć zdrową nogę to będziesz jeździć na rolkach.
-Pewnie. Może z Tobą. Kupimy ci rolki, co ty na to?
-Tak? Dziękuję! Dziękuję! Chcę różowe, Nie, fioletowe. Nie , kolorowe.
Zawsze coś chlapnę i dziecię nakręciwszy się nie chciało iść spać. Magia rozmów do poduchy.
- Mamo, a jak będę mieć urodziny to też będę mieć tort?
- Pewnie, i to taki duży.
- I będę dmuchać świeczki? -radocha, entuzjazm, włożone w każde słowo. Oo, rozkręca się.Ups.
-Jasne kochanie. 
-I przyjdą moi goście?
-Oczywiście
- I koleżanki też. Koleżanki to goście.
 - Jasne, kochanie. To będą twoje urodziny.

Kurczę, córka zabiła marudę we mnie. Entuzjazm wrócił. Jest jak jest i tyle. W końcu i to minie. Są rzeczy ważniejsze. Zresztą marudzić nie mam co. Bo mam na kogo liczyć.


oj, oj ,oj

Córka maluje. Nowy szał. Produkcja obrazków. Pół przedpokoju jest w dziełach, które schną. Nadeszła godzina kąpieli. Zaczyna się:
- Córa do łazienki, czas kąpieli.
- Zaraz, maluję
- Już dostałaś czas dodatkowy, kończ i sio do łazienki!!!
-Nie, bo muszę dokończyć
-Czy ty chcesz żeby mnie trafiło? wiesz ze ze mną nie ma żartów!
-Oj, oj ,oj
Ahahahaaha, rozbroiła mnie więc myślę, ze dam jej jeszcze 5 minut Trzecia minuta:
 - Mamo, skończyłam. Mogę iść się myć.



jubil

Ja się zabijam w kuchni, a dzieciaki malują


Budowa z klocków syna



Dzień był zdecydowanie poszurany. Milion spraw do zrobienia, a tylko parę godzin. Plus moje szaleństwo wynikające z ułomności ciała, które deorganizowało logiczne myślenie. Zaczęłam sobie w ramach ulgi wargować na T. A jak. Każda baba ma zawsze jakiś problem, bo jak nie ma problemu nie jest babą.
W międzyczasie wpadła mama:
 - To co jedziemy?!
T miał mega mocny dzień także i ruchy, który doprowadzają mnie do obłędu. Wyniosło mnie pod sufit. Z łazienki. Z suszarką w ręku. Zawsze w ramach obrony mogę zrobić wichurę i kogoś może wywiać.
Mama z T stanęli w progu zastanawiając się, które kolano mi uszkodzić: czy te po artroskopii czy te po chirurgicznym cięciu. Zabawne, hehehe. No proszę jaka komitywa doskonała. Pogoniłam oboje. Rozbroili mnie normalnie. Wariaci. Wiedzą jak mnie uciszyć.




Potem zamknęłam się w kuchni i straciłam oddech. Nogi weszły mi do głowy. Szlag, kiedy odzyskam swoją sprawność, no kiedy?!!!

Imprezka u mamy. Dotarliśmy na czas co ostatnio bywa cudem. Tort, szampan, potem żarełko i wódeczka. Mama kończyła 65 lat- Jezuuuuu!!!! Nic tylko się napić.



Zadzwonił telefon. Wyskoczyłam do słuchawki, nie mogąc sobie odmówić zrobienia jaj jak przed laty.
 -Dobry wieczór. Rezydencja hrabiny J....S.... Hrabina nie może podejść bo siedzi na kiblu. W czym mogę pomóc? - w tle słychać mamę jak się drze bym przestała, reszta się brechta.
- Arte! Ty głupku, co ty mówisz? hahahahah - braciszek dzwonił, wiedziałam.
- Proszę pana! Jestem służącą hrabiny a nie głupkiem a hrabina już nadciąga. 
Mama zabrała mi telefon stukając palcem w głowę.

- Widzisz jaką masz powaloną siostrę  .......

 Towarzystwo było przednie, klimat jeszcze lepszy. Dzieci zasnęły w pokoju obok, pomimo zapowiedzi, że szaleć będą do północy. Padły po prostu. Zresztą ile można latać i drzeć się?
Sami wróciliśmy do domu. Kiedy odpływałam w łóżku T ryknął, ze po domu lata chomik. Ja piedzielę, co on mówi? Buhahahaha

- Ty chyba myszy widzisz? hahahahaha  Białe myszki buhahaha
- No mówię ci, że  sierciuch lata.
Podniosłam się z wyra, bo słyszę że chłop oszalał, patrzę a na progu pokoju stoi Zygmunt. Stoi sobie na dwóch łapkach niczym surykatka i się lampi cały zadowolony. Jakby nigdy nic.
- O żesz w mordę! Jak?!
- Nie wiem, sam jakoś wylazł z klatki, sprawdzałem jest zamknięta!
Zygmunt pognał w stronę łózka, prosto w moje ręce.
- Ty bestyjko mała jak się wydostałeś?
T odkrył, ze szczebelki z tyłu są rozszerzone. O ty cwaniaku. I z szafki zszedł? Skubaniec. Taki widok po imprezie naprawdę mógłby zabić.





piątek, 22 lutego 2013

fajny gość




Telefon mi ruszył !!!!  Rozmowa ma w sobie moc!!!! I buziak też. Hahahaha, mój cudny tel. Cmok, cmok, cmok.
Naprawdę go lubię. Bo nie tonie.

I dostałam kubeczek. O, taki fajniutki. Od T. A potem mnie zjechał za brak kapci i za zimne nogi.
Kurde, a zimne nóżki niczym przekąska ....



T to fajny koleś jest. No, kurde.



z krzyża zdjęcie



Mama postanowiła zadbać o duszę wnuka i  jakimś cudem namówiła go na Drogę Krzyżową. Po powrocie z kościoła okazało się, ze synkowi nie przypadł do gustu mszalny klimat. Był niegrzeczny, marudzący, płaczący. Full zestaw. Pełna opcja.

- Dlaczego synku tak zachowywałeś się?! co się stało?
- Bo mieliśmy iść na tą, nooooo....drogę krzyży, a nie na mszę.

