czwartek, 31 stycznia 2013

teksty syna

Syn miał dzisiaj dzień słowa.

- No i kto jest najlepszy, co?! no kto?! Najlepszy jestem, no nie? -wykrzyczał synek z radości, kiedy
dzięki jego podpowiedziom przeszłam na kolejny poziom w gierce. Fakt, niezłą kombinację wykombinował.

- Kocham chomisia. Jego kocham tak, tak ....tak jak ciebie -powiedział Starszy, po czym próbował chomika nauczyć siadania na krześle. (Zaprotestowałam).

- Nie będę jeść marchewek, bo wczoraj po nich miałem kiepski nastrój - powiedział syn. Teraz wiem co przyczynia się do obniżenia samopoczucia.



A przy kolacji był istny szał -strzał i jeden wielki śmiech, jak zwykle. Tym razem padło na " co ?".

- Co?
- H2o
- Co?
- Miś gogo
- Powiedz  co?
- Skarpetka w zoo
- Co?
-Hipcio
-Mamo, powiedz co?
-Co?
-Kocham cię - powiedziała corunia, wow.
- Powiedz co?
- Małpa w zoo siedziała na palmie -zaczął synek co dokończyłam:
-I czuła się jak w wannie 
brała kapiel tlenową
i czuła się bombowo

Aaaahahahahahahahaha

Dzieci - są takie śmieszne. I tak niewiele potrzeba im do radości.
Mnie też.
Trzy.

W trójce zawiera się wiele.

wiara, miłość, nadzieja
niebo, ziemia, piekło,
narodziny, życie, smierć
Bóg, Jezus, Duch św.
T, Starszy, Młodsza
i
"Kocham cię, mamo"
"Kocham cię, mamo"
"Kocham cię, wariatko"

Trójka- esencją życia.

Życie, kocham cię.

Ha, ha, ha.....



dzieła






Chomis

-autor: syn




Królik 

-autor: córka.







zawirowania




Młoda przybiegła krzycząc:
- Wstajemy!!! Ptaszki śpiewają za oknem, podnosimy rolety do góry!
 - Ale to ptaszki wstały a my możemy spać.
 -Nie, nie możemy, Wstajemy!!!!!!!
 Energia dziecka kontra zastygniecie starczych kości. Bez litości, serca, zrozumienia. A potem budzik dobił.

Musiałam stawić się na wezwanie do pewnej instytucji. Wchodzimy do głównego budynku, pytam się ochroniarza, gdzie jest ten pokój.

- Musi pani stad wyjść, tamtędy przejść do drugiego budynku i wejść na pierwsze piętro.

Więc w tym deszczu, po tych resztach śniegu idę o kulach. Poranny spacer pełen schodów.
Drugi budynek,o jest winda i pierwsze piętro a na drzwiach pokoju kartka - W dniu dzisiejszym prosimy udać sie do pokoju nr ...w głównym budynku.

O w mordę!

 - Jak kiepski żart - mówię - hehehehe. Lem się kłania, obłęd pokoi i korytarzy, matrix urzędniczy, nie mogę...i jak ma mnie szlag nie trafić?

- Proszę iśc za mną, pokaże pani łącznik do głównego budynku, będzie prościej i nie będzie pani moknąć. -za plecami naszymi pojawił się ochroniarz

 - Dzięki wielkie.

Byliśmy pod wielkim wrażeniem. Oto w urzędzie spotkaliśmy człowieka. Więcej - spotkaliśmy pożytecznego ochroniarza. Pierwszy cud dnia. Cudownie.
Potem okazało się, ze nie musiałam przyjeżdżać -mogłam zadzwonić, przesłać dokumentację. Jasne i naskrobać marchewek do zupy.

Mieliśmy dylemat, hahaha - miejsca parkingowe - miejsca dla inwalidów - hm, w końcu mam problemy z poruszaniem się i to widoczne, ale nie stanęliśmy. Ciekawe czy wolno czy jednak obowiązuje papier.
W moim przypadku jest to jak kuszenie losu-obym jednak nie musiała korzystać z tego rodzaju przywilejów.
Tfu, tfu, tfu....

Czytałam dzieciakom książkę o Scoobym Doo, zadając od czasu do czasu  pytania:
 -Młoda policz, ile jest potworków.
- Jeden, dwa, trzy ... - córka policzyła do dziesięciu.
- Pięknie! A jednak umiesz liczyć do 10-ciu. Policzysz jeszcze raz?
- Nie, nie umiem. Już zapomniałam.
I koniec rozmowy -nie to nie  i basta.
Nie wiem, zapomniałam brzmi jak lagodna wersja -spadaj, nie mam czasu.
Za to:
 - Maaamuuusiuuu .... - to jest ciężki kaliber wytaczany do uzyskania jakiś rarytasów, przywilejów.
Sama słodycz i niewinność. Bestia emocjonalna normalnie
A nastawianie ucha to klasyka:
 -....no i wiesz, ze jak zjeżdżałem to wyrżnąłem głową w śnieg - synek opowiada babci przez telefon.
 - ................
 - Nie, nie płakałem.
- Chłopaki nie płaczą - krzyknęła Młoda z innego pokoju, wtrącając swoje 3 grosze.
Co za słuch. Radary nieustannie pracują, nie zależnie od toczącej sie zabawy.
Nie mogę o tym zapominać, nie mogę o tym zapominać, ale cóż, jak po raz kolejny pierdyknęły kule nie powstrzymałam sie od kurwa.
Cholera....

Montuje obiad w kuchni, dzieciaki coś tam robią. Piękna cisza.. Nagle krzyk Młodej. Wyrwałam w tempie mistrzowskim. Młoda stoi przed drzwiami toalety i drze sie w wniebogłosy. Myślałam, ze palce przytrzasnęła a ta duka między łzami:
 - Bo ja ygh ech ygh się yhg egh ygh zsikałam .....buuuuu ......się ......
Faktycznie - wygląda jak syrena na brzegu oceanu. Niezly sik. I numer -nie pamiętam, kiedy ostatni raz miała taki wypadek.
- No i co! Nie płacz, idziemy się myć, przebrać. W czym problem?! 
- bo....buuuuu bo  ygh buuuu ja przepraszam.
- Spokojnie, zdarza się.

Jak jest zmęczona to potrafi włączyć taki lament, ze oszaleć idzie. Spokojnie, Arte-wdech, wydech, Bóg cie kocha. Nie oszalejesz, nie krzycz. Oddychaj.
Synka poprosiłam o o pomoc, by wytarł ślady po ślimaku.

 - Ślimaku????
 - No, spójrz na podłogę, Młoda swoimi mokrymi spodniami zaznaczyła drogę jak ślimak.

 Dzieci kształtują charakter -opanować trzeba język i emocje. Czy jakoś tak, w każdym bądź razie pracuję nad sobą ciężko. Każdego dnia. Ha, ha, ha ... Czasami sama jestem z dwójką dzieci. I czasem wolałabym skoczyć na bungee niż być z marudami w domu.. Efekt ten sam - można posrać się po pachy, ale lot jest przyjemniejszy od dwóch dzieciaków, którym włączyła się opcja marudzenia bądź wzajemnej kłótni.
Sztuka jest nie spaść ze szczytu cierpliwości. Upadek zamienia człowieka w demona. A wówczas ...
Nie, nie chce być swoja matką.

Wieczorem rozbrykane dzieciaki nie chcą iść spać. W końcu ferie. Wymówek sto. A nam kończy sie cierpliwość. Kochane mordki, ale niech znikają już. Ciszy chcemy!!!!! Oto jak marzenia zmieniają się z czasem.
 -Sio mi spać, teraz jest nasz czas, czas na naszą randkę!
- To wyjdziecie gdzieś teraz?  -zapytał syn zdziwiony.
- Wyjdziemy? Gdzie? Dlaczego?
- No bo jak ma się randkę to się wychodzi.
-Słyszałeś ? - drę się do T -Twój syn ma mistrza, ucz się. Nie synku, taka domową sobie zrobimy, przecież nie możemy was zostawić....

Wyjść to ja mogę z siebie. Nie chce mi się pałętać nigdzie z tymi kulami. Choć teraz, jak robi się prawie wiosennie może i czas pokuśtykać. Co by ciało nadmiernie się nie rozrosło. Mały spacerek po czekoladę nie zaszkodzi.
















poniedziałek, 28 stycznia 2013

zjazd



Byliśmy dzisiaj na sankach. Młoda, pomimo młodego wieku, świetnie sobie radziła: sama zjeżdżała, sama wchodziła na górkę ciągnąc sanki. Dzieciaki śmigały, a T ulepił bałwanka. Bałwanek nie postał za długo, Młoda wjechała w niego. I po bałwanku. Ha, ha, ha ....
I oby weszło jej to w krew- jak wpadnie na bałwana niech go z nóg zwali i po bałwanku.


 Scooby Doo, Fred, Kudłaty,Velma, Dafne. Hmmm.....

- Synek, jaką wolisz dziewczynę mądrzejsza czy ładniejszą?
 - Ładniejszą - szybko odpowiedział.

Samiec okiem patrzy.
Na ten temat przeprowadziłam szybka rozmowę z T:

- Wy macie oczy, a my mamy mózg, wiec potrafimy docenić inteligencję.
- Mózg? Ty wiesz co to jest?
- To jest to coś co ja mam a czego ty nie masz, co wynika z twojego zdziwienia i co ja właśnie ci tłumaczę


T., dobry facet, zrobił i podał mi kawę, po czym kazał mi sie na nogi leczyć.


