czwartek, 28 lipca 2016

arizona dream

Trafiły na dywanik. Przełożony spojrzał na nie groźnie. Zaczęła się tyrada. Przypomniało się jej, jak trafiała na dywanik dyrektorski w szkole średniej. Dyrektor zaciągał jakby był lwowiakiem, a ona gryzła język aż do bólu, by nie parsknąć śmiechem. Z oczu wypływały łzy, które były przyjmowane jako skrucha. Nie była wtedy w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa.
- A tu łumiesz mówić? - zaciągając pytał się dyro. Z rozpaczy, by jednak nie roześmiać się, machała głową na nie...
- Widzę,dziewczyno, że Tobie to przykro nawet jest.........
 " Aaaaaaaaa wyjść, wyjść chcę, bo hahahaha nie mogę ..gryżć !!!!".
- Za nie przestrzeganie tajemnicy służbowej wyrzucę was z pracy, rozumiecie? - głos przełożonego przerwał jej wspomnienia. - To wszystko możecie iść.
Wstały:
- Dziękujemy. Życzymy miłego dnia -odpowiedziała zanim pomyślała. Kurde, ale ze mnie kulturalny automat. Robot of kultura. Kurwa...
Przełożony odwrócił głowę od ekranu komputer i zdziwiony uśmiechnął się lekko. Jak lis, który puszczając kurę, wie, że jej dupsko i tak będzie należało do niego.
Uuuuu, przekichane. Trudno.
Kiedy dział padał ze śmiechu z jej słów, które zostały rozniesione jak dmuchawce przez wiatr, ona została wciągnięta do pokoju. Szef działu doszukując się wszędzie konspiracji pozamykał szczelnie okna i drzwi. Miała wrażenie, ze gdyby mógł pobiegałby po pokoju za pluskwam.
.
- I jak, co mówił? 
- Nic, Dobrze jest. - stała wpatrzona w motyla, który odbijał się od szyby. Obok były dwa kaktusy. Smukłe. Jak z komiksu o Dzikim Zachodzie. Mózg przerzucił się na inny tryb. Kadr. 
- Ale...?
- Nie, nie, w porządku.
- To mi kamień z serca spadł. - mówiąc to otworzył okno. Przesłuchanie i to już drugie było zakończone
- Nie! nie otwieraj okna! motyl! Nie puszczaj go.
Zanim zareagował motyl odleciał.
- Kurde, motyl odleciał. A miałam kadr: kaktus, motyle...
Popatrzył na nią zdumiony i w jakimś nieopanowanym bezładzie opadły mu ręce. Wyszła.
- I co? - zagaiła koleżanka.
-  Nic. Powiedz mi lepiej stan USA na A z kaktusami. Podpowiem ci, że nie chodzi mi o Alaskę.
- Arte, weź...nie każ mi myśleć, co?
- A właśnie, o czym myślisz, kiedy nie myślisz?
- Co ci się stało? 
- Arizona dream - rzuciła roześmiana i poszła.






ps. pozdrowienia dla Chomisia, odrabiam już odrabiam,:))))

 i wejdę na Wasze blogi, bo mi brakuje :D

wtorek, 26 lipca 2016

Myśłę ...

Jestem chaosem. jestem zagadką.
Kobietą, która nudzi się wszystkim. 
Kobietą, która żywi się adrenaliną
potrzebuję swojej krwi, by żyć
i widma śmierci do śmiechu.

ARTE



O czym myśli człowiek, kiedy nie myśli?
O czym wy myślicie, kiedy nie myślicie?
A kiedy nie myślicie?

Mam stany, kiedy myśl czepia się trzepaka i robi fikołki. Stoję z boku i podziwiam ją, za to, że nie kręci się jej w głowie. A może właśnie tak powstają szalone myśli?

A drętwe jaką mogą mieć genezę?

Pomyślcie.



niedziela, 24 lipca 2016

telegram do anioła





Kochać to także umieć się rozstać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, 
na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zaprzeczeniem
 egoiz­mu, za­bor­czości,
 jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie,
 jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia,
 cza­sem wbrew własnemu.
Vincent van Gogh







Wracam. Wracam do siebie. Po milionach dni jałowej podróży po bezkresach niezrozumienia, gdzie wiatr szumiał....jesteś nikim,,,,,,,jesteś zerem.....odejdź.......nie mów......nie wkurwiaj mnie oddechem...nic nie rozumiesz...