No i jak matki nie udusić?!
Jak się bierze za coś to należy tłumaczyć. Każda ze stron uniknie rozczarowań. Elementarną podstawą relacji ludzkich jest rozmowa. Mówienie o swoich oczekiwaniach, o tym co będzie etc.
Muszę z matka porozmawiać. Ale po urodzinach.

Córkę "coś" bierze, mnie też. Jeszcze tego brakowało. Ech...






bo tak

Wracam z rehabilitacji, śnieg w oczy, nieprzyjemnie. Z naprzeciwka mija mnie facet na rowerze. Tak jakoś popatrzył, obciął, nogi prawie zaplątał i nagle słyszę za sobą:
- Arte?!
Odwracam się, a to koleś z rowera złazi. Grubo.
- Tak -mówię zdzwiona a procesory palą sie w szukaniu - kto to? skąd?
- Cześć! Jestem K. Nie pamiętasz mnie?
 A mam ? myślę sobie, że kurna, że jak? - impreza? koncert? wtf?!
- No nie Przepraszam, ale jak mi się przypomnisz bedzie miło.
- Bawiliśmy się razem. Jestem synem .......
Sąsiedztwo u babci na wsi. Prawie kuzynostwo. Jezu! Ale i tak nie pamietam, hahahahaha
 - To nie pamietam cię. Pamietam D. i M., .ale chyba mały byłeś hahahah
- No wiesz co? hahahaha. Ale zatrzymałem cię, bo chce wiedzieć co ci się stało.

Rozmowa. Sam  jest po wypadku -czołówka. Wszystko miał połamane oprócz kręgosłupa. 37 lat i rencista, bo krwiak mózgu też zrobił swoje.

 - Kurde, to jak pedałujesz tu i tam to do zobaczenia w parku. Hahahaha, dwie ofiary rodzinne będą się rehabilitować. 

Ale do śmiechu nie było mi. Nie narzekam na los. Naprawdę można mieć gorzej. O wiele gorzej.

Dość często wracam z rehabilitacji  nie pół godziny, a godzinę, dwie. Nie dlatego że szuram nogami, a dlatego, że spotykam znajomych, dalszych, bliższych, ludzi, którzy mnie znają. Miło, naprawdę. Klimat małego miasta ma swoje uroki. Stanąć, pogadać w czasach wilków wydaje się być rzeczą niewyobrażalną, ale jednak istniejącą i jakże cenną.Człowiek bez człowieka dziczeje.
Uśmiechnęłam się na widok grupek ludzi, którzy jak za dawnych lat, zbici w swoje  grona dyskutowali, czekając na wiejskiego dostawcę. Forma sportu, bo przecież towaru nie zabraknie, a facet stoi dość długo na osiedlu chcąc jak najwięcej towaru sprzedać. Ale on jest pretekstem, by wyjść z domu, spotkać się, pogadać.
O swoim życiu towarzyskim nie piszę. Ono się toczy. Jak u każdego. Albo i nie.Nieważne.
Odnotuję tylko fakt- baniak zza kuchennych drzwi znowu jest pusty. Znowu T będzie musiał zapolować w piwniczce swoich rodziców. A mnie  z kolei, dyskusja na temat przechowywania kawy zmusiła  do zanurkowania w googlu.
http://www.przyfilizance.pl/porady/jak-przechowywac-kawe-by-zachowala-swoje-walory.html
http://www.palona.pl/?artykul=82
http://pl.dallmayr.com/index.php?&navID=10
http://forum.gazeta.pl/forum/w,77,98408910,,kawa_ziarnista.html?v=2

I bądź tu człowieku mądry - czy kawę przechowywać w zamrażarce czy też jednak nie?!
---

Dzisiaj to ja wpadłam do mamy na śniadanie. Nie ma jak maminy omlecik, ale czasmi też trzeba porozmawiać bez towarzystwa czujnych uszów.

- Nie wyczyściłaś Młodej kurtki po bananie i wiesz, ze ja to mówię, - opowiada mi matka - a Starszy zwrócił mi uwagę : Mama ma wszystko na głowie, mogła zapomnieć, a co ty myślisz!
- Hahahaha, no co ty? powiedział tak? I dobrze, nie komentuj. 




Pla, pla, pla ....

- Kurde, te zdjęcia z przedszkola to jakiś obłęd. Nie chciałam nic mówić przy maluchach, ale Młoda wyszła jak zmęczona życiem sprzątaczka, znudzona, połamana wiejska baba, a syn jak od pługa oderwany. Obłęd. 
- Co ty mówisz? Fajne masz dzieciaki. Weź przestań!
- Może i fajne, ale jak zobaczyłam te fotki to padłam z brechtu. Czy one są takie brzydkie,  a ja cierpię na ślepotę matki? A swoją drogą ten fotograf to łajza. Nie sztuką jest pstrykanie, ale sztuką jest ustawienie modela. I do tego przekombinował z kolorami. 

Pla, pla, pla.......

Omówiłyśmy menu. Mama kończy 65 lat. Wpadają jej "czarownice", tzn. koleżanki od lat. Pozytywnie trzaśnięte babki. I rodzinka. Będzie tłumniasto. Super!
Babki żyją pełnią życia. Podróże, ludzie, odwieczne szaleństwo. Łapie ich energię. Na przyszłość.

Sześćdziesiąt pięć lat! Niesamowite! W sumie z matki fajna babka, jak mnie nie wkurwia. A ma w tym wyjątkowy dar.  
Ale jak mama nie świruje i jak mi nie odbija - mamy fajny kontakt. Zresztą dzieci patrzą- niech się uczą budowania dobrych relacji i wzajemnej troski. Hahaha, to tak egoistycznie, by samemu nie dostać  miotłą na starość od własnych dzieciaków, hahaha.
Starość lubi mieć bzika, a wiek średni winien mieć wyrozumiałość.
Uczę się, uczę ...

I tak mamę dorwę w kuchni i ugryzę w piętę, jak za dawnych lat. A niech ma!






bunt



Młoda przebudziła się w nocy:
- Chcę pić.
Córcia jest bombowa, grzecznie ze mną maszeruje do kuchni. Wie, że nie mam jak przynieść jej picia. A skakać nie będę. Wystarczy, że za dnia mam tygrysiasty klimat. Pierdzielę kule, mam dość, naprawdę.
- A teraz myjemy ząbki - mówi córka.
Super, że pilnuje się, bo przecież Gwiazda wody nie wypije.
Powrót do łóżka. Oczywiście mojego. Nie ma T jest atak klonów. Zamykam oczy, chcę odpływać, a tu:
- Mamo, a ile to jest 5 dodać  6? - pyta się córka.
- Jedenaście - mruczę.
-A ile to jest jedenaście odjąć sześć?
- Pięć. Kochanie śpij, porozmawiamy póżniej- jejku ją też pogięło?
- Mamo, a ile to jest trzy dodać dwa?
No zaraz mnie kuźwa trafi....