Pierwszy dzień rehabilitacji umieścił mnie w przedsionku piekła. Ból wyznacza granice. Granicę, która na dzień dzisiejszy wydaje się nie do pokonania.
A trzeba tyłek zacisnąć, bo bez imprezek dusza ginie. Ile można siedzieć w domu?! I to trzeźwym?!!.....hahaha


niedziela, 27 stycznia 2013

perpetuum mobile




T stwierdził dzisiaj, ze jestem perpetuum mobile przekleństw. A kto by nie klął?
Ale część niecenzuralnych słów utopiłam w łzach. Mieszanka bólu ze szczęściem. Uczucie dziwne, jakbym z chlewu wydostała się na chwilę na świeże powietrze.
Efekt 3 dni moich ćwiczeń.



Zgięcie prawie na 90 stopni, poprawa o prawie o 60 stopni. Kolano boli, ciągnie, ech... długa droga przede mną, ale jeszcze trochę i znowu będę mogła robić wiele rzeczy np. czytać w toalecie. Choć tyle na początek. Odzyskanie azylu początkiem odzyskania sprawności. A odzyskanie sprawności to droga ku wolności.
A potem z wc na podłogę. Magia klęku. Hahaha....Nie mówię o myciu podłogi czy też modlitwie. Oj  nie, nie. Mówię o .... o znajdowaniu rzeczy pod szafa, hahahaha.

Córka zaczęła częściej zerkać na Tajemniczą Spółkę niz na Klub Myszki Miki. Dzisiaj czytałam jej ksiazki o Scoobym. Co za mila odmiana. Różu i fioletu jednak nie chce zdradzić. Czekamy cierpliwie.
Syn wrócił z kolejnych urodzin kolegi z przedszkola. Sezon "7" rozpoczęty. Ten to się rozbija po imprezkach.
I po gierkach.
- Patrz mamo tak to się robi!!! - i dumny myka po poziomach swoich, moich. T dołączył do szaleństwa.
Opętani gierkami. Wiosna koniecznie musi nadejść ...Czas na zmiany.



po wierze

Wizytacja księdza. Mamusia przed wyjazdem osobiście przyniosła gadżety co by nie było chały:
 - Tylko zapal świeczki, jak wejdzie ksiądz.... -złote rady mamusi. Dobrze, że mówi, bo oczywiście nie wiedziałabym jak żyć.
Kwestia wiary ...błysk myśli:
- Synu, a ty masz religie w przedszkolu?!
 - Mam
- Co? Naprawdę?! T, słyszałeś on ma religie w przedszkolu, ale jaja. I co wszystko rozumiesz?
- Nie.
- To dlaczego o nic nie pytasz skoro nie rozumiesz?
- Bo mnie to nie interesuje.

Wizyta. Syn otwarty, rozmowny:
 - A pan ksiądz był u moich dziadków! Pamiętam pana!
 Natomiast córka  zapakowała palce w buzię, zrobiła dzika mina,  i odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Ksiądz mnie zadziwił, mówiąc, że mnie pamięta z jakiś wcześniejszych wizyt. Milion lat świetlnych do tylu. Naprawdę zdziwiłam się. Ale podobno trudno mnie nie pamiętać.....hahaha.


Syn był na urodzinach kolegi. Cala chmara zleciała na dol do przedpokoju. Czas odebrania dzieciaków. Nasze miny, trojki rodziców, bezcenne.
-Wracamy z wojenki!!!
- Nastąpi zagłada świata!!!
- Jesteśmy świrniętymi wariatami!!!!
 - Hahahahaahaha.....-  śmiech przedszkolaków.
Naprawdę świry ...
W domu pytam się syna w co się bawili
- A wiesz, była wojna. S. się wkurzył i tłukł nas kręglami a my jego. Ale było fajnie.
 - I rodzice nie reagowali?!
 - A nie, tata zdenerwował się i S wygilgotał, a mama zabrała kręgle.
 - Aha. I uspokoiliście się?
 - E e,  ganialiśmy się po całym domu. Ale jestem zmęczony. Dasz pograć?

Synek grał na kompie, a ja z zazdrością patrzyłam jak mu fajnie sypie. Candy Crush. Fuksiarz. Krzyczy, ze jest najlepszy. A ja się mecze na poziomach. Ech...Pewnie niedługo mnie dogoni. No, ale dzieci powinny buc lepsze od rodziców.

Podziwiam zdrową nogę, jak się pięknie zgina. Perfekcja i niesamowitość ciała ludzkiego. Co za elastyczność. No cudo miód.
A ta druga?!
Nie wierzę, by dorównała zdrowej. Wydaje mi się to nie realne. Ćwicząc mam wrażenie, ze zaraz coś tam pęknie, niczym zapałka. Co za ból i opór...Dzisiaj był dzień wyjca. Wyłam jak opętana. Na orgazm. Ha! A co! Niech sąsiedzi nie myślą sobie  Bóg wie co.
Ułomność przygniata mnie. Jak można chodzić schodek po schodku, schodek po schodku. O kulach turlać się nie mogąc trzymać dziecka za rękę. Ani papierosa zapalić idąc. Mam dość. Znowu rzuciłam kulami. Czuje trochę żalu i złości, że stało się tak jak się stało.
Powinnam  dzieci uczyć jeździć na łyżwach,  postawić na stoku, a nie jak pizdencja siedzieć w domu. I jak pizdencja mazać się.
Ludzka siła wyrasta ze słabości. 
Więc niech łzy zamienia się w dzień odrodzenia się. 

Szampan na Diablaku i na pohybel wszystkiemu co złe. A precz! 








piątek, 25 stycznia 2013

iluminacja

Tak sobie czytam o Iluminatach, natchiona zdobyciem szerszej wiedzy  i poszukiwaniem prawd rządzących tym swiatem kierowana ogolnym obłędem mózgu, w myśl zasady, ze dwa minusy (mój mózg jak i treści jakie pochłania owy organ) dają plus własnie dokonałam dekonspiracji Kościola Scjentologicznego.

Między innymi członek Zakonu Iluminatów był zobowiązany do podania na piśmie swojego szczegółowego życiorysu z uwzględnieniem stosunków rodzinnych i majątkowych, jak również co miesiąc składać rodzaj sprawozdania o swoim życiu wewnętrznym ([7] s. 97), a członkowie wyższych stopni wtajemniczenia mieli pod swoim dozorem dwóch Iluminatów należących do stopni niższych. Warty podkreślenia jest także przewrotny sposób w jaki uzależniano od Zakonu i zmuszano do milczenia jego członków: "Zachowanie tajemnicy było wymuszane wśród Iluminatów w taki sam sposób co w greckich szkołach misteryjnych i tak jak jest to bez wątpienia robione dziś w organizacjach supermasońskich. Od kandydatów wymagano wyznania kompromitujących informacji na swój temat, dotyczących na przykład rozwiązłości seksualnej czy ukrywanych przedtem czynów przestępczych, tak jak gdyby wyznawali oni swoje grzechy księdzu katolickiemu (...) Gdyby któryś ze wtajemniczonych Weishaupta zechciał złamać kodeks milczenia, to jego wiarygodność zostałaby zakwestionowana przez dowody ściągające na niego potępienie, mogące co najmniej zniszczyć jego reputację w danej społeczności, jeśli nie posłać go do więzienia ..." ([2] s. 87). Co więcej cala struktura Zakonu została tak perfidnie pomyślana, by "ludzie skrupulatni a dający się oszukać, nigdy nie przekroczyli najniższych stopni ... natomiast ludzie zuchwali, bezwzględni, cyniczni, gotowi i chętni to tego by uwolnić się od religii, moralności, patriotyzmu i wszelkich innych przeszkód, wznosili się na szczyt " ([2] s. 91). Zresztą podobne techniki manipulacji stosuje się w tego typu tajnych stowarzyszeniach także obecnie.
Oficjalnie Weishaupt twierdził, że wymyślona przez niego doktryna miała na celu tylko "oświecenie" i poprawę ludzi oraz zapewnienie im szczęścia. W statutach związku dostępnych dla niżej wtajemniczonych można przeczytać ([8] s. 228):

"Cała jego [tj. Zakonu] troska skierowana jest wyłącznie ku temu , by zainteresować ludzi poprawą etyczną ich charakteru i uczynić to dla nich koniecznością, wpoić w nich ludzkie i społeczne uczucia, zapobiec złośliwym zamiarom, dać pomoc uciśnionej i udręczonej cnocie przeciw bezprawiu, myśleć o karierze osób godnych, oraz upowszechniać pożyteczne dotąd ukryte wiadomości naukowe .


( powyższe cytaty pochadzą ze źródł: http://www.iluminaci.pl/iluminaci/iluminaci-historia-powstania)

 Śmierdzi mi Kościołem Scjentologicznym. A ponieważ każda nielegalna i podejrzana instytucja zazwyczaj kryla swoje prawdziwe oblicze pod doktrynami religijnymi, więc pasi jak ulał,

Sekta należy do jednej z najbogatszych na świecie. Dysponuje olbrzymim kapitałem, który pomnaża dzięki nielegalnym operacjom finansowym jak fałszerstwa, przekupstwa, wyłudzanie czy oszustwa giełdowe. We Francji skazano nawet Hubbarda za nadużycia, a z kolei w USA wielokrotnie sądzono sektę.  Mimo tych udowodnionych oszustw, licznych procesów i wyroków dla kilku wyższych funkcjonariuszy Kościół Scjentologiczny cieszy się ogromnym powodzeniem w hollywoodzkim środowisku aktorskim. Przynależność do scjentologów deklaruje wiele znanych postaci filmu, estrady i biznesu.
(powyższy cytat pochodzi ze źzródla: http://sektyisubkultury.republika.pl/pliki/kosciol_scjentologiczny.htm)

 Iluminaci są wśród nas.
I to tłumaczy działanie Kościoła i zaangażowanie jak i wierność ludzi z "wielkimi" nazwiskami.

Tam dam!!!!


