niedziela, 23 kwietnia 2017

foto - świat w obiektywie :)






foto - Arte :) 




Anioły – gdy spadają
nie wiedzą gdzie jest dno
Anioły – łatwo złapać
pułapek na nie znam ze sto
Anioły – są naiwne
i zawsze myślą, że to całe zło
ominie właśnie je
dlatego tylko…
Moja bądź
i tylko przy mnie błądź
 - z repertuaru Republiki :) 








marzenia są od tego by je spełniać 
a życie od tego by żyć
moja rebelka :D
moja nowa miłość
i nie, kurwa, nie zabiję się - nie mulcie mnie tym :D :P






a pasją naszą są gry :)


Życie to gra. Gra, która staje się coraz trudniejsza. Której poziom wzrasta wraz z doświadczeniem gracza. W pewnym momencie każdy natrafia na okazję. Może wtedy wybrać drogę, którą dotąd podążał. Być może prostą, a może trudniejszą, ale znaną. Czasami melancholijną, która nie wnosi do życia nic nowego. Jest jeszcze drugi wariant - ryzyko, nowa ścieżka, skręcająca w mroczny, tajemniczy las, gdzie nie jest pewne. Gdzie możesz wygrać lub przegrać.
Anna Walczak





Młodej wybór. Słuszny :P :D






portret pewnej Sis :D





Super książka. Bawi i nie tylko :D 







spacer niedzielny
























BUZIAK :d 




latawce, dmuchawce, wiatr ----zabiegani :)













fabryka chmur :P :D






Młoda i mrówki :D































syn stworzył animację- historia o mamie, taaaa to coś w płaszczu to ja :D






























kickboxing - moja nowa pasja

























foto - Arte :)





poniedziałek, 17 kwietnia 2017

lekkości


Jakiekolwiek byłoby źródło mej głupoty, jeszcze się nie wyczerpało.
  • Źródło: Niedziela Palmowa, K. Vonnegut







Tak muzycznie, po polsku....

odkrywczo lub mniej, lub inaczej lub co tam, ale polska nuta - patriotycznie tak na ten święty czas :D 


:P :D






- Mamo, wiesz jaka jest różnica pomiędzy papierem toaletowym a człowiekiem?
- Wiem jakie jest podobieństwo a różnica?...hmmm..... jest taka? - zapytałam się zdziwiona po chwilowym namyśle.
- Papier toaletowy rozwija się - wykrzyknął syn ubawiony - a podobieństwo jakie?
- Jedno i drugie, synu, jest do dupy.
- Hahaha, ale tato to nie, ani babcia.
 - No nie.....ale ja to tak?
- Hahhaha, no mamo!

Słusznie zauważył, że jedna babcia nie jest do dupy. Wpadliśmy za to do drugiej babci. Właściwie to ja wpadłam na jej ogródek po szczaw, a reszta rodzinki do niej, do domu. Zaraz gdzieś zjawił się koło mnie mężulu, z reklamówką, i zaczął mi pomagać w rwaniu zielska.
- Wiesz, jesteś ostatnio taka radosna, gdzie twój dół?
- A chuj z nim jak ze wszystkim mężu, wyleczyłam się...
- Lubię cię właśnie taką..
- Pffff nie sztuką jest być gdy jest dobrze. Czy co tam. Nieważne.
- Ale jestem z tobą czubku zawsze.
- Skoro jesteś aż tak głupi....- zaśmiałam się głaszcząc go po łysinie - i masz całusa.
Cmok. Gest czułości musi być. To nie nagroda. To taka potrzeba. wewnętrzna. Bo jak się kocha to ręce szukają dając przytulenie. To takie proste, banalne i urocze.
- Ty mój głupku .... - przytulił mnie.


Gdy weszliśmy do kuchni teściowej dzieci już siedziały przy talerzykach z wielkimi kawałkami nie wiem czego. Sernika na zimno? Nie, jakiejś bliżej nieokreślonej masy. Fuj...Nawet nie chciałam wnikać co to jest, bo teściowa lubi eksperymenty dość dziwne.
-  Szlag jasny, czemu to jecie skoro nie jedliście obiadu? - ryknęłam. Moja życzliwość wobec człowieka jest po prostu nieograniczona! Ten ton, słowa. Chyba zacznę trawkę jarać na złagodzenie rysów swych w atakach szału.