- Pięć. Zaraziłaś się od brata ? I słusznie, bo masz mądrego brata, ale proszę nie rozmawiajmy o tej porze! Litości!
- Mamo -NIE WIERZĘ!!! tym razem braciszek, nagle wybudzony włącza się do rozmowy -a prawda, ze zero razy zero to zero i wszystko razy zero to zero?
No trafi mnie!!!!!!!!!!!!!AAAAAAAAAAAA!!!!!!!

-Tak - mówię już lekko wkurzona, patrzę na zegarek a tam 5.35! - nie! no, zaraz kogoś zatłukę! - A może porozmawiamy o fizyce kwantowej, co?!
- Nooooo - synowi otworzyłam oczy, ze ja nie mogę. Co ja zrobiłam!!! Ratunku!!!- a co to jest, mamo? 
- Jak zaśniesz a potem otworzysz oczy to ci powiem, a teraz spijcie.
JASNENie było takiej opcji.

Eureka!, dzieci mnie obudziły a nie ból! Hura! Już wole takie pobudki, jeśli takowe musza być.

Mama przyszła, bo odprowadza dzieci, a ja pogoniłam na rehabilitację. Dobrze, ze pogoniłam, bo dogoniłam szczęście. Młot prawie po pięcie mi przejechał jak przechodziłam przez ulicę i to wyjątkowo na pasach. Chciałam rzucić za trolem kulami, ale stwierdziłam, ze nie będę się potem po ulicy pałętać by je pozbierać. Jeszcze jeden młot nadjedzie i będzie dupa blada. Fuck!, młot cholerny.
Zadzwoniłam do T:
-Ty wiesz, że jak umrzesz to ja nic nie wiem, za co ile płacić, kiedy, gdzie i w ogóle? Nawet haseł do kont nie znam! Musimy to zmienić!
- Ale dlaczego mam umierać?!
- Bo dureń mógł mnie przejechać i tak pomyślałam o śmierci.
- Ahahahaha,  i ty mnie już pogrzebałaś? Spadaj, bo nie mam czasu.
I się wyłączył. I może słusznie, bo jak gadam to muszę stać, a w nogi przypiździć potrafi. Zwłaszcza jak ma się na sobie tylko dresowe spodenki. Dresiara, a jak! hahahaha.....

W przedszkolu zapytałam się wychowawczyni o córkę. Młoda ma swoje zdanie i wie czego chce. Jak mówi;  nie,  to one z tym nic nie zrobią -córka zdania nie zmienia - nie to nie i kropka.  Czasami bawi się z dziećmi,  a czasami nie ma na to ochoty, więc odłącza się od grupy i sama sobie organizuje zabawę  np. układa puzlle. Jest uparta otwarta, wie czego chce ma charakterek.
Oj, wiem o tym.

Po drodze rozmawiamy. Dzieciaki też mają dość mojej kontuzji. Nie ta mama. Buuuuuuu, ale co mogę?

- Synku, też mam dość. Nawet na zakupy nie mogę iść, bo jak mam trzymać koszyk, zakupy?! - hm, a mam już małą listę książek do kupienia, a jak, tylko jak je w ręce wsiąść jak w ręce kule są.
- Ale małe możemy zrobić, bo lekkie rzeczy mogę nieść, wiesz mamo?! Ja ci mogę pomagać.
- Kochany jesteś! Taki synek to skarb - mówię wzruszona.

No to poszliśmy do sklepu. Po płatki. Urwis kochany.

Synek wpadł w wiek humorów -od anioła po czorta. Jestem mamą najfajniejszą na świecie, i bywam też i najgorszą. Oj obrywa mi się. Nie misiem.


- Synu, idź się kapać, bo zaraz będą Pingwiny. A bez piżamki nie ma bajki, pamiętaj!
- Zaraz, mamo. Tylko kraba zrobię.
- Ok, ale pamiętaj.

Oczywiście nie idzie. Dwa razy przypomniałam mu, ale oczywiście padło nieśmiertelne:
-Zaraz!
Za to Młoda zaczęła krzyczeć, że chce Pingiwny.
-Kąp mnie!!!
Szybki prysznic. Piżamkowo. Tv. Pingwiny lecą. Syn przyleciał. Pcha tyłek przed tv. Hehehehe, hola, hola.
- Nie kochanie. Prosiłam cię byś się wykąpał. Mówiłam - nie ma piżamki nie ma bajki. Proszę, idż i szybko umyj się.
- Jesteś niefajna! Jesteś okropna. To niesprawiedliwe!!!
Dziecię wyje przeokrutnie.  Płacz. Jęk. Normalnie jakbym mu głowę  wyrwała,  serce żywcem zjadła. I na koniec obrzydliwie bekła.  Wyje, strzepi jęzora, ale idzie do łazienki. Konsekwencja jest bolesna, ale skutkuje. Na szczęście woda zgłusza słowa skragi. Nie słyszę, nie uduszę. Niech się wykrzyczy. Ja krzyczeć teraz nie będę. Bo po co? Krzyk zagłusza słowa.  Droga donikąd.
Przyleciał wykąpany.
- Mogę oglądać? Ząbki umyję później, dobrze mamo?
 - Jasne, ale chyba należą mi się jakieś słowa?
Popatrzył.
 - Przepraszam.

Obejrzeliśmy Pingiwny w trójkę, a po bajce wróciłam do tematu. Spokojna rozmowa, wytłumaczenie. No kuźwa - nie chcę być już widzem tak żałosnego teatru. Hahahaha, zapewne do następnej akcji jak się narażę szanowanemu panu. Albo szanownej pani. Bo pani też niczego nie brakuje.



środa, 20 lutego 2013

K jak ....

Narada- chcemy by przeszła cała grupa.  Zobaczymy jak szkoła jest otwarta na sugestie i prośby rodziców.
Grupa jest zgrana, mocna, pozytywna. Jak rzadko kiedy. Przedszkolanki są ZA.