 Odkryłam coś co pewnie i tak wiadomo, bo nie ma prawd nie odkrytych, mogą być co najwyżej zapomniane. Ale skąd można wiedzieć coś, co nie wykracza poza obszar zainteresowań? Warto więc poszerzać swoje horyzonty. Choć z drugiej strony nie ma co otwierać pewnych bram za którymi i tak jedynie co można w końcowym rezultacie odkryć to lezącą wielką, śmierdzącą kupę. Pozostaje pytanie - które to bramy?! Wiec jednak warto zdobywać wiedzę, by nie wejść w gówno.




lekarz

Nic tak nie leczy jak wizyta u lekarza. Weszłam do gabinetu, a T wniósł mi torebkę, kartę.
Zafurczał biały kitel:
- Chce się zabić, zamiast wsiąść plecak  to torebkę bierze. Niech pan to zabierze.
- Ale ...-nie dokończyłam
- Proszę to zabrać, nie będzie potrzebne! -ortopeda wpadł mi w słowo stanowczym tonem.
T z torebką się wyniósł do poczekalni. Zostałam z nim sam na sam. Pojedynek w południe, przepraszam pojedynek od samego rana. Spojrzałam na lekarza, mówiąc sobie: Arte, weź kurde,  wrzucaj na  luz, już na podwórku za T kulami rzucałaś, wystarczy szału na dziś.


- Proszę mi dać wypis ze szpitala
- Wyszedł wraz z torebką. Mówiłam, że potrzebna.

Ha! punkt dla mnie.

I zaczęło się. Ortopeda opierdzielił mnie, ze kolana nie zginam w większym stopniu niż zginam.

- Jak mam zginać jak boli?
- To trzeba ćwiczyć!!! A nie seriale oglądać!
- Nie oglądam seriali tylko gram w gierki.  A poza tym ćwiczyłam do granic bólu. A skąd mam wiedzieć, czy coś nie pęknie? I co ? Znowu operacja?
-  A na co pani czeka? Aż pani zwiotczeje wszystko?
-A dlaczego pan mi teraz to mówi?, a nie w szpitalu?! W szpitalu rehabilitant powiedział, że mam zginać do granicy bólu, więc tak robiłam. I powiedział, ze lekarz na wizycie kontrolnej powie co mam robić i jak ćwiczyć!!!!
- To ja mówię teraz pani, ma pani zginać kolano  pomimo bólu!
- Ale teraz mi to pan mówi! Teraz wiem. Czy pan myśli, ze ja chcę być kaleką czy co?!!!!!
- To ma pani ćwiczyć. A tu ma pani skierowanie na rehabilitację. Natychmiastową! Nie ma na co czekać i za tydzień widzę panią z rozruszanym kolanem
Patrzę na skierowanie, wow podkreślił na CITO i dał 5 wykrzykników.

Miałam słuszną koncepcję grudniową - chromolić białe fartuchy. Koncepcję, która roztrzaskała się o brzeg cembrowiny.
Chciałabym powiedzieć, że jak tylko wyjdę z tych opałów to naprawdę skończę z lekarzami, ale boję się tak myśleć, bo anuż los ze mnie znów zakpi?

Rehabilitacja od poniedziałku. Udało mi się wkręcić, załatwić.
W domu też ćwiczenia, oczywiście z przekraczaniem granic cierpienia. W myśl filozofii Tukidydesa - Ból oczyszcza duszę.
Tylko teraz nie wiem czym mam zabić swój ból - ketonalem czy wódeczką?!





czwartek, 24 stycznia 2013

artystycznie

Weszłam do pokoju i padłam ze śmiechu - co za widok na moim nocnym stoliku!!!



 Klimat nieziemski.  Oto kawałek sztuki i procenty dla wzbogacenia ulotnej wizji.  Dzieło i natchnienie.

Rzeczywistość, niestety jest jak zwykle rzeczywistością. Cokolwiek by się nie robiło. Bo nawet jeśli cokolwiek się robi to w końcu jest ten moment nic nie robienia i znowu wpada się w realny świat. Żaden odlot nie trwa długo. Nawet jak człowiek umiera to ma swoją zasadę zmartwychwstania, reinkarnacji i dupa -znowu wpada w rzeczywistość. Dla nas może nie realną, ale dla duszy i jej powłoki realna. wiec realnie rzecz biorąc: skazani jesteśmy na egzystencjalną dupę w kolorach rzeczywistości.
A rzeczywistość jest taka, że dumne dziecię zostawiło swoją pracę, a spiryt stosuję do zastrzyków.
W myśl zasady -albo pijesz albo nakłuwasz się. Nie ma full opcji. Odkażam się bez fantazji. Ha, ha, ha
Zagadką pozostało kto jest autorem dzieła. Poznałam po kresce. Rozmachu. Dzisiaj córka narysowała wesołego szczura.


A myślałam, ze to duszek. Ducha nie ma, jest szczur. Znowu szara rzeczywistość.





środa, 23 stycznia 2013

rozmowy z dziećmi

Rozmowy z dziećmi. Moc doznań, wyzwań i śmiechu. Wędrówka po grząskim terenie.


Pytam się córki, czy spała w przedszkolu.
- Ja śpię, ale mi przeszkadzają.
- Tak? Kto?
- Dzieci głośno mówią, a ja po cichutku.
 - To w końcu śpisz czy rozmawiasz?
- Hahahaha - i poleciała.
Próbowałam wrócić do tematu, ale powiedziała, ze kaczkę rysuje i mam nie przeszkadzać.
No to sobie poszłam. Bo co tak będę tkwić.


Syn stwierdził, ze skoro ma dwa jajka to będzie miał dwójkę dzieci. Wyprowadziłam go z blędu.
- Aha, to będę miał 45 dzieci - śmieje się
-ILE?!!!
- Żartowałem, trojkę będę miał i będę do was przychodził.
- Ale czad!!! Oby tak było synku.
- Ale najpierw będę przychodził sam, bo te dzieci to nie tak hop siup zrobić, potrzebny jest czas.
- Wiesz, ze jesteś fajny facet?
- No wiem, wiem.
- Naprawdę chcesz mieć 3 dzieci?
 - Tak, chciałbym - powiedział takim zamyślonym głosem.
A zza chwile:
- Mamo a A. mi powiedział, ze jak nie ma się dziewczyny to jest się złodziejem.
- I co ty na to?
- Nie chce być złodziejem.
Wow, co on mówi? Wróg dziewczyn? Dorastanie nabiera tempa, hahaha.
Potem wyprostowałam temat złodzieja.

- Mamo, wiesz, ze cie kocham? - synuś się wtulił.
- Wiem.
- To zobacz ile mamy żyć w grach.
Maniak!!!!

I zostałam wyrzucona z kompa.

wtorek, 22 stycznia 2013

robokalipsa

Noc. Koszmar. Ból nieziemski. Robokalipsa?! Zamiana mojej nogi w mechaniczna cześć. Obce ciało. Przerabiają mnie w maszynę? Będę robotem. Hm, zawsze coś nowego. Bóg Hioba nie tknął, a mi funduje modyfikacje. W końcu to lepsze. Pełnia łask normalnie. O dzięki Ci, Panie.
Młoda chciała pić. Musiała podreptać do kuchni. Koniec kelnerstwa. Nosić mogę, ale nie mam jak.
Dzisiaj postawiłam jej szklankę z woda na stoliku.

Ostatnio zresztą pobiłam talerz. Nie utrzymałam w rękach. Nie żeby mi się trzęsly- to jeszcze nie ta faza. Kule wypełniają przestrzeń dłoni. Za to znalazłam świetny pomysł, by nie dać się losowi, by wcinać kanapki w łóżku, do filmiku.

Zostałam ryjkówką. Paszczaczem pospolitym. Wyrabiam szczęki. Rekin przy mnie to pikuś. Jak teraz ugryzę to jak rasowy pitbul. Grrrrrr, hau ......
Przeniesienie kubka wciąż poza moimi umiejętnościami. Za to wymyśliłam sposób - jednonożny. Na jednej nodze posuwam się z pięty na palce, z palców na pietę i do przodu. Skakać nie mogę. Za bardzo boli.


Zostałam sama z dziećmi. Musiałam znajomych poprosić o pomoc. Odprowadzenie i przyprowadzenie z przedszkola dzisiaj i jutro.  Tak to daje radę. wyszkoliłam się w czasie złamanej piety.
Potem wraca T, a wraz z nim wszystko do normy.

Synek wrócił do wydarzeń wczorajszych. Ponownie przeprosił. Ponowna rozmowa. Kapitalny jest dopóki nie dostanie focha. Zjedli chrupki i posprzątał. Sam. Może jednak wyrośnie nie na gada,a na człowieka. Jest nadzieja.
- Mamo a 50 razy 6 to 300? 
- Mamo a 2 razy 6 to 12?  
Mamo to, mamo tamto -stereo, gonitwa. Po 3 godzinach oddałam się we władzę melisy i ketonalu. Wymiękłam. Nawet nie chodzi o dzieci, ale o te kule.  One wciąż spadają niezależnie jak się je postawi. Noga boli.  Naprawdę może człowieka szlag trafić. Niemoc. Dzieci chciały budyń. Na górnej półce -nie dosięgnę.
Mało perfekcji za to stos wkurwienia. Ha, a jednak wciąż jestem człowiekiem, a nie maszyną.  Cudownie.

Starszy narysował rysunek. Dla mnie. W ramach przeprosin.

 -Właśnie o to chodzi, kochanie, trzymajmy się razem i "Panowie, suszymy ząbki". Ma być milo i zabawnie. 

rys. Pingwiny przy drzewie w śniegu.



 Oboje powtarzają codziennie, ze kochają mnie. Super. W tych słowach ma siłaPowinnam nagrywać te wyznania, by pościć im,  jak wpadną w wiek Młodych Gniewnych: - Stara ale ty mnie wkurwiasz.