Zaległam w kałuży zapomnienia bojąc się podnieść głowę, by nie oberwać. Przemoknięta drżałam rozgrzewając swoje tkanki alkoholem. Walka wewnętrzna pomieszanych nici paraliżowała mnie. Ogłuchłam na wszystko.
Zaplątanie, które nie pozawalało na krok do przodu, dusiło coraz bardziej. Taka matnia z młotkiem, co walił po głowie za wszystko. Spałam, bo sen chronił mnie. Ucieczka w wizje senne dawała mi chwilę radości. Świat, który śnił mi się był niczym dno oceanu - wabił kolorami i życiem. Nie chciał wypuścić mnie. Tonęłam. Tonęłam w sobie, w snach, w kolorach. Barwy wyznaczały mi trasę. Wędrowałam jak  po tęczy. Tej cudownej, bieszczadzkiej.
Nie ma mnie, nie ma, bo jak mogę być skoro jestem nikim?
Szklanka wódki. I sen. I tęcza.
Szklanka wódki. I sen. I tęcza.
A potem nadchodziła fala próby wymiotowania rozczarowaniem. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko, ale tyle części swobodnie latając we mnie raniło mnie, że opadałam bez sił.
Rozklejona leżałam w łóżku. Świat stał się zły. Nieprzyjazny. To wilk z bajki o Czerwonym Kapturku.

W imię czego stało się tak? W imię marzeń i wiary w .....
Szpitale są pełne wariatów, którzy pozamiatali siebie pragnąc czegoś, czego nie ma.
Pragnęłam tylko ..
Szklanka wódki i sen. Ucieczka w tęczę. Ten świat mnie okłamał. To nie moje miejsce.

niedziela, 17 lipca 2016

przed pobudką poniedziałkową.....

Ogarnęła mnie niechęć, przeogromna niechęć, która zalała wszystko, niczym ulewa w Gdyni.
Wszystko zatonęło w niechęci. Jak lody polane przez babcię sokiem malinowym. Ale tego, w przeciwieństwie do deseru, nie wciągnie się. Bo niechęć. Niechęć, by jutro rano wstać, ubrać się w garsonkę letnią i iść do pracy. Wstać i iść w papiery. Uśmiechać się. To nie jest praca dla mnie. Nie ze względu na uśmiech, ale ze względu na biurokrację.

Wszystkie lasy poległy dla biurokracji. Bo ludzie piszą. Bo wszystko mus być na papierze. Przewracając dokumentację mam wizję duszącej się ludzkości, a urzędnik ostatnim gestem i tak przybije pieczątkę. Wszystko musi być na papierze. Nawet zgoń świata. I nie można w złości krzyknąć życzenie:  "Aby ludzi posrało", bo do tego też potrzebują papieru.

Szurając gołymi stopami po piachu, pomyślałam, ze to jest kwintesencja szczęścia. Czuć sobą otaczającą przyrodę. Chłonąc wszystkimi zmysłami otaczający świat. Oto stopy zapadające się w piasku, które zaraz obmyje fala. Zabawne. Przesypujące się ziarenka piachu, które tańczą  niesione wiatrem. Cisza świata ludzkiego. Słychać tylko szum morza, który zagłusza pieśni syren, czy też plotkuje z wiatrem. Bryza jest niczym pot kochanków zatracających się w nieustannym pożądaniu.

Uciekałam wczesnym porankiem nad morzem. Spacery w asyście budzącego się słońca malowały cudowne wizje we mnie. Chłonęłam kolory i kształty rozrabiającej wody jak i igraszki mew, które oprócz mnie zostawiały ślady na piasku. Ciało rozkoszowało się zimnymi pieszczotami fal i wiatru.
Namalujcie mnie na nowo, namalujcie ...
Miałam wrażenie zespolenia przyrodą. I to jest właśnie magiczny portal do innego świata.

Udawałam, patrząc na statki, które były w oddali, że są zrobione z papieru. Oto statki zapomniane przez dzieci, które pobiegły do domu, by posłuchać opowieści dziadka. Teraz ludzie nic sobie nie opowiadają. Czytamy. Czasami czytamy im bajki. Historie z papieru.