 Mój telefon znowu wpadł do kibelka. Ja pierdzielę.
Tym razem zdążyłam wodę spuścić... .:P



bo woda była za czysta


Blada kurza twarz. Buuu, lubiłam go. Trudno. Może pogadam do niego to się reaktywuje?!
Ale czas zmian nadchodzi.

Hm, wezmę sobie tela z Hello Kitty, polubiłam tego kociaka po przeczytaniu tego artykułu:

http://www.gloria.tv/?media=386731

Zresztą, z telem nie mam co szaleć, jak widać.

K-jak kanał

K jak kibelek.

Hm

K -11 litera w alfabecie

11 przykazanie:  Kurwa, uważaj.






prasowanie

Prasowanie jest tą czynnością, która zabija bądź uwalnia proces myślenia.
Tak sobie myśłałam o synku i jego fascynacji liczbami. Pomyślłam też o sobie.
I tak sobie pomyślałam, ze może synek wymyśli domowy sposób na odsysanie tłuszczu.
W końcu wszystko da się sprowadzić do liczby, i wszystko podobno składa się z atomów. Kurde, a na pewno istnieje zapis matematyczny atomów!
Neciu, neciu i mam!
Występujące w atomie elektrony znajdują się w ściśle określonych stanach. Stany te są określane przez liczby kwantowe. Wyróżnia się cztery rodzaje liczb kwantowych:

 Kabina prysznicowa spełniałaby formę domowego gabinetu odnowy biologicznej. Żeby oddessać tkankę trzeba poluzować atomy, a potem odeseparowaną grupę zdetronizować.

Szybko, pięknie i bez bólu.
Hm, poluzowanie atomów człowieka byłoby wstępem do przeniesienia się w czasie albo teletransformacją.
Tylko trzeba od nowa dobrać się to teorii Einsteina, hahahahahaha

Jednak wiele istniejących teorii pokazuje, że nie można ich wykluczyć. Szczególna teoria względności czy ogólna teoria względności (obie autorstwa Alberta Einsteina) pokazują, że odpowiednie geometrie w czasoprzestrzeni albo szczególne rodzaje ruchu w przestrzeni kosmicznej mogą umożliwić podróże w czasie, jeśli spełnione zostałyby odpowiednie przesłanki. Obserwatorzy zauważają jednak, że fizycy formułując swoje teorie, unikają używania fantastycznej terminologii, dlatego rzadko odnajdziemy w ich pracach pojęcia takie jak: podróże w czasie czy wehikuł czasu.

No, kurczę .....


; P




Yin i yang!


Wszystko fajnie - ale ład i spokój ....u nas?! Hm......chyba po transfuzji krwi i to obojga:)

Wczoraj byliśmy na spotkaniu informacyjnym w szkole. Dzieci zwiedzały sale, a nam przedstawiono ofertę edukacyjną. Piękne słowa i idee. Zobaczymy "w praniu". 

- Chce sam chodzić i wracać do szkoły! -stwierdził po raz n-ty  Starszy - to siara być odprowadzanym.
Proszę, proszę, dwa zęby kolesiowi wypadły i wyrosła bestia. A zaczyna cwaniakować, oj.

Synowi spodobała się szkoła. On już może iść, bo przedszkole jest nudne. A rok temu?
- Szkoła jest głupia, chce do przedszkola.
Nie chciał słyszeć o szkole. Ani słowa. Nie i nie i nie!!!! Kategoryczne NIE! no NIE i już!!!

A co by było gdyby musiał pójść?! Może zaadoptowałby się, a może zraził. Nie wyobrażam sobie, by dziecku fundować jazdę emocjonalną w imię obowiązującego prawa. 
Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać.
Córka niestety nie będzie miała wyboru.

Dzisiaj mam kolejne spotkanie, tym razem w przedszkolu. No mega. Ale jestem karnym rodzicem- grzecznie chodzę jak trzeba. 
Przy okazji ustalimy z matkami czy chcemy, by nasze dzieciaki poszły w swojej grupie do jednej klasy.  Dyrektorka szkoły mówiła, że weźmie to pod uwagę, jak zapiszemy kto z kim chce być, aczkolwiek z doświadczenia pedagogicznego nie poleca. No, ale w końcu całej grupy przedszkolnej nie chcemy przenieść. Jest ich tylko 7 wspaniałych.
Fakt, że dzieciaki szybko potrafią się zintegrować, zaprzyjaźnić, ale skoro już w domu zaczyna się:
- Ja chce być z .........(i pada lista imion)
to co można zrobić?!
I syn nie jest wyjątkiem - jest 7 takich głosów!!! Trudno być głuchym. Więc w swoim gronie zrobimy za i przeciw. Narada druga-tajna.

Rozmawiałam z synem na temat zajęć szkolnych. Nie chce zajęć sportowych,
- Że co? Kopać pilkę? To głupie.
 Ucieszył się, za to, że liczenie będzie. 
Kurde, zamienił się w synka tatusia!!!! Kiedy?!!!
- A wiesz, ze jest liczba kwadrylion? Tata mi mówił.
Matematyka matematyką, a sportu i tak mu nie daruję. Nie ma takiej opcji.
T stanie będzie mózgiem, a ja ciałem. Nauka i sport. Idealnie.
T jest umysłem ścisłym, a ja ....bajki mogę opowiadać.
Yin i yang!


Wczoraj dzieciaki zagadałam do snu.  Na prośbę synka o Himalajach i o Yeti na prośbę córki.
Nic tak nie zabija jak niewinne, dziecięce -dlaczego? Potrafią tym zaplątać zwoje w jeden supełek. Aż do oblania potem. Jak na ringu - grunt to opanować sztukę uników. By nie paść znokautowanym"daczego".


Rano dzieciaki znalazły powód do wydarcia ryjków, co uczyniły to z pewną radością w głosie:
- Ja to znalazłem pierwszy!
- Nieeeeee!!! ja  to znalazłam pierwsza!
- A wcale że nieeee!!, bo jaaaaaaa!!!!!!!
-NIIIIEEEEEEE!!!!!! JAAAAAAAA!!!!!!!!
- Nie klóć się zasmarkana marudo!

Zasmarkana marudo? -nowość.
To sobie potrzeszczeli. Nie doszło do wojny to nie wtrącam się.