 - No bo zapomnieliśmy!
- No to macie nie zapominać, bo sprawa jest prosta, przed obiadem zero słodyczy. Szlag jasny! a ty kobieto - zwróciłam się teściowej - nawet mnie nie wkurwiaj, nie zapytasz czy jedli obiad czy nie tylko już im wpychasz i to takie kawały. Zwariowałaś? Sama się tucz. Szlag. Mooniek dawaj klucze, jadę do domu. Zresztą zupa się gotuje na gazie.I nie będę tu tkwić i na to patrzeć!
- A my co?
- A gówno. Na piechotę będziecie wracać.
Zanim odpaliłam silnik przybiegł syn.
- Niedobre było. Wracam z tobą.
- A gdzie twój rozum co? mogliście po obiedzie przyjść na ciacho.
- Nie chcę tu chodzić.
Pod drzwiami mieszkania okazało się, ze nie mam kluczy do domu. Syn pobiegł do mojej matki po klucze. Szlag jasny, ale ze mnie nerwus, ale nie cierpię tej baby i tyle. Ale przynajmniej nie zakurwiłam, słowem, w końca Wielka Sobota, świąteczny czas.  Robię postępy.
Kończyłam gotowanie zupy, gdy mężuś z Młodą wrócili.
- Arte, nie mogłaś użyć innego tonu? - zapytał ubawiony.
- Nie, wiem, może przesadziłam, ale wiesz, ze od 10 lat tłukę do tego łba a on zakuty.
- Ja też, ale co zrobisz.
- Nic. Jutro będę miła.
- Ale ona chyba nie przyjedzie.
- Fuck, daj słuchawkę.
Zadzwoniłam, przeprosiłam. Aczkolwiek jej wywody wzbudziły we mnie kolejną porcję agrechy.
- Słuchaj - odparowałam na kolejne zrzuty, które wypadły z jej ust podczas rozmowy- to, ze ty swojego syna szkoliłaś jak psa policyjnego i lałaś linijką to mnie gówno obchodzi, ale dzieci mają swoją energię, radość, entuzjazm, a wiesz co to jest? chyba nie, więc właśnie to jest co mają dzieci  i nie zabijaj tego swoją odwieczną starością, a poza tym nie dziw się, że w takim przypadku omijają twój dom szerokim łukiem.
Szlag, miałam przeprosić a tu szykuje się wojna na miarę Korei  Północnej z Amerykańcami. Szlag. Zagryzłam wargę. Dla Moonka zamilczę. Ona swoje, a ja zmęczona wysłuchiwaniem bzdur szybko odparowałam:
- Ok, ok, masz rację, to jeszcze raz sorki, a teraz wybacz kończę obiad, to do jutra.
Odłożyłam telefon. Chyba od rana będę na lekkim lakierze, by jej nie znieść z pola widzenia, by znieść jej gadaninę. Ale w imię czego? A Moonka. No tak...
Tylko w imię czego Moonka znoszę?
Hm....
Acha, ten love....
Hahahahahaha
A on mnie w imię czego znosi?
Hm?
Acha, no tak, ten love hahahahaha
Akceptacja i troska i żyję się cudnie. Proste? Wręcz banalne.




- Arte, może za miast virażki to kupisz rebelkę, co? Popatrz.
- Ty mi kupisz. Patrz, a ten. Kurcze, czad. Szlag!
- To jedź i kup. Choć równie dobrze, możesz kupić broń i strzelić sobie w łeb.
- Tak? Głupek! A gdzie twoja wiara we mnie? hahaha, a ten model, patrz, kurde, ale ja chcę za rok, wiesz, by tak było fajnie. Na 45-tkę, Ale....
 - Rób jak uważasz.
Mam teraz poważny dylemat. Ygh.
Zadzwoniłam do kumpla.
- Dzwoń, pojedziemy, przywiezuiemy.
Nie mam już problemu.
Tak mi Mooniek zabrania motoru.
Tak mi zabrania wszystkiego.Wolność w związku jest najpiękniejsza rzeczą. Każdy chce być wolny, i spełniać się więc dlaczego niektórzy chcą zakładać partnerom obrożę? W imię czego? Nie lepiej kupić fretkę?