Kule -to tylko moment, chwila. Zaraz stanę na nogi. Zanim to nastąpi muszę zmagać się z pierdołami życia na które normalnie nikt nie zwraca uwagi. Jaka to radość moc chodzić swobodnie trzepiąc rękami. Odstawie taniec paw-iana (ptakomalpy), niech tylko z tego się wywinę.











bunt syna

Czar prysł. Synek wrócił z przedszkola i mnie zabił, kiedy poprosiłam o pomoc:

- Dlaczego ja? wczoraj sam posprzątałem? dlaczego ja mam ci pomagać? tylko ja i ja i ja........

Kurde, zatkało mnie. O ty dzwońcu, zaczyna się?! Już takie teksty? O ty!!!!

Pomyślałam: przetrzepię dupsko laską. Ale myślę, eeee tam, nie, nie będę Katarzynie W. zabierać czasu antenowego, zresztą taka nieuczesana jestem....
Odetkałam się:

- A ja dlaczego mam ci robić posiłki? co ? dlaczego mam prać? Myć? Sprzątać? Tylko ja i ja i ja ....i to wszystkim sobie, tacie, wam. O nie, dzisiaj sam robisz sobie kolację. Jestem zmęczona. Mam takie samo prawo jak ty. Byliśmy tacy dumni z tatą, ze będziesz nas wspierać zwłaszcza teraz, kiedy widzisz, ze potrzebuje pomocy. Przecież jesteś taki wrażliwy, kochany, wspierający a ty co teraz mówisz? Zrobiłeś mi mega przykrość.

- Teraz to tato wszystko robi!!!!

- Właśnie, bo ja nie mogę, jedynie co mogę to na was liczyć, na ciebie, na tatę, na twoja siostrę.....

Rozkręciłam się na dobre. Powiedziałam i to i takie tam- a niech ma, co tylko ja mam płakać? Naprawdę zrobiło mi się smutno. Więc pojechałam mu po rajtach.

Po pól godzinie przyszedł, przeprosił.
- Kocham cie mamo, przepraszam. Głupio mi się zrobiło jak mówiłaś, wiesz?!
Wieczór minął na rozmowie o istocie miłości i wzajemnego wspierania się, o rodzinie.
Rano wstało dziecko szczęśliwe. Gdy borykałam się z ubraniem buta zapytał się:
- Może ja ci pomogę?!

I cale szczęście, że zrozumiał, przemyślał. Uff, nie będę musiała prosić genetyków o rozplątanie DNA i wyrzucenie genów teściowej.



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Afgan

Ściągnęłam sobie plaster. Wolność dla kolana. No i nie mogłam powstrzymać się.


Dwie dziurki -oto cud medycyny  na mnie.


Dzieciaki zawołały mnie do pokoju. Odmówiłam wejścia. Prawie wszystkie zabawki były na podłodze. To czorty małe!!! Kurde, mój Afganistan normalnie. Co klocek to mina. o!, nie!
Syn wieczorem posprzątał. Zrobił to idealnie. Zaskoczył nas niesamowicie. Książki równiutko poustawiane na półce, zabawki też. Na stolikach nic nie było. Szok!!!
- Teraz będziemy sami sprzątać po zabawie, i zabawki odkładać na miejsce!
- A ja nie! -krzyknęła Młoda
- Będziesz!!!!!
Wybuchła awantura. Mówiłam -Afgan normalnie.

Dla spokoju zaczęłam czytać Jasia i Małgosię. Wersja w ciezkim brzmieniu słów braci Grimm.

Jak pierwszy raz przeczytałam tą bajkę to Młoda stwierdziła:
- Ale to głupie.
Potem dodała, ze mnie do lasu nie puści.
- To chyba ja ciebie, kochanie.
Rozmawialiśmy. W końcu przestała się bać.
- To tylko bajka - teraz mówi.
Ufff, będzie dobrze. A swoja drogą wciąż się dziwię jaką potęgę mają słowa- straszydeł ze Scooby Doo nie boi się, a tutaj wtula się we mnie wystraszona. Może to początek rozwijania się empatii.
Reakcję syna też trudno zapomnieć.
-Nie mogli pracować?! Dlaczego tato posłuchał się? On nie był zły.
- Oj synku, widzisz są takie baby co robią facetom z serca jak i z mózgu sito.
-Ale ty taka nie jesteś!
- Nie wiem, hahahahahaa, zapytaj się taty.
Ale potem odbyła eis rozmowa poważna.

Kule doprowadzają mnie do szału. Gdzie i jak nie postawi sie ich to lecą. Czuję sie zmęczona tym wszystkim.
Szukam pozytywnych stron. Żart redukuje ciśnięcie gumy od majtek w kostki.



Obsługa kontaktu? Nawet ze środka pokoju. Poprawienie firanek? Jedną reką!
Trudność ? Przeniesienie kawy z kuchni do pokoju.
Rok temu nauczyłam się skakać na 1 nodze z filiżanką w reku.
Teraz cóż, mam czas na trening. Może opanuję kolejną sztukę.
A potem czeka mnie olimpiada paranormalnych.

Wieczorem opowiedziałam sen T.

- Śniło mi się, ze byliśmy na spotkaniu towarzyskim. Kurde, mega, bo byli prawie wszyscy. Śmiech, żarty, bajera klimat. I nagle przypominam sobie, że mam dzisiaj urodziny i to 45!! 45!!! o ja cie pitolę..
Lecę do ciebie i mówię, ze mam urodziny, ze korzystając z okazji montujemy impre. A ty nic, zajęty rozmowa zignorowałeś mnie. Ale ty jak gadasz to świat przestaje istnieć. Ech, zrobiło mi sie smutno,machnęłam ręką  myśląc" A gon się waflu!" i poszłam do ekipy z zapytaniem, gdzie balujemy? Knajpa? Domówka? zapraszam bo mam urodziny i to o kuźwa, czterdzieste piąte!!!!
Nic!!Zero reakcji. Zrobiło mi się smutno i ze smutkiem wstałam.

 I kiedy opowiedziałam ten sen to uzmysłowiłam sobie, ze chyba byłam duchem. O zesz w mordę, pasowałoby. To niemożliwe, by T o moich urodzinach nie pamiętał, by znajomi zapomnieli. Ha, chyba odejdę nieoczekiwanie. Śmierć nagła. Podobno wówczas dusze są na ziemi, wśród żywych.
Zresztą biorąc pod uwagę ostanie moje przypadki to już się ze mnie śmiano:
- A w następnym roku to co? bioderko? I co rok to wyżej?
Historia układa się w spójna całość. Nie mogłam się powstrzymać.



Reakcja T:

- Stuknij się, wariatko.

No to sie stuknęłam.






Wypijmy! - za życie, póki trwa.











niedziela, 20 stycznia 2013

emerytowo





Sobota - tradycyjne poranne wtargniecie dwóch burz do naszego łóżka. Nastąpiło szybkie, ostre  przebudzenie:
- AAAAAAAAAAAŁŁŁŁŁŁŁAAAAAAAAA ......moja NOGA!!!!!!!
Początek dnia...przygód....wrażeń. Na pocieszenie dostałam śniadanie i kawę do łozka. Potem schowalam się pod kołdra i postanowiłam, ze nie wyjdę, bo nie ma po co. A co!


Rozmowa dzieciaków dochodząca z kuchni była fascynująca.  Starszy stwierdził, że chce do Gdańska. Młoda chciała lecieć do zoo samolotem. Potem zaczęli wymieniać zwierzęta jakie lubią.
Syn - kijanki, żaby, kraby, pająki.
Córka - małpki
Później usłyszałam, kiedy wyraziłam zdziwienie odnośnie miłości do żabiego potomstwa:
- Mamo, ja cie kocham jak kijanki!
Fantastycznie! Cokolwiek to znaczy, miłość pozostaje miłością. Hahahaha a może to  i dobrze. bo nie skończę, ze słomką w dupie.

T zabrał się za rozbiór choinki. Drzewko wyrzucił przez balkon i poszedł na podwórko, by zwłoki drzewa wynieść na śmieci.
Przyszedł rżąc:
- Cholera, pomyliłem balkony i czyjąś choinkę wyrzuciłem. Hahahahahaha....potem naszą.
Wolontariusz, hahahaha. Czarna ręka. Ha, ha ha ...


Kule.






Dzisiaj weszłam na 3 piętro, potem na 1 piętro i znowu na piętro -oj, będę mieć muskuły. Mało tego, w trosce o własna tężyznę postanowiłam umyć podłogę w łazience. Metoda Żurawia studziennego.







Super ćwiczenie. Wielorozwojowe. Polecam.
Potem rozciąganie mięśni poprawiłam na podwórko, jak kule rozjechały mi sie na śniegu.

Młoda dzisiaj budowała z klocków wiele dziwnych rzeczy, w tym różdżkę- hokus pokus. Ale mówi, ze samolotem już nie lata, bo zabrakło benzyny. Zajęta sobą miała nas w nosie.
Syn zaś przez cały dzień pisał, liczył, robił zadania. Zapytałam się T z czego omlet zrobił, bo dzieci znalazły swoje zajęcia i nie chciały bajek. Szok. Synkowi oczywiście towarzyszyłam, ale jako kontroler. Liczenie -on mnie kiedyś tym wykończy. Skubaniec. Zaraz mi się  nasuwa na myśl , nie wiem czemu, "Piękny umysł" ....Ale może nie popłynie, w końcu 7x7 zatrzymało dobra passę. Uf, nie geniusz.Ha, ha, ha...









 Sam przeczytał nazwy kolorów i pomalował. A mi mówi, ze czytać nie umie. I nie będzie uczył się. I elementarz leży. Facet rozwija się własnym sposobem. I co mam robić?!

