A mi za to potrzeszczało w kolanie od kolejnych ćwiczeń. I zatrzeszczało z bólu.
Mam dość. Chcę swobody ruchu!
Kiedyś jednak skończyć się to musi. O! Zimie podrzucę kule, jak będzie odchodzić.Niech idzie sobie z nimi gdzieś.

Znajomi twierdzą, ze nie dane mi będzie umrzeć śmiercią naturalną. No nie wiem, nie wiem. Zakrętasem jestem, ale z dużą dozą szczęścia. Pożyjemy zobaczymy. Ale i stąd ten blog. Piszę, póki żyję.
Ha, ha, ha...
I to rękoma! A nie nogami! Zawsze może być gorzej, więc dobrze jest jak jest.






wtorek, 19 lutego 2013

next level

Co tu dużo mówić:



JEST! JEST! JEST! - lewa noga schodzi coraz niżej, coraz swobodniej. 

Poczuć z siebie dumę- fajna rzecz. I nie ma co dumać, tylko trzeba siebie doceniać. Choć bez przesady. Równowaga musi być, by nie oślepnąć. "Ślepi" ludzie depczą po innych ludziach.
Czasami lepiej nie przekraczać granic, czasami lepiej zachować dystans.
Zachować dystans, by nie pogubić sie w manii. Bo mania ma wiele imion i twarzy. Z manii łatwo wpaść w matnię. A w matni oślepnąć.
Z czlowiekiem jak z autem- co z tego, że maska wydaje sie być idealna skoro silnik zesputy? Daleko się nie zajedzie. Niestety.
Warto więc pielegnowac i cialo i duszę. W pokorze.

Dystans do świata, a zwłaszcza do siebie zapewnia swobodne spojrzenie na świat. Radość istnienia, bez cienia. W cieniu chowa sie wiele dziwnych potworów, które czynią z nas potworaków. Choć w lusterku tego nie widać. Podobno. Więc tacy ludzie przeglądają sie w oczach innych ludzi. Patrzcie- jestem ech, ach!!!! Hm,....mania, zarośla wybujałego ego. Matnia. Óślepienie.

Umiejętność zdrowego balansowania jest trudną sztuką, tak jak poczucie humoru. Ale warto nad nią pracować. I pewne rzeczy sobie uzmysłowić. Dla siebie, dla dzieci. 



Artykuly niczym nitka do konstrukcji wychowania. Warto swoją duszę wciąż uplatać, bo przecież wciąż się rozwijamy, ewoluujemy.
Kolejny level- samoświadomość, autonaprawa i jazda bez trzymanki. Sztuką jest nauczenie siebie lekkości bytu.
Warto zachować dystans wobec świata, by zachować dystans wobec siebie. By tej sztuki nauczyć dzieci. Lepiej się żyje.
Bez emocjonalnych pierdów.



Zaszalałam. Kupiłam poduszkę sensoryczną. Jaka kapitalna rzecz na udręczone stopy. Masażyk i rehabilitacja. Fajna rzecz także na kręgosłup. Skoro tyle siedzę przed kompem, to warto i o tyłek zadbać.

Poduszeczka, piłeczka i doginam się. Niedobrze, gdy ubrania uwierają. To znak odwrotu. W życiu wszystko jest znakiem (...) Wszechświat przemawia jednym tylko językiem, mogą go rozumieć wszyscy, tyle, że wszyscy o nim zapomnieli- Paulo Coelho - Naucz się szanować znaki i iść ich śladem.
Odstawiam słodycze. Klamka zapadła.
Nie chce mi się zmieniać garderoby.
Hm, a może wypadałoby  przejść na ciuchy "starszej pani"? Przecież wchodzę w poważny wiek, hahahaha. Sweterki zamiast bluz. Czas dorosnąć, proszę pani.
Ale czy warto?!

Z rozmów przeplatanych rozmowami dopadło mnie:

Mniej internetu-więcej ruchu.

Uchu, uchu, uchu ...oby nie do lodówki.






















poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






o worku

Życie jednak nie trwało za długo. Czas wspólnej zabawy został zakłócony przez brak swobody ruchu. Nie znoszę ograniczeń. I trafiło mnie. Ta kontuzja dobija mnie. Masakrycznie. Zawiesiłam pysk na płocie "jest do dupy" i poszłam się zaszyć. W książkę.
Walka kogutów- obrzydliwość. Ale każda kultura ma coś na sumieniu.

Popołudniu wpadła rodzinka. Rodzinka przyjechała w sobotę i zatrzymała się u mamy. Pędzą znad morza w góry. Przystanek -my.

- Cześć kaleko rodzinna. kiedy przestaniesz się psuć?W góry musimy jechać.
- No to dawajcie mi ten wór!!!
- Wór? Jaki wór?!
- Noooo, wór szczęścia, hahahahaha. Nie przywieźliście?!

Fajni ludzie. Spotkaliśmy się 4 lata temu nad morzem  i  do tej pory miłość wzajemna trwa. Widzimy się gdzieś na wakacjach. Nowa tradycja stała się starym zwyczajem.Więc starym zwyczajem może i tym razem spotkamy się na szlaku. Wujostwo rzekło, że koniecznie musimy temat przemyśleć, bo jestem motorem napędowym i ich przegonię. Jasne, hahaha. Najlepsza opcja - razem na 2 tygodnie. Pole biwakowe obowiązkowo! Kusząca wizja kuszącego towarzystwa.

Starszy wpadł w opętanie. Dostał tela i pyka. Nie miał czasu by  pożegnać się z wujostwem. Nie oderwał głowy, ani oczu od gry, a grając jedną ręka wystawił drugą na "cześć", a potem nadstawił policzek tzn przechylił głowę i "całujcie mnie". Zero zainteresowania światem- wsiąkł w grę.

Bez oderwania głowy - zegna się. Głowa otrzymała kazanie


- Hahahaha, ale agent - uśmiało się wujostwo -jak nasz wnuk.

 No tak, miły jest, w końcu mógł w ogóle nie wyjść.

Do zobaczenia za 2 tygodnie!




niedziela, 17 lutego 2013

o! :)

Obudziło mnie:

- Ja chcę jeść!!!

7.30 - ja się zabiję. Drugie pisklę tez otworzyło dzioba mówiąc, że chce pić.
Poranek niedzielny tym razem należał do mnie. T wrócił z koncertu Bóg wie o której, niech śpi.
Lubię spać jak nie muszę robić nic.
No nic.