Na jak kiego czorta człowiekowi cywilizacja? Myśląc przestajemy czuć. Przestajemy widzieć. Pomyślałam o plemionach żyjących sobie gdzieś na wyspach. Zadowoleni egzystują sobie mając wszystko gdzieś. Grunt, że ryb nie brakuje. I mogą cieszyć się sobą. Tak po prostu. Bo oto człowiek jest koło człowieka. Bez frustracji i stresu gonitwy za coraz większą ilością przedmiotów. Czas na dotyk, rozmowę, wspólne zapatrzenie się w otaczający świat, który pełen jest cudów.

Znowu dopadła mnie myśl ucieczki. Jeden gażdzet - aparat, drugi gażdzet - pióro i papier załadowane w trzeci gadżet - plecak. I iść przed siebie licząc na pomoc ze strony innych ludzi. Proszę o kromkę, proszę o kawałek stodoły. Nie chcę myśleć, jak krótka byłaby to podróż. Skończona zapewne na dworcu. Życie bez tożsamości. Tak zabunkrowały się sprzeciwy wobec świata. W końcu zatopione w alkoholu, by jednak nie czuć, nie widzieć.

A ja już czuję zapach papieru. Uwierającą woń biurokracji. Pół dnia przewracania papierów, by świat mógł istnieć. Tylko, że życie jednostki zastyga. A rośnie tylko dupa, od siedzenia.










piątek, 24 czerwca 2016

dzień pasywnej jogi



Nie możesz odnaleźć pełni poza sobą.
Źródło miłości nie istnieje na zewnątrz.

L. Jacobson




foto:arte


Czasami nie chce mi się nic. Tak trudno jest wstać. Budzik mam ustawiony na trzy czasy. Reaguję na ten ostatni. Powiekami. Powoli otwieram je. Ściągam się z łózka obowiązkiem pracy. Nie, nie, tak to nie wstałabym. Ale wstaję. Idę. Nie patrzę do lustra. Nie będę dobijać się, choć cień starej kobiety łapie za kostki, kusi, spójrz, na moment, no spójrz i szelmowsko chichra się. Nie patrzę. Nie mam sił.
Jedzenie nie smakuje mi. Chleb nasz powszedni staje mi w gardle. Ubieram się w banały. W czarne. Czarna kobieta. Tak mówią o mnie w pracy. Zaczepiają. Może intryguję milczącym smutkiem, który chowa się w uprzejmym uśmiechu.
Siadam na rower czując opór mięśni. Ciężkość jest jak przeciwwaga do chęci. tyle, że chęci brak. Zastój ciała przeraża. Siadam za biurkiem. Piję kawę, piszę, rzucam żartem. Od niechcenia. Lekkość bytu zamknięty w ociężałości ciała.
Wychodzę. Siadam na rower i znowu toczę walka z chceniem. Bunt mięśni wyznacza granice starości. Wewnętrzna gorączka trawi wnętrzności. Wpadam do domu. Obiad też nie wydaje się być zjadliwy. Parzę trzecią kawę i zalegam w swoim świecie przerywanym:
- Oooo mamoooo.....
 -  Aaaa dzieci.....
Myślę sobie, ze jak nie wstanę to tak zastygnę. Nie chce zastygać tak. Nie chce być mumią. Nie chcę być niebytem. Bo nie wstanę. Bo zalegnę. Bo zastygnę. Bo umrę. Sama w sobie. Każdy bieg oddech rwie. Uczę się wciąż oddychać. Żyć.
Wstaję. Idziemy. Rower. Badminton, Spacer. Piłka. Zmuszam się do ruchu. Walczę z niechęcią do życia, dla żyć, które kocham. Słabość chowam do kieszeni, a w kieszeniach ręce trzymam. Zaciskam je w pięści. Nie puszczę nie chęci. Nie puszczę. Bo chcę. Wszystkiego chcę. Spalam się.
Tylko miłość ratuje mnie. Ona nadaje plastykę mojej materii. Poruszam się. Idę. Lecę. Chcę. Żyję w pełni.
Zasypiam.
Budzi mnie budzik. Wstaję za drugim dzwonkiem.