  Masz Synu- jak będziesz duży zobaczysz jaki zdolny byleś! :)




 Książkę z zadaniami poszła w odstawkę, jak tylko gierki odpaliłam.
-Mogę zagrać?!
Cóż -sama wychowałam Potworka, to niech ma. Trudno.
- Proszę, graj
- Ja pierdziele ale sypnęło!!! Łaaaał!!!
- Synu!!!!
- Sama tak mówisz....
Zawsze mi podkreśla, ze dzieci uczą się od rodziców. Mam przesrane. Kontrola słowa czasami slabo mi wychodzi.
Wieczór z T, z talbutem i cappucino. Jak emeryci normalnie.




Cholerny wypadek zmienił moje życie. Może na lepsze. Przystanek -rodzina. Teraz mam czas na wszystko, choć niewiele mogę zrobić, to zrobię wszystko, by móc wiele.



T krzyczy:
- Znowu przy kompie?
- Piszę!
-Pewnie grasz, chodź bo znowu przyleziesz o 3 nad ranem.
-Kurde, jakbyś był mężem Kinga to on przy tobie nic by nie napisał.
-Mężem?
- A co żoną? Wole jemu jaja urwać, niż tobie.

Oto ciemna strona miłości. Idę. niech się nie piekli.




sobota, 19 stycznia 2013

bo tak to



W piątkowy poranek przebudził nas kaszel córci. Głeboki, nieprzyjemny.
 T poleciał do przychodni zarejestrować na wizytę. Zdążyłam zadzwonić, by również syna zgłosił, bo wstal zasmarkany.
Numerków już nie było- możemy przyjść i wejść miedzy pacjentami.
W przychodni byliśmy godzinę później. Moje kule zadziałały-ktoś nas przepuścił.
Syn- lekarka usłyszała szmery przy sercu. Cienie pod oczami. Dostał skierowania na badania.Pewnie robactwo, a szmery, są częścią pracy serca. Wujek Google wszystko tłumaczy.
W końcu z chorym serduchem nie mógłby śmigać jak śmiga.

Jak babcia odbiera dzieciaki z przedszkola to syn mówi -Pa, pa i biegiem wraca do domu. Sam. Babcia może sobie mówić. Domofon, drzwi i radosny krzyk: Jestem!!!!
Wczoraj też przyleciał sam. Wcisnął babci kit, ze strasznie chce mu się sikać, więc leci.

Cała czwórka w domu. Bajecznie. Dzieciaki skaczą nad moja nogą. T blady krzyczy, maluchy przepraszają. Kwadrans wystarczy, by znowu podnieść mi adrenalinę. Czasami nawet jakaś łapka oprze się o kolano. Nie jest łatwo. Czasami nawet i zawyję.
Tylek też boli. Odparzył się w szpitalu. Widocznie za długo nie mogę leżeć w łóżko, bo gniję.

- Powtarzaj za mną, jeden -słyszę jak syn szkoli siostrę swoja.
 - Jeden.
- Dobrze, dwa,
- Dwa
............
- Nie poddawaj się, nauczysz się liczyć do dziesięciu.

A za chwile słychać krzyk.
 - Mamo a on mnie bije....
-  Mamo, a ona zaczyna......

T puszcza Scooby Doo.
W ciszy wbijam sobie igle w brzuch. Jak ja tego nienawidzę.

Jakby to powiedzieć -Są kule, jest zabawa.




Nie umiem ich ogarnąć. W kuchni lecą, przeszkadzają. Na nogę stanąć nie mogę.
Nie mogę siąść na podłodze i okładać klocków z dzieciakami.
Wielu rzeczy nie mogę.
Straciłam część zleceń.
Zaczynam ćwiczyć -kolano niewiele się zgina. Początek.


szpital vol. 2

Szpital niech pozostanie wspomnieniem.

Poniedziałek -w rękach kurczowo ściskam walizeczkę jak podróżna na stacji w oczekiwaniu na pociąg.. Podroż w jedna stronę? Czekam na korytarzu na przyjęcie.
Czekam, bo brak łóżek. W ekspresowym tempie wywieziono facetów z sali, i to sztuk dwie, zmieniono pościel i tak oto zostałam szczęśliwa posiadaczką łóżeczka. W końcu. Bo ściany w szpitalach krzyczą "chowaj się pod kołdrę" i takie długie oczekiwanie nie było dobre.
Zanim jednak dostałam swoją komnatę to otrzymałam prezenciki.




Cudownie -myślę -oto strzał absyntu. Hihihiih, i mam ochronkę co by ubranka sobie nie zarzygać. I to w kolorze trunku.Feng shui po polsku. 
Ale gdy zaczęło mi się podobać to pielęgniarka ostudziła moją radość mówiąc, ze muszę się tym płynem zdezynfekować przed operacją i założyć po kąpieli wdzianko. To było jak bolesny kop i to zaraz poprawiony. W sam piszczel.

- Dzisiaj zje pani tylko zupkę, potem tylko prosze pic wode, a rano juz nic nie przyjmować

Wow, jaki dwupak -odchudzanie gratis.
Żołądek ostrym burczeniem wyraził protest przed takim barbarzyństwem. Coż robić, zalałam go wodą.

Sala. Piżamka. Cisza. Książka. Normalnie wakacje jak w PTSM-ie. I znowu wstrząs. Załozyli mi opaskę na ręce. Niczym bilet wstępu na imprezkę.

Ale -myśli me zmieniły tor -identyfikator za zycia nie wróży nic dobrego, bo i trudno trupa pytać o tożsamość.

Spociłam się.
Uspokój się wariatko. Myśli pobiegły w stronę rodzinki. Trudno jest zasnąć bez buziaków dzieciaków, bez schowania sie w ramionach T...Nie dzwonilam, by nie opowiadać o swoim strachu ...i tęsknocie...

Wtorek -pobudka, kapiel w zielonym plynie, wjazd na blok operacyjny. Przygotowania do zabiegu. Znowu poczułam sie jak kura przygotowana do patroszenia.
Strzał w kręgosłup. Sprawdzenie nóg.
- Pacjentka rusza nogami.
Nie wiem co to znaczy, ale szybko mówię:
- Ale ja nic nie chce czuć! Dajcie mi coś.
Zamknęłam oczy.

Otworzyłam oczy. Sala. Z kolana wystaje rurka. Wyciek kontrolowany do butelki. Pod łożkiem kaczka. Dla niekontrolowanego sika.
I modlitwa- oby kupy nie było, oby się nie zesrać.
Żyję. Nogami ruszam. Jest dobrze. Odpłynęłam.

T przyszedł z synem. Moje słoneczko rozpłakało się:
- Kocham cie mamo, tęsknię, dom bez ciebie nie jest taki sam ... wracaj - popłakaliśmy oboje.
Po czym o mało co drenu ze mnie nie wyrwał pytając się:
- Co to?
T zrobił mi kolację.
Też przytulił.
Fajnie jest mieć rodzinę.Taką rodzinę kochaną. Wsparcie jest ważne.


W nocy nie można było spać. Leki nie pomagały. Rurka uwierała. Ups, tu krewa, a tam kawałek mięsa. Miałam ochotę zaśpiewać "Mięsny Jeż, mięsny jeż...."
Ktoś kaszle, chrząka, odpluwa charczy. Najpierw solo, z czasem słychać już duet. Nie wiem w końcu, gdzie leżę -czy to oddział ortopedii czy chorób płuc. Coś strasznego, zbiera mi sie samoistnie na wymioty.
Ktoś płacze. Łka. Płacze.
Ktoś stęka. Jejku -normalnie jakby babka rodziła! Taki ból w glosie. I stęki.

- AAAAAAAaaaaEECHH UUUU - słyszę - AAAAAAEEEECHHHH.......... KURWA!!!!!!!
I nagle po korytarzu,  niczym metaliczny motyl, przemknąl bezwstydnie głośny pierd.
 -AAAAAAAECH -koncert trwa nadal - EEEECHHHHHH AAAAAA - i tak pół nocy - AAAAAAAA
ECHHHHHUUUUUUUUU YYYYYYYGHHHHH !!!! ....JA PIERDOLE...........

To nie jest śmieszne, ludzie naprawdę mają problemy.

- AAAAAAAAAEEEEEEEEEEEeYYYYYYYYYYYYCHHHHH......

Potem musiała babka jeszcze gorzej sie męczyć, bo padło nieoczekiwanie:

- JEEEEZUUUUUU.......

Stęki, płacz, kaszel-niczym postój w piekle. W końcu zasnęłam nad ranem. Ze słuchawkami w uszach.


Środa - kurs chodzenia o kulach. Butelka wisi obok. Cudowny widok. Energetyczna babka kończy marnie. Rozczulam się nad sobą. No co, to boli. Kaleka -tłucze się po głowie.Nie jest mi wesoło.
Argument -inni maja gorzej nie przemawia do mnie. To jest moje życie, moja ciało, moja niemoc....






Poranna rozmowa telefoniczna z dziećmi.
 -Kocham cie mamo- to córka- kiedy wracasz?
 -Kocham cię mamo -to syn -tęsknię.
Córka zaczęła płakać: "Chcę do mamy..."

Nie powiem nic...serce zamarło .....

 Przyszła mama. Siedziała długo.

 - Panie doktorze, chciałam się dowiedzieć o swój stan
- Zerwane wiązadła, złamana rzepka, przed panią długotrwała ciężka rehabilitacja i najprawdopodobniej druga operacja
Tak po prostu, z mostu, dostałam w klatę.
Przez te kule wypowiedziane słowa załamały mnie. Rehabilitacja. DŁUGOTRWAŁA!!!

- Będzie dobrze córciu...