Świetna wiadomość z rana.

http://kultura.onet.pl/ksiazki/artykuly/trudy-dojrzewania,1,5421708,artykul.html

Zapomniałam o tym gościu, a Middlesex - rewelacja.


Młoda domaga się komputera. Chce grać. Aha, po moim trupie. Świat gormitów, jednorożców, księżniczek i atakujących zamek miśków czas wdrożyć. Lubię się bawić. I słuchać śmiechu dzieciaków.
To jest życie.







sobota, 16 lutego 2013

potworzasto



Wieczór. Córa, nie dość, że wlazła mi do wyra to na dodatek zażądała mojej obecności. Próbowałam się wykręcić ćwiczeniami. A ona swoje:

 - Możesz tutaj ćwiczyć. Mamo, pokaż potwora - i zaczęła się chichrać.

Cwaniara.
Młoda  na moje kolano mówi potwór, po tym jak do śladów po zabiegu, które wyglądały jak oczy, domalowałam resztę twarzy. I zaczęło się...


Nocne straszenie koszmarnym kolanem






kawowo


JEST! JEST JEST! Mogę rowerek zrobić i nie zapłakać się. Trala la la




Nie wierzę. Każdy ma smak swojego sukcesu. Ja mam powyżej skarpetkowy. Delektując się nim nie mogę zaprzestać machania nogami. Jaka radocha. Nie wierzę. Radocha dopóki nie powali bólem. Ale przecież większość zwycięstw poprzedzone jest cierpieniem. 

A to będzie wyzwanie :)
Model kiepski, ćwiczenie niezłe. Bo skoro już piłkę mam to pójdę za ciosem.



Kiedyś. Ha, ha, ha ...

Kurczę, muszę się wziąć za ogół. Dzisiaj wyszłam z dresów, założyłam spodnie i ....zatęskniłam za dresami. One nie są aż tak przygniatające. I nic się nie wylewa. I są takie wygodne.
Ale krówki kupiłam. A co tam. Power musi być. Do redukcji. Rekonstrukcji. 

Wieczorem też miał być power. Ale gucio. T idzie na koncert beze mnie. Rodzinka wpadła do mamy, więc zostaję z dziećmi. A niech chłop korzysta, póki kuleję. 

Dzieciaki ogarnął szał maskotkowy. Kiedyś maskotki były większe od dzieci. A teraz czas zmienił proporcje. Są na równi.



Na dobranoc dzieciaki padają ze śmiechu - Świat Małej Księżniczki. Super.Też lubię.



_________


Kawa luwak najdroższa na świecie. Za kilogram płaci się 1000 euro. Nieźle jak na nasiona wyciągnięte z kupy cywety. No kurde, za przepalony odchód tyle płacić, nooooo .... świat jest jednak szalony.


Jak się okazuje to ludzie dla poszukiwania wyjątkowego smaku kawy grzebią też w kupach innych zwierząt


Warto jednak podróżować, choćby przewracając strony książek. Choć tyle. Choć lepiej nie wiedzieć o jedzeniu w dzisiejszych czasach za wiele.

A ja wciąż coś odkrywam. I wciąż życie mnie zaskakuje.
Dzisiaj np. spostrzegłam, że dwa kwiatki mi odeszły. Na amen kaput. Kurde, a tak starałam się. Znowu nie wyszło.
Ale chomik żyje. Jeszcze. I ma się dobrze.

- Mówiłem ci, ze są kwiaty, które częściej się podlewa niż kaktusy. Nie wystarczy raz na tydzień.

Mądraliński lubi się "powymondszać", a telem się nie zajął. Ech, życie...




piątek, 15 lutego 2013

katastrofa

Odnotowując fakt:

http://wiadomosci.onet.pl/wideo/ziemia-o-pietnascie-i-pol-minuty-od-katastrofy,115206,w.html

zastanawiam się:
Kto rzucił kamyczkiem?
Ciekawe w co celował.








Ganesha

Opętani grami. Siedzimy w kuchni przy kawie, przy planszy. Magia czasu, który stanął. Czas wspólny- magiczny po prostu. A do tego walka umysłów. 



 - Nooo, Starszy, zajmij się swoimi grami! -Młoda nie wytrzymała komentarzy brata, który wciąż ją instruował. Oj, Młoda nie da sobie w kaszę dmuchać. 

No pięknie, dzieciaki grają a ja siedzę w książce. Stare i nowe czasy zderzyły się na kanapie. Technika kontra literatura. Ja wam dam dzieciaki, ale nie teraz. Technika potrzebna, ale bez wyobraźni to tylko zamuła. Więc dzieciaki mus odmulić.
Siedzę i czytam. Wędruję po Bali. Skoro za oknem śnieg tu uciekłam na wyspę. 


 Blondynka na Bali - Beata Pawlikowska

Panowie ofiarowujcie swoim kobietom codziennie świeże kwiaty -ułaskawia bóstwa i demony :)))


Ganesha, słoń ...trąba do góry to szczęście. Hm ...



Źródeł słoniowego amuletu można się dopatrywać w hinduizmie. Powszechnie czczone bóstwo o głowie słonia, noszące imię Genesha to syn Sziwy i Paratwati. Hindusi uważają go za boga przynoszącego szczęście i możliwości.


No proszę ....znowu hinduizm. Ech...

A ja mam swoje "tłuściochy". Czy chcę czy nie chcę. Ale już chcę. 




Choć facet to też coś ma z Geneshy.
Trąbka do góry uszczęśliwia.
Dobry facet to bóstwo.
Znowu magia wkracza w życie.





cud?




Poranny spacer na rehabilitację wszedł mi w krew. Fajnie rano się przejść, poćwiczyć. Powrót  i śniadanko. Śniadanko bajecznie smakuje po spacerku. Ale dzisiaj nic z tego, jeden kęs, przepakowanie plecaka i wymarsz do lekarza. Zaprzęgłam się w kule. Wyszłam. Jezu, jak późno. Kule za mną nie nadążały. Słuchawki z uszów też wypadały. Popędziłam.

Spotkanie z białym kitlem.

- No pięknie, jest poprawa, czasami jednak pacjenta trzeba ochrzanić.