Okręt mój płynie dalej... - "KH" - 1984, 97,5 x 132 cm (PD) #Beksinski








Szczęśli­wym jest człowiek, który z przeszłości swej pa­mięta to tyl­ko, co dało mu za­dowo­lenie. 
Nie­szczęśli­wym zaś ten, co no­si w pa­mięci wyłącznie nieszczęścia.
Hagiwara Sakutaro









...................................................................................................................................................................








ps zaniepokojonych grzecznie informuję, że płynę na fali szczęścia i mam plan życie.....straszny plan , bo ambitny :p haha





czwartek, 23 czerwca 2016

u dentystki

Siedzę spokojnie w czasie borowania, wręcz zasypiam. Ledwo słyszę co dentystka mówi, a mówi coś o czyszczeniu zęba. Uśmiechnęłam się, To lepsze niż wiertarka w gębie. Jej ręka ze strzykawką zbliżyła się do mojej twarzy i jak mi nie psiknie tak wpięło mnie fotel. Członki me zadrżały. Oczy wyszły na wierzch. Co jest?! Co to za paskudztwo! Co za smak! Bleee gleeee.... Żre mnie to! To, to, to jest jak domestos!!! Język wpadł w jakiś agonalny taniec. Próję wypłuć, ale nie mofgę, a to spływa, spływa mi w przełyk.
Mina mi zrzedła.
To się dzieje naprawdę. Mordują mnie po cichu Złe Małpy* mordują mnie, ale za co? No za co?
Nie, nie chcę żyć, ale to ja wyznaczę, do jasnej cholery, swój kres. Ja. Tylko ja.
- To zabija zarazki ! - wrzask dentystki przywrócił mi utracona przytomność umysłu. Zarazki? Ja bakteria? Taka wielka straszna jak w reklamie? buuuuuuu....zginę.
- NIE POŁYKAJ!
Nie połykaj? nie połykaj? Kpina? 

No tak, no jak ...nie połykaj. 
Walczę, a strugi próbują wciąż wedrzeć się w moje rury. Nie chcę umierać, nie chcę !!!!
Nie połykaj.. Nie połykaj... Pewnie krzyczała tak do mikrofonu, na obronę swojej niewinności. Sprytny plan.
Walczę, by nie połknąć, Pali mi w pysku. Trzęsie moim ciałem, a jednak to trucizna. Rany ...

Dentystka w tym czasie zaczęła pchać mi waciki do ust. Wpięło mnie w fotel. Co robisz Brutusie co robisz? Oczy zachodzą mgłą. Rany. Nie dość, ze truje, to jeszcze chce udusić. Ostatkiem sił popatrzyłam na nią wzrokiem... umierającym. Szlag, głupio tak umierać na fotelu dentystycznym. Chujowy romantyzm. 
- Możesz wypluć.

Co mogę? Wypluć? Nie wierze. Żyję? Mogę? Żart? Ukryta kamera? 

Splunęłam. Życiu splunęłam. 
- Rany, co to było? domestos?
- Hahaha taki dentystyczny.
Przeżyłam. Nie boli. tylko gęba ma posmak szaletu miejskiego.

Moja ma tak po dentyście...

Niektórzy mają tak na co dzień.





-------------

* Złe Małpy - Matt Ruff

opowieść o o sekcji zwanej Wydziałem Usuwania Niereformowalnych Osób - potocznie określanej jako Złe Małpy. 

wtorek, 21 czerwca 2016

dialogi rodzinne


Dialogi rodzinne są tą rzeczą, jedną z wielu, które uwielbiam. Nie chcę mi się ich obrabiać więc zarzucam cytatami w formie saute: - oto historyjki w małej ilości słów.



W szkole.
- Proszę pani mam problem.
- Jaki masz problem? - zwróciła się nauczycielka do Młodej.
- No mam problem. Bo problemem jest mieć problem. Więc ja mam problem. I to jest problem. Hahahaha...




Przy porannej kawie z Moonkiem.
- Padało rano.
- Deszcz - odparł.
- Myślisz?



- O Kudłaczek przyszedł!
- Tato, no weź. Popatrz na moją twarz. Czy ja jestem zarośnięta?