Zadzwoniłam do T, nie mogąc mówić.
Przyjechał szybko
- Damy radę, będzie dobrze. Przebrniemy przez to wszystko. Przecież nogi nie amputowali ci.
Siedział do wieczora.
A z drenu kapało.

Do sali wróciła pacjentka leżąca obok mojego łóżka. Starsza pani, koło 80-tki, elokwentna, zadbana staruszka:
 - Wie pani, jestem obruszona - mowi- jak te kobiety nie maja wstydu, drzwi do sali pootwierane, mężczyźni chodzą po korytarzu, a te kobiety,  z sali obok, leża rozkraczone, za przeproszeniem, z pizdami na wierzchu ....


 Noc bezsenna. Koncert kaszlu trwał. Jakaś pacjentka chciała uciec. Na jednej nodze. Zamieszanie.
Pielęgniarka komuś tłumaczyła, ze ma oddać szczękę. Ktoś chrapał śmiesznie: Auuu,aauuu -jakby stado wilczków biegało po korytarzu. Drzwi windy. Zawieźli kogoś na oddział. Pewnie z pogotowia. Północ. pierwsza. druga. Pielęgniarki wiozą starszą kobiecinę na łóżku. Myślę: - trup. Po jakimś czasie słychać skrzypienie. Łóżko wróciło. Puste.
 Trzecia.


Czwartek - wychodzę do domu. nic innego nie liczy się.


Dzieci, T........tchnienie nowych sił, nowego życia. Radość, wygłupy....jak ja tęskniłam.

Łazienka, prysznic....trudność z korzystania, Brodzik wysoki. Przy wyjściu kule rozjechaly się, dobrze, ze T złapał mnie.
Musze odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Jest ciężko.
Noga boli.














niedziela, 13 stycznia 2013

przed szpitalem




Piżamka spakowana. Szlafrok też. A co. Nie będzie mi się tlustawy tyłek bezwstydnie trząsł na korytarzu. Wiadomo jak to jest, beznadziejne żarcie powoduje ślinotok nawet na widok słoniny.  Nie bedą karmą dla gapiów. Nie ma, nie ma. Dupa moja, a szlafrok pożyczony od mamusi. Mamusia zasiadła na kanapie i wpadła w stan, - "dziecko, zawsze przez ciebie mam jakieś utrapienie". Te westchnięcia wystraczą, nie musi nic mówić.

 - A co ty się martwisz, T będzie jeszcze w środę to mnie przywiezie do domu.
-W jaką środę ?- mamusia zdziwiła się - jak w czwartek wyjdziesz to będzie dobrze, jeśli nie w piątek. Wiesz mogą być komplikacje, nie wiadomo co jest z twoim kolanem....

Czwartek?! Piątek? Komplikacje?! Kurwa mać .....o czym ona do mnie mówi? To ma być pocieszenie?
Od czarnego humoru to ja jestem!!!!.

 - W czwartek mam chirurga - mówię - wycinanie tych paskudztw! Musze wyjść w środę!
- Oszalałaś? nie wiadomo w jaki stanie będziesz!Jutro pójdę i zmienię ci datę zabiegu. Tylko na kiedy?!


Milion myśli miesza się z pustkę. Stan - bezstan. Nienawidzę szpitali, po prostu- nienawidzę. Może to jednak pozostałość po traumie, po tym jak byłam na oddziale dziecięcym w wieku pięciu lat. Rodzice mogli przyjść, owszem, odwiedzić dziecię swe, ale tylko w niedzielę. Wizyta za szybą. A małym braciszek stał obok i wpierdzielał batonik.
W tym okresie męczył mnie wciąż ten sam sen - śniła mi się czarownica. Goniła mnie. Cała noc biegania, bez wytchnienia. Ale nigdy mnie nie złapała. Nigdy! Jak do tej pory.
W sumie to ciekawe - nie widziałam Supermana , a już chodziłam po budynkach! Można powiedzieć, że komunizm nie ostudził mojego zapału ani wyobraźni. Szarość nie dla mnie.
Jest to jedyny sen jaki pamiętam z dzieciństwa.  A w uszach wciąż brzmi śmiech czarownicy ...brrrr...chyba ona wciąż mnie goni.
A może to jednak nie była czarownica a śmierć?!
A może jestem siostrą Clarka Kenta?!

Szpital -wszystko tam jest takie przygniatające. W cywilizowanym świecie przyjemniej jest w prosektorium.
W szpitalu obdzierają z człowieczeństwa, nawet struktura DNA ulega rozpadowi. Powstaje nowa odmiana człowieka -pacjent.

Powoli staję się pacjentką.
Piżamka, siad na skraju łóżka, a z  kącika ust strużka śliny podąża do brody. Pusty wzrok obserwuje lot wron. Otępienie od nudy. Co ja  mam tam robić?! Co?!!!!
Może zabijać się szczebelkami łóżka? bo sąsiadką to "napierdzielacz osiedlowy" inaczej szczekaczka zalewająca potokiem słów, z tembrem głosu, który wbija się w głowę jak szpilka. Bla, bla, sramto owamto, bla, bla bla. Jedyna droga zemsta to puszczanie wstrętnych bąków pod kołdrą. Nocny czad za dzienne trucie..

Stan i fobia nie do opisania. Ja wiem -zabieg standardowy jak wycięcie wyrostka robaczkowego. Tego się nie boję aż tak. Boję się, bo  nie wiadomo do jakich uszkodzeń doszło. Myśli stają coraz ciemniejsze. Po głowie tucze się- odzyskam sprawność kolana, czy nie?! Może coś spieprzą bardziej?! Cholera, może jednak nie myśleć.
Nie można karmić strachu. Nażarte obawy wrzucają do lochów psychozy. Stamtąd nie ma drogi ewakuacyjnej. To droga bez wyjścia.
Dość!

Wszystko mnie rozstraja. Zycie jest do dupy. Fuck!
Baniak wina domowej roboty stojący za kuchennymi drzwiami szepcze, ze może nastroić mnie odpowiednio. Ech... muszę obejść się smakiem. Jutro mogę mieć badanie krwi. Nie dość, ze jestem kaleka to jeszcze zamieniam się w abstynentkę! W najgorszych snach nie śniło mi się tak ...tak ...tak koszmarnie!
Rany....
Zycie jest smutne i do dupy.

Nie wiem co myśleć. A myśli plączą się w swoim myśleniu. Nasiąknięta jestem szpitalnymi wizjami.
Opowiadam T  historię o eutanazji humanitarnej. W skrócie. 
Pielęgniarka robi laskę pacjentom, którzy mają odejść. Gdy pacjent  szczytuje ona wbija mu strzykawkę z odpowiednią miksturą. Odlotowa śmierć. Po ludzku.  
W tym świetle wychodzi znowu niesprawiedliwość świata. Bo co z kobietami?! Fala protestów zalała miasta. Feministki wyszły na ulicę z transparentami - Róbcie nam minetę.
Opozycja -Pocałujcie się w dupę. 
Czyż seks nie rządzi światem? -pytam się retorycznie.

- Jesteś normalnie walnięta - skwitował T.
- Tak, w kolano.

Dzisiaj  uczyłam dzieciaki wierszyków na Dzień Babci i Dziadka. Starszy szybko wykuł, z Młodą było gorzej. Lubi się wygłupiać i w pompie ma wiedzę jakąkolwiek. Moja krew.

-Chcę Myszkę Miki - woła Młoda. Uzależnienie z dnia na dzień przybiera na sile.
- A wierszyk umiesz?
- Umiem.
- To powiedz.
- A jak to było?!
I taka z nią jest rozmowa.

- Tato, a puścisz mi Myszkę Miki?...jeden odcinek - Młoda nie poddaje się.
- Zawsze mówisz jeden odcinek, a potem płaczesz: " A ja chcę drugi buuuu.."
 - Mozę tak, a może nie. Zobaczymy jak będzie. -odparowała Młoda z tym swoim zniewalającym uśmiechem


Jejku!!!!, jak ja będę za dziećmi tęsknić. O tym nie pisze, bo płakać mi się chce. Już tęsknię.
Taka kwoka ze mnie straszna. Jeszcze na tyle dni ich nie zostawiłam.
Nie zostawiłam siebie bez nich. To jest mój tlen. Moje życie. Moja miłość.
Mówią, że będą dzielne. Ja też - dla was.


Kolacja.
- Ostatnia wieczerza. - mruczę pod nosem. W sumie mówię do śledzia.
A jednak T usłyszał:
 - Tobie to powinni mózg zoperować, a nie kolano! Daj ty już spokój. Babo!
Nie ma to jak męskie pocieszenie ....


Zatem jutro wyruszam w drogę, w swoje przeznaczenie. Na ile?-któż to wie. Jak anestezjolog postara się to może w ogóle nie wrócę.
A jak wrócę to się upiję. Przepraszam, zdezynfekuję się.
I niech życie wraca. Na stare, wytarte tory .....



sobota, 12 stycznia 2013

bez prądu


Starszy poleciał na podwórko z kolegą. T udał się do kumpla, a my z Młodą zostałyśmy same. Babski świat, a właściwie podwodny świat. Zaczęłyśmy oglądać program o zwierzętach podwodnych. Nagle, bach- nastała ciemność. Cholera, co jest grane?! Fuck, szlag trafił prąd. Młoda w płacz wielki, bo jak to tak? Gdzie film? W ten ryk wpadają chłopaki. Mówię, nie ma światła, może wpadniecie do M?
- Nie!!!! My lubimy ciemność.
- No, ale fajnie będzie kopać piłkę.
- Ja nie będę kopał, bo mnie noga boli.
- Dobra, będziemy rysować  - mówią rozbierając się.
- Chłopaki, ale światła nie ma!
- Nigdzie?!
Niestety nie dali się ani przekonać, ani nigdzie wysłać. Zostali. Młoda w końcu uspokoiła się. Sprawdziłam korki, niestety awaria nie na moje ręcę. Dzwonię do T, by przyjechał natychmiast.