Radocha wielka, aż uszy zatkało. Do uszów jednak coś dotarło, coś takiego zlepione w całość:

- Widzi pani, a niektórzy przyjdą i co myślą, że się pokaża i co? Potem jak niesprawne kolano to nie wiadomo co z nim zrobić. Za późno na ćwiczenia, nie ma jak wiązadeł wstawić. Pani musi ćwiczyć, potem zobaczymy. Pani nie ma wiązadeł. Więc trzeba wyćiczyć i potem zobaczymy co dalej. Jak kolano bedzie uciekać ponowna operacja.

Że co?!!!!! Że co???!!!!  Że co ???!!!!
Nie chciałam się pytać, myśleć, psuć cudownego nastroju. Jest postęp, jest dobrze, bedzie coraz lepiej. Mówił o innych, nie o mnie.
To nic, że boli. To nic, że co noc o 4 nad ranem budzę się z bólu. To nic. To przejdzie wraz ze zginaniem.
Ja przecież wiem i czuję, ze jest coraz lepiej. Fajnie, ze biały kitel też to zauważył.
Idę ćwiczyć.
Wyjdę z tego.
Zawsze wychodzę z opresji cało.


czwartek, 14 lutego 2013

Syn gra na komputerze. Kolejny raz nie przeszedł etapu.

 - Czy ja płacze? Nie płaczę. Łzy mi tylko lecą.

Padłam. Rzucił tekstem, nie łzami.

Wyrabia sobie charakter.

z jajem życie musi być

Z samego rana przyleciała mama. Z torcikiem. Dla nas.






I dostaliśmy po aniołku.
- Niech aniołki chronią Was. Ciebie, Arte, szczególnie...




***
Zasiadłam w fotelu.  I pomyślałam. Zebrałam fakty do kupy. A z kupy wyszła historia. Historia, której nie chcę opowiadać. Bo jest z kupy.
Pomyślałam, powiązałam.
Za dużo pecha w mym życiu, za dużo dziwnych rzeczy, znajomości, niepokojących snów.
Analiza.
Zbieg okoliczności?
7 lat chudych?
Urok?

"Jeśli niesprzyjające zjawiska powtarzają się, ciągle wszystko idzie źle i nawet to, co według wszystkich znaków powinno się udać okazuje się porażką – być może ktoś rzucił na ciebie urok. Tak twierdzą wróżki, które z urokami mają do czynienia na co dzień. Klątwy rzucają ludzie źli, zawistni, ale jednocześnie bardzo silni. Mają wpływ na życie drugiego człowieka i chcą je zniszczyć. Z zazdrości albo z zemsty. Zawsze znajdą powód do czynienia zła."

Aha! Mam!

A jednak!
W necie jest wiele podobnych historii. Uf, nie świruję. Są tacy ludzie źli. Nie wiedzieć czemu.
Trudno. Nie moja broszka. Moją broszka jest życie me. I bliskich.

Ok, spokojnie Arte - jak się coś rzuciło, można wyrzucić. 

Czytam więc dalej - jak uwolnić się od złych sił. No bo kurde ile mogę być ofiarą?

MAM!!!!

Jajko! w nim tkwi siła! Czytam - jajko należy umyć, wysuszyć, ktoś powinien robić kręgi nad głową, potem po kręgosłupie jajem pojechać.....Po skończeniu oczyszczania głowy, przeciąga się jajkiem wzdłuż kręgosłupa – poczynając od kości ogonowej, a kończąc u podstawy czaszki. Następnie zatacza się spiralne ruchy jajkiem z góry na dół do momentu, aż osoba oczyszczona poczuje wyraźną ulgę.
Ulala.
Jajo, jajo ....myśli toczą się jajami. Po jaju. A ja jaj!
To dość intymne. Kość ogonowa.
Intymne .......jajo ....intymne ........jajo.
Jajem toczą się myśli me.

MAM !!!!!!!!! skoro mają być jaja .....



 - T. zostanie szamanem mym!!!! Szeptuchem .....

Niech szura jajkami po mym kręgosłupie.


Walentynkowy taniec na przegnanie zła. Bo w końcu co nas może uratować jeśli nie miłość. Prawdziwa miłość. Bez zła. Za to z jajami.







środa, 13 lutego 2013

PECH

Pech trwa. Albo urok. Już sama nie wiem.  Mój telefon wpadł mi do kibla! Utopiłam własny telefon we własnych sikach.
Bezruch jest najlepszy dla mnie.

Buuuuuuuuuuuuuuuuuu

13-ty, mać jego!!!!!!!!!!!!!!!

o marzeniu

Powoli, powoli. Podobno wszystko mozna wyćwiczyć. Najpierw doprowadzę kolano do aktywności, a potem zajmę sie mózgiem. Nie wszystko naraz. Bo się poplącze.


Marzenie? Kopnąć się w tyłek.

bąk

On puścił bąka:
- Kochanie, przepraszam, nie ruszaj kołdry, bo się potrujemy

Po paru latach:
 - Wąchaj zapach pana!!!!



Opowiedziałam T tą krótką alegorię obrazującą rozkład małżeństwa.
Normalnie rozkład po całej linii: rozkład ciał, rozkład związku, rozkład partnerstwa.

Powiedział, ze mam zepsuty mózg.
Nawet pogadać sobie nie mogę.

Prrrrrrrrrrrrrrrrr...........niech wie czyj jest teren!!!


Żartuję.

wtorek, 12 lutego 2013

o boskości




No i wściekłam się. Gorzej, bo tupać nie mogę.
T wyszedł. Poszedł sobie. Gdzieś. No i dobrze. Niech znika mi z oczu.

"A idź do diabła.. Ruch ci nie zaszkodzi, hehehehehe"



Wrócił.
No i dostało mi się!





sik




Poranek. Budzę syna gilgotkami. Straszne ma i strasznie ich nie lubi. Lepiej działają niż kubeł zimnej wody. Oczy otwarte.
- Mamo, cześć, przestań.
 - Co ty? spociłeś się? Piżamkę masz mokrą.
- Nooooo
- Serio?
 - Noooooo, wymienimy piżamkę?
- Pewnie. Wieczorem. A teraz wstawaj
Syn wstał. Materac też mokry?
- Chyba  się zsiusiałem, przepraszam.
Z T zeszliśmy ze śmiechu. Bo komu nie przyśniła się wizyta w toalecie? Ja wciąż pamiętam swój sen czując zimno deski sedesowej i  ulgę, która poszła, ale w łóżko. To sobie powspominaliśmy wpadki senne. Syn popatrzył jak na wariatów.
- No co jest chłopie? Zdarza się, hahahaha. Szoruj pod prysznic.
Młoda wstała.
- Dlaczego Starszy myje się?
- Bo się zsiurał do wyrka.
 - Jak małe dzidzi?  - i zaczęła się śmiać.
No a komu to się nie zdarzyło? Sen realny. Siada się na kibelku, sik,  ........i prosto w wyrko!!!!