- Dlaczego masz brudną szyję?
- Babciu, bo byłam w kominie.
- A co tam robiłaś?
- Jak to co? Brudziłam się


- Aaaa zjedliście całą czekoladę? A ja?
- Mamo, ale okruszki zostały ...
- Hahaha dziękuję ci Młoda.


Rozmowy małżeńskie :D

- Starzeję się.  Coraz wolniej jeżdżę. Ty wiesz, ze w zakręty wchodzę 80-tką.
- Oszalałaś prawda?


- W głowie mi się kręci...
- Od miłości...
- Pewnie tak, hahahahahaha



- Mężuś, ty wiesz, że w pracy mi dawali tak o dychę mniej- 33, 34 lata!
- Jak bym ci dał 25.
- Tak?
- TAK. Bez możliwości wcześniejszego zwolnienia




niedziela, 19 czerwca 2016

Nos









Przy obiedzie Tomasz zaczął jęczeć:
- Arte, bo ty nie masz instynktu samozachowawczego.
Stałam nad nim przykładając lód do nosa. Cholernie bolało, ale nie wyglądał na złamany.
- Czego nie mam ? - zapytałam się zdziwiona.
- Instynktu samozachowawczego. Robisz głupie rzeczy uszkadzając siebie. Przecież wiadomo było, ze przyłbica poleci i nie przytrzymałaś jej. A już nie mówię o tej spróchniałej ambonie. Po co na nią wlazłaś i to jeszcze z dzieckiem!

sobota, 18 czerwca 2016

Taki dzień z tygodnia



Cały dzień stoję w pracy. Cały dzień siedzę w pracy.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Osiem godzin z uśmiechem. Piękny trening mięśni.

Do wieczora, kiedy wymęczona dusza tchnieniem jednym jęczy:

- Dzień dobry. A czy mi może ktoś pomóc?



Matrix. Urzędowy matrix. Obieg ludzi i dokumentów. Rzeka absurdu. Z meandrami zaginięć.

- No nie ma!

- JAK NIE MA!!!! JAK NIE MA  SKORO MIAŁAM TO W RĘCE!!!!

Zespół poszukiwawczy przetrzepuje wszystko. Każdy kąt, zarośla. Byle wściekłość nie zamieniała się w tsunami. Obrywa wówczas każdy w chwilach nieobliczalnych.

 - Nie ma.

- BYŁO!!!!


Telefon do autora dokumentu ostatnią deską ratunku.


- Nie, nie napisałem tego, bo wciąż mam ten projekt w głowie.


Wytrenowane mięśnie podnoszą uśmiech. Tyle tylko, że niewolników.







piątek, 17 czerwca 2016

"To się da" Anny Sakowicz - idealna książka na wakcje











"To się da"

Anna Sakowicz







           To się dało, a raczej udało Annie Sakowicz, napisać wspaniałą książkę. Książkę, którą może przeczytać zarówno osoba nastoletnia, jak i w wieku mocno zaawansowanym. Uniwersalna lektura z jakże ziemskim, a jednak nieziemskim klimatem. Poruszane w niej historie choć prowadzą czytelnika po znanych zakamarkach życia, to jednak odkrywa on świat na nowo.  Świat, w którym nadzieja wciąż się tli i to żywym ogniem. To się da! Bo da się wszystko.

          Anna Sakowicz potrafi czytelnika rozśmieszyć, wzruszyć, zezłościć, zmusić do refleksji. Jej bohaterowie mają niezwykle i zwykle osobowości,  z którymi łatwo utożsamić się.

          Wirtuozeria słowa jak i pomysłów Anny jest nietuzinkowa. Z każdym przewróceniem kartki autorka zaskakuje czytelnika albo nowym wątkiem, albo zwrotem akcji i choćby czytelnik chciał odłożyć książkę to wiedziony ciekawością, pobudzany niejednokrotnie mieszanką uczuć, nie jest w stanie tego zrobić, póki jej nie skończy.

Życie, śmierć, miłość, homoseksualizm. Tematy trudne, a jednak przedstawione w sposób piękny, subtelny, wyważony. Codzienność, która ujmuje kruchością chwil, zabawnymi sytuacjami, ciepłymi momentami.