Chłopaki zaczeli się bawić gormitami. Chcąc nie chcąc usłyszałam strzępek rozmowy:
- No moja też płacze i mama musi jej cały czas puszczać mini mini.
- No a moja to tylko Myszka Miki i Myszka Miki
Obydwoje westchnęli w klimacie "ach, te siostry" i wrócili do wojny gormitów.

Długo nie pobawili się w świetle latarki. Siedzę z trójka dzieciaków. Przy latarce.
-Wiecie co? to moze opowiem Wam straszną historię?
- TAK!!! TAK!!!TAK!!! -entuzjastycznie krzyknęli chłopcy.
- Więc- zaczynam mówić grobowym głosem -pewnie  chłopiec wrócił do domu. Rozebrał się. Umył ręce. Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę, bo był głodny i...... - zawiesiłam głos.
- Co? -Starszy zaszeptał
 - Lodówka była pusta!!! To było Straszne!!!!!
- Hahahahahahaha -śmiech dzieciaków jest cudowny. Niewiele potrzeba im do śmiechu.
- Ale my chcemy coś straszniejszego! - przekrzykuja się chłopaki.
 - To posłuchajcie. Chłopiec nie poddał się. Otworzył szafkę i znalazł dżem truskawkowy i .... -znowu zawiesiłam głoś -  i okazało się, ze jest z obrzydliwą pleśnią. To było straszne!!!
- Haahahahahahaha- śmiały się dzieciaki.

W końcu udało mi sie przekonać chłopaków, by zmienili mieszkanie. Zadzwoniłam do mamy M - czekają na łobuziaków. Zostałyśmy z córką w ciemnościach. T wciąż nie było. Zadzwoniłam
-Pól godziny temu miałeś być!!!!! -zaryczałam do słuchawki.
- No już jadę....
Wyłączyłam się. By nie zakląć.

- Będziesz kotkiem a ja pieskiem, dobrze? -mówi Młoda
- Dobra i będziemy straszyć myszki. One jak się boją to robią piiii, piiii, piii
- Ale myszki tak nie robią! - oburzyła się Młoda.
- A jak robią?!
 - Myszka mówi :Witajcie dzieciaki! Hocki klocki, Myszka Miki.

Jezu. Opadłam. Córka przeszła pranie mózgu normalnie.

Godzina minęła, a  T nie ma. Dzwonię. nie odbiera. Ciśnienie podniosło mi się tak, że statek kosmiczny można by było pode mnie podłączyć. Wysłałabym go aż na Neptun!!!!
Wysłałam sms o treści..., nie, nie będę przytaczać. Nie wypada tak bluźnić.

W końcu przyjechał.
Wystarczyło 5 minut, by zmienić korek (awaria na klatce schodowej).

- I o co ci chodzi?! - zapytał się T z uśmiechem na twarzy.

Wyszłam do łazienki, by nie zabić.








o miłości




Obiad. Maluchy wycieńczone bez entuzjazmu mieszają łyżkami w talerzach przewracając przy tym oczami. Udręka jedzenia. Staram się nie marudzić. Zęby zacisnęłam na marchewce.
- Kochasz mnie? - rzuciła Młoda do brata swego
-NIE KOCHAM CIĘ!
Ups, atmosfera robi się gorąca, choć zupa zdążyła już dawno wystygnąć.
-Ale mówiłeś, ze mnie kochasz!  - Młoda nie poddaje się.
-Zmieniłem zdanie.
Młoda posmutniała.
- Kochanie - pewnie tym cię nie pocieszę -ale tacy są faceci. Przyzwyczaj się do tego....
- Ale ona mówiła, ze ja jestem niesforny! Sama jesteś niesforna - rzucił syn słowem, pewnie w celu obrony.
-Sforna jestem, sforna jestem......
Rozpętała się burza nad rosołem. Ha, ha, ha, zawsze uważam z przyprawami, ale i tak jest dość pieprzenia w słowach.
Wyszłam. Co się będę wtrącać?! Niech sobie radzą. A swoja droga wygląda to jak kłótnia małżeńska -odwieczne wytykanie, czepianie się słowa, drążenie tematu. Oto nauka bycia razem. No to niech się szkolą.

A propos facetów. Oto ich filozofia i stosunek do potrzeb świata kobiet.

-Czemu się denerwujesz? - zapytał się T.
- Wkurzona jestem na przedpokój. Remont by się zdał. -odpowiedziałam.
-Wiesz, że nie mamy kasy.
-Wiem, wiem, ale powkurzać się mogę, co?

-Czemu klniesz?! -zapytał się T
- Komp zamula, tną mi się gierki.Fuck! -odpowiedziałam.
- To trzeba kupić nowy sprzęt.
-Tjaaa, przecież kasy nie mamy.
-Oj tam, oj tam.

Mąż cieszy się, że idę do szpitala. Będzie- jak on to mówi -mógł przetestować nowy komputer (w cenie nowej szafy na zamówienie, ale co tam, kasy nie mamy przecież), bez mojego jęczenia -"Daj grać".
Ale kto powiedział, że życie jest sprawiedliwe?!


sen


Synkowi zaczął ruszać się ząb. I chyba w ten sposób mózg Mu się odpowietrzył, bowiem całe popołudnie spędził na liczeniu. Dodawanie, odejmowanie, mnożenie. Sam z siebie. Lubi to po prostu. Połowa tabliczki mnożenia opanowana. I tak do 22.00 z małą przerwą na Myszkę Miki.
Ta mała przerwa dała mi wytchnienie. Myszka Mini puszczona na życzenie córki -ot nałóg Młodej. Nawet sny o klubie Myszki ma. Choć raz pewnej nocy  przemówiła przez sen:
- Konie to są, konie.
hahahaha, konie?! Hm....
O poranku zapytałam się Młodej:
 - Co Ci  się śniło?
 - Myszka Mini.
 - Jeździliście konno?
 - Nie, bawiliśmy się.
Padło milion  różnych pytań z mej strony, ale żadnej odpowiedzi wyjaśniającej zagadkę koni nie usłyszałam. Ale czy ja muszę wszystko wiedzieć?! Musze przyzwyczajać się do myśli, że oto nadchodzi czas tajemnic.Matki nie muszą wszystkiego wiedzieć. Czasami może to i lepiej.

Poranek sobotni. Maluchy wleciały jak torpedy z ulubionymi maskotkami do naszego łóżka.
- Ale fajnie mi się spało - zaczęła trajkotać Młoda.
Uwielbiam ten czas gilgotania, zabawy. Pełnia życia. Radość w czystej postaci. I ten śmiech. I to "tup, tup".
Mamo, kocham cię.
Są chwile dla których warto żyć.


-Idź po bułki. Kobieta głodna, kobieta zła. Idź, pókim dobra hahaha - T pogoniłam do sklepu.
 -Ale ty fajnie się wkurzasz. Tak śmiesznie - wtrącił 3 grosze syn.
- Tak? w takim razie a sio z tatą, Mądralo.

T poszedł do sklepu, a ja zatonęłam pod masą maskotek, bo dzieciaki stwierdziły, że za mało przytargaly, bo tej i owej brakowało i w ogóle dawno się nie bawiły przytulańcami. Wiec miały zabawę, a ja chwilę na poleniuchowanie.  Kurcze, czasami naprawdę potrafią się zgodnie bawić "Chcesz to? To masz. Proszę. Dziękuję." Naprawdę nic im nie dodaję do jedzenia. Rozpływam się .....

Poszli na sanki, a ja zostałam z bałaganem. Polska sobota - sprzątanie, gderanie. Tradycja.

Nie będę jak matka- odpaliłam kompa i gram. Choroba cywilizacyjna -umieszczenie duszy na n-tym levelu. Ale jakoś ten czas przygnębia mnie.  W duszy nutka niepokoju wygrywa nieznośną melodię niepokoju. Niedługo zabieg. Niby co ma się stać, a jednak nigdy nie warto być wszystkiego pewnym. Łzy potrafią same lecieć, efekt zbyt mocnego uścisku odwiecznego pytania -dlaczego ja? Staje się to nudne. Zawsze staje się coś, gdy życie me zwalnia. Nie mogę się nudzić. Jestem zmęczona.



piątek, 11 stycznia 2013

kanał





Dzwonek do drzwi. Otworzyłam. Mama wpadła. Spojrzała i widać, ze zapomniała po co przyszła, po prostu opadła i zaczęła lamentować już od progu:

- Dziecko, ja ty się wystrzygłaś? Ile ty masz lat co? Wyglądasz jak narkomanka ....O ,Boże co ja się z nią mam - to już było mruczando pod nosem. Jak refren. Ten sam od lat.

Jezu, znowu trucie, i TEN ton głosu. Oto mała dziewczyna dostaje burę od mamusi. Popatrzyłam na matkę, morderczym wzrokiem i to wystarczyło, zmieniła ton:

- No co? martwię się o ciebie, rozumiesz to? jak będziesz szukać pracy, potraktują cię lekceważąco.

 - Weź skończ. Zanim skończy mi się zwolnienie to zarosnę, a poza tym, daj ty mi spokój, nie dobijaj mnie, dobrze? Nie mam ochoty na kłótnie. Jakoś wyjątkowo.

Narkomanka. Kurde, wymyśliła sobie. Przez sztywność nogi nie mogę zamknąć drzwi od wc i każdy jest świadkiem jak załatwiam swoje potrzeby. Ha!, ja tu widzę członka rasy wyższej, a nie narkomankę, litości. Patrzcie wszyscy - Arte robi kupę! Aż grzywka sama opadła na jedną strone, a ręka prawie wyprostowała się do pozdrowienia.
Naprawdę nie mogę zamknąć drzwi od kibelka. Noga pozbawiła mnie kolejnej rzeczy: zacisznego zakątka czytelni. Zycie jest do bani normalnie, bo i gdzie mam teraz czmychnąć?!