Na rehabilitacji przeszłam piekło. Masakra. Doginanie nogi, masaż. Dobrze, ze przed wyjściem zaliczyłam wizytę w toalecie, bo mogłoby być kiepsko. Akademia Pana Kleksa. Kleks w majtach. Brrrr......

Swoja drogą byłoby, hahaha, co za rodzina oszczanoobsrana........hahahahaha.

Poszukałam pocieszenia w szafce. Kurde!!! kto wyjadł czekoladę?cukierki?!!!! Nie wierzę!!!! Zostały tylko marne resztki.
To tak wygląda odchudzanie w wykonaniu T? Zejście do podziemi samotności, wpierdzielanie w konspiracji. O ty!!!!! Plan zemsty w toku obmyślania. Powiesić za jaja to mało.
Pomyślę w tym w czasie gotowania.  Nóż w ręku inspiruje. Idę czynić obiad - mamusia z sanatorium wraca. Niech ma na powitanie talerz ciepłej zupy niczym bochen chleba z solą. Nie będę taka.
Czas na zło jeszcze przyjdzie, hahahaha........






poniedziałek, 11 lutego 2013

porankowo

Szokujący poranek dla dzieciaków. Trzeba wstać! Godzina 7.00. Godzina zapomniana. Nieludzka. Dzieciaki wypadły z dawnego rytmu - pobudka była o 6.30 i pól godziny na wszystko: ubranko, siusiu i zęby. Całkiem nieźle sobie radziły. Wszystko trafiło po moim wypadku.Nastąpiła odwilż.

Słowa: wstawajcie, pobudka! -uruchomiło marudzenie, jęczenie, umieranie. "A ja nie chcę" goniło "a ja nie chcę". A mnie gonił pośpiech - czekała na mnie rehabilitacja, lampy, godzina umówiona. Co jak co, ale nie znoszę się spóźniać.
Pobudka otworzyła dzieciakom oczy, ale uczyniła ich głuchymi. Ani prośby, ani żarty ani zdecydowanie w głosie nie docierało do żadnej z półkul mózgowych. Nic! Piana na pysku zaczęła mi się toczyć.
Byłeś siusiu? Byłaś w toalecie? Ząbki umyte? Milion przypomnień przeplatanych z odwiecznym "zaraz", "za chwile", "nie chcę", "nie umiem" ", "a muszę?"

Potrafię być cierpliwa, ale i potrafi mnie trafić. Ułomność natury ludzkiej w całej okazałości. Niestety.
Dzieciaki chyba wyczuły, że rodzi się we mnie bestia. Pozbierały się jęcząc w klimacie, "przedszkole jest głupie, my chcemy być w domu". A ja liczyłam do 10-ciu, mruczałam coś pod nosem: Kobieto, lajt, to są Twoje ukochane misie, lajt, luuuussss.......

Jakoś udało się przebrnąć przez pierwszą część tego dramatu.
I nadszedł ten moment. Moment wyjścia. Akt II -Moment wkładania butów. Moment w którym wszystko pękło.
W córuniu obudziła się baba. Rasowa baba.
- Tych nie chcę, chcę tamte - zaczęła jęczeć i kopać niechciane buty dla wzmocnienia swojej awersji wobec nich.
- Ale tamte są za małe na ciebie, wyrosłaś z nich, paluszki będą cię boleć - wycedziłam, kurde, że też ich nie wyniosłam, grrr -Nie kop butów, to nieładnie. Uspokój się, PROSZĘ!.
- Nie, nie są! Chcę te!!!  Są dobre. Chcęęęęę.....
I buuuuuuuuuuuuuu. Płacz. Histeryczny.  I nie daje założyć sobie butów. A tamte naprawdę są za male.
Parę minut przepychanek słownych i tłumaczeń. I nic. Kolejne parę minut minęło. W sumie minęło już od pobudki prawie 60 minut! Godzina!!!! Syn w tym czasie nagle zapomniał jak ubiera się kurtkę. Gdzie czapka? Poza -a w ogóle o co chodzi? Mamy iść?! Bunt w full wersji.
"No pewnie, dawaj synek czadu, bo co? bo tylko Młoda ma świrować". Zęby zaczęły mi zgrzytać.
Zagotowało się we mnie. I nie puściło.
Niestety.
Mogłabym powiedzieć, ze jestem tylko człowiekiem. Że w każdym jest jakaś cząstka zła. Ot taki mały granat. Który wybucha, gdy ciągnie się za długo za lont, za zwój nerwów, jeden kłaczek. I buch. bach. Eksplozja.
Nie uderzyłam Młodej, nie, nie, nie. Ani syna. Ani T.
Podniosłam,a raczej wyrwałam z podłogi aż pod sam sufit swoje słoneczko małe, które zamieniło się w małego potworka i jak nie ryknęłam:
 - Cholera, czy ma mnie w końcu szlag jasny trafić? CO?????????????!?!!!!!!!
Córka wpadła w większy płacz, ale ubrała buty. Syn nagle znalazł wszystko i nie miał juz żadnych problemów.
Ludzka twarz to twarz i bestii. Cholera, a myślałam, ze jakoś udało mi się opanować opanowanie.
Aniołem nie jestem. Niestety.
Są granice, których nie powinno się przekraczać.
Szlag.
Pozostaje niesmak. Nie zmieni go nawet pasta do zębów.
Ataki złości rodziców pamiętam jak dziś. Wiem jak krzyk boli.
A jednak emocje poszły swoją drogą.
A kiedyś człowiek dzieckiem był.
Kochana mamusia wyszczerzyła kły. A nie tak powinno być.
A jednak ...
...ja też muszę opanować poranki od nowa.
Czas na ponowne oswojenie.



Powrót do życia. Gonitwę czas zacząć.
Na lajcie.
Luz.
Bo nie ma co gonić.