Zadzwonił brat. Skype niczym aparat tlenowy, podtrzymuje więzy rodzinne.
 - Kanał? jak kanał?! Kanał kojarzy mi się z Charlin Chaplinem - i chichocze.

Lekarz też śmiał się, kiedy wchodziłam i gdy wychodziłam z gabinetu:
- Kanał? ahahahahaa, jak można wpaść do kanału?
Zna mnie od nastu lat i nie pierwszy raz z "czymś" przychodzę. Zreszta jak wchodzę to on już sie cieszy.

- Co ci  jest?
- Nie wiem, gdybym wiedziała nie przyszłabym tutaj.


Charlin Chaplin. Hahahaha, ale brachol wymyślił. Ale po zastanowieniu się, słuszne skojarzenie. Bo i takie jest moje życie. Jak filmy Charlin Chaplina. Człowiek w końcu przestaje się śmiać, choć uśmiech pozostaje na twarzy :)




czwartek, 10 stycznia 2013

wtopa na maksa





Dzisiaj nie miałam ochoty wstawać. Uszło ze mnie życie. To się nazywa dół. Kolejna kontuzja, kolejny sezon bez nart, ale za to jaki skoczny -na jednej nodze. Pytam się -dlaczego ja?! Znowu ja.
Głowa montuje stos dziwnych myśli. "Chciałaś popełnić samobója to masz. Teraz Bóg doświadcza cię pokazując jak życie bywa piękne a zarazem kruche".
 - Ale ja wolę krucha ciasteczka!!!-  krzyczę.  Cholera...Dupek pamięta co było 22 lata temu...grrr...
Ciekawe, czy usłyszał mój krzyk, moję myśli.
Pewnie nie, bo maskotki nie mówią. A ja właśnie tak się czuję,  jak maskotka w rękach wyższych sił. Tuli, tuli i bach, rzut w kąt, w kanał jakiś.
- No, proszę - mówi głos -ale stłuczkę przeżyłaś, a mogłaś wyjśc np z wybitymi zębami, albo ze skręconym karkiem...
To fakt, miesiąc temu baba wjechała mi w bagażnik. Nie miałam zapiętych pasów.
 - Dziękuje za pociesznie.
Optymistyczny tekst wlany w serce. Przez lejek.

Społeczność lokalna zauważyła brak mojej osoby w panoramie. Mama robi za punkt informacyjny. Reakcja ludzi? Znowu? A to ta sama noga? Rok temu miałam złamaną piętę. Zresztą co ja nie miałam. Rozumu chyba, a tak to wszystko.
Znajomi proponują pomoc. W tych czasach unikalny gest. Żyję wśród unikatów. Dziekuję Wam.
Zadzwoniła kumpela. Rano. Przed 9.00, kiedy spałam słodkim snem.
 - Słuchaj a co Tobie się stało?
- Wpadłam w kanał i do dupy jest.
- Znowu ? A to ta sama noga?
- Kurde, nic nie mów. Nie wiem, nie pamiętam.
- Słuchaj myślałam, by wyskoczyć na browara w takim razie ja do ciebie podskoczę to pogadamy. A i pamiętaj, ze dzieciaki mogę ci do przedszkola odprowadzać, przyprowadzać, nie ma sprawy.
 - Dzięki. A jak tak zdrowie syna?
 - Syna???!!!! Arte, KURWA MAĆ!, czy ty spisz? Nie wiesz z kim rozmawiasz?!
Ta kurwa spadła na moją głowę nieoczekiwanie otrzepując z resztek snu. Cholera, kto dzwoni? Zerknęłam pospiesznie na telefon. Aaaaaa! o ja pierdolę ....hahaha, ale wtopa. Znowu.
 - Wybacz, popieprzyło mi się. Cholera mówiłam nie dzwonić do mnie przed 10.00!!! Hahahaha, czekam na ciebie w piątek.

Dzień minął mi na graniu na fb. Przymulanie potoku myśli. Syn podszedł pytając się co robię.
 - Gram.
- Na czas?
- Nie, na ruchy. Widzisz już nie mam szans.
 - Poddajesz się? Nie wierzysz w siebie?
Cholera, ale trafił w sedno. Dokładnie tak-poddaję się. Nie mam wiary. Kontuzja może mnie wyautować z życia na pół roku. W pracy szykują się wypowiedzenia. Jasne, ze nie wręcza mi póki nie wrócę z chorobowego, ale w międzyczasie zdałoby się poszukać nowej pracy. Jezu.......przestaje myśleć zanim wpadnę w nurt paniki.
   - Nie synu, oceniam sytuację realistycznie. Patrz, przegrałam, bo nie miałam szans. Ale nie poddam się i zagram znowu.
Cholera zabrzmiało to .....
I nawet nawalić się nie mogę, bo jak zmówię modlitwę do klopa?!

środa, 9 stycznia 2013

na Albercika.



T mył dzisiaj syna, bo Starszy stwierdził, ze go ręce bolą. Samodzielność przegrała z bólami dorastania.
O mało co ręki sobie nie wyprasowałam słysząc rozmowę chłopaków - no tak, prysznic jest idealnym miejscem by z 6-latkiem rozmawiać o potęgach.

- Oszalałeś?! -zapytałam się.
- Spoko, szybciej pójdzie spać.

Podziałało, zwoje zostały poprzypalane.
Ha! i tak oto wynaleźliśmy nową metodę usypiania - na Albercika.

Młoda odpadła wcześniej -zamuliła się Myszką Miki.
-------------
Wieczorem oglądaliśmy film "Dwoje do poprawki". T zachował się słusznie mrucząc:
- Ty mi się nigdy nie znudzisz, kochanie.
Zaniepokojona powąchałam kubek, nieeee, nic nie czuć, T jednak kawę pije. Interesujące.
Trochę taśmy filmowej i T przeszedł terapię. Ciekawe co mówią na to statystki - powinno przeprowadzić się badania pt. Reakcja mężczyzn wobec swoich kobiet po obejrzeniu "Oboje do poprawki".
Swoją drogą film cudny, bo i cudna gra aktorska.
A później T stał się cudniutki .
Do chwili, gdy dotarliśmy do bariery mej ułomności.
Noga. Kolano. Wiązadło. Jedna usterka, a tyle ograniczeń. Wiem, ze są większe nieszczęścia, ale to jest MOJE nieszczęście. Zamykam się w swoim ślepym egoizmie. Czasami trzeba uronić łzę nad sobą. Wszystko gdzieś się pogmatwało. No właśnie, życie seksualna zmieniło się w.....nie wiem co, chyba w życie seksualne Indian z Amazonii albo biedronek. Ani tak, ani siak. Ulubione pozycje zostały odłożone na półkę wspomnień. Hm, jak spojrzę na te puchary będzie większa motywacja przy rehabilitacji. Oby się nie zakurzyły!



szpital vol. 1

Byłam w szpitalu. Klatka schodowa prowadząca na oddział urzekła porzuconymi w pośpiechu kiepami, które nawet nie próbowały chować się po kątach jak i bezwstydną podpaską, zużytą podpaską, leżącą na schodach. Ścisnęłam rękę T:

 -Widziałeś to? I ja mam tu być?!

Weszliśmy na oddział. Czułam, ze uszło ze mnie wszystko. Na szczęście tam nikt na nikogo nie zwraca uwagi, więc nikt nie chciał podłączyć mnie pod kroplówkę, ani w żaden sposób reanimować.
Pokój lekarski. Puk, puk. Lekarza nie było, bo operował. Musieliśmy godzinę czekać, by umówić się na zabieg. Godzina to wiele, zwłaszcza jak ma się alergię na szpital. Mega alergię. Godzina! 60 minut! Każda minuta wbija się swoimi małymi ząbkami w oczy i mówi - patrz! Widok ścian w salach (niektóre odłupane na brzegach), widok sal z tymi łóżkami i z tą pościelą, widok ludzi chorych (niektórzy byli w piżamach chyba szpitalnych...) i wydawanie śniadania przez jakieś kosmitki kroiło dusze na drobne kawałki po czym wyrzucało za okno. Czasy PRL i to głęboko głębokiego. Wyglądało jak plan filmowy Barei. Zapach, i to wszystko .......JA TAM NIE CHCE IŚĆ!!!

Powiedziałam dzieciakom, ze nie bedzie mnie przez 3 dni, bo muszę do szpitala iść.
- A wrócisz? - zapytała się córka.
- Pewnie, ze tak -o jejku jaka jestem dzielna przy dzieciach.
- A co myślisz - zaczął krzyczeć syn - że mama zostanie tam 100 lat?! że tam umrze? co?!!!
- Umrze, umrze - zaczęła krzyczeć córka i śmiać się tym swoim niesamowitym śmiechem.
- Hola hola, o umieraniu to ja bedę decydować, ok? A teraz cisza i spokój.
- Mamoooo - drąży temat córa- a co bedą ci robić?
-
Naprawią mi kolano.
- Ale jak wrócisz to będziesz mogła puszczać mi Myszkę Miki....
- Jasne, przecież noga to nie ręka, no nie?

-A będziesz miała taki odlot jak ja jak byłem w szpitalu? -zapytał się syn.
- Synu, na to liczę.


Wizja pobytu w szpitalu, sny zamieniły strach na panikę.

Chociaż dzisiaj dostałam cynk i uwierzyłam, ze może jednak poukładają się moje sprawy, ale ....
"strach jest oznaką rozsądku. Tylko skończeni głupcy niczego się nie boją."         (cyt. z "gra anioła").