- A w ten weekend jedziesz gdzieś?
- Nie, do nas przyjeżdżają.
- Aha, a kiedy jedziesz?
- Za tydzień. Na studia, a potem nie wiem, chyba nad morze, albo z Tobą do Kazimierza, co?
Jesteśmy razem po spełnienia własne. To piękne. Ty możesz, mogę i ja, razem tak dla siebie. Ideał. Bez zbędnych słów. Zresztą nie grzebiemy w sobie, bo po co. Rozmawiamy. Równoległe.
-  Mamo, ty chcesz wszystkiego!
- Synku, chcieć to żyć. Nie chciejstwo to przedsionek śmierci. Po co trwać, gdy tyle rzeczy jest do przeżycia?  A co nas czyni ciekawymi ludźmi, co? Pomyśl.
Raz się żyje, a tyle jest do przeżycia, poznawania, doświadczenia.
Telefon.
- Arte, jedziemy na park linowy w maju?
- Pewnie. Powiedz tylko kiedy...
Podreptałam do Moonka.
 - Ok. Chcesz...
Życie. Jest piękne. Lekkie. Zabawne. To my nadajemy mu barwę i ton. Bo można zawsze pomimo wszystko.
- Córa- zadzwoniła matka - ty wiesz, że wczoraj zmarł syn Helci?, a tydzień temu rozmawiałam z nim, bo spotkaliśmy się a dzisiaj go nie ma..to życie jest gówno warte, wiesz?
- Ygh...żartujesz. jak ?!
Życie, ono tak nieoczekiwanie kończy się i chuj - jest śmierć, grób, żadne zmartwychwstanie, chyba, że duszy, ale nie wśród ludzi. Więc memento mori. Warto żyć. W pełni, by umrzeć spełnionym.
Tak łatwo zapominamy o tej granicy. Granicy życia i śmierci, a w obliczu tego co jest warte? Co jest warte gniewu, kłótni, pretensji, grzebania w stratach, w bólach, w przeszłości?


Córka dostała szału zabawnego i zaczęła wygłupiać się na maksa. Szalona kobieta o zabawnych oczach.
- Zabawna jestem, prawda? - rzuciła pomiędzy jednym wygłupem a drugim.
- Chyba żałosna - odparował Starszy.
- Ej, sarkazm wsadź sobie teraz do kieszeni i wyciągaj przy kumplach. Zabawna jesteś, łobuzico kochana.
Walka na wodę zalała mieszkanie, łózka, piżamy. Wyschnie, wszystko wyschnie, a wspomnienie szalonego dnia pozostanie.



Wracam do treningów :D






















"Rozmyślania"


Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest punktem widzenia, nie prawdą".

 "Tak należy wszystko czynić i mówić i o wszystkim myśleć, jakby się już miało odejść z życia..."

 "A chociażbyś miał żyć jeszcze trzy tysiące lat albo dziesięć tysięcy razy dłużej, przecież pamiętaj o tym, że nikt innego nie traci życia nad to, którym żyje, a innym nie żyje, jak tym, które traci. Najdłuższe więc równa się najkrótszemu. Teraźniejszość jest bowiem równa u wszystkich, a więc i to, co się traci, jest równe...

"Jakże jest okrutne nie pozwalać ludziom dążyć do tego, co się im wydaje stosowne i korzystne. A przecież poniekąd nie pozwalasz im na to, skoro się gniewasz, gdy błądzą. Na ogół bowiem dają się porywać pewnym popędom w mniemaniu, że to jest stosowne i pożyteczne. - Ależ tak nie jest. - A więc poucz i pokaż, ale bez gniewu."

"Po szóste: jeżeli co cię zbytnio gniewa lub trapi, pomyśl, że krótkie jest życie ludzkie i że wnet wszyscy spoczniemy w trumnie."
j

piątek, 14 kwietnia 2017

Wesołych Świąt! :D




Krzyż - jest i znika., powisi się i potem wyrko i życie wraca,
więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło a Wam życzę wszystkiego dobrego! :D

Bądźcie mokrzy ( :P:D) i szczęśliwi i zdrowi !

Z jajem, kochani, z jajem! :D 

przez życie trzeba iść a nie laurów
liść 
przeszłości
tylko
napierdalają w kości :D

Buziole :D







:D 



czwartek, 13 kwietnia 2017







Królowa Lodu pociągnęła za łańcuch
wyrwała jakiś skrawek skóry
jakieś oko wypadło
wypadło serce przez pusty oczodół
zjadła je szybkim ruchem żuchwy

Spojrzała
na to ciało
(co jej serce oddało)
 bez uśmiechu 
z niesmakiem co bił z jej oczu
"kurwa niedobre było"
lepiej byłoby mi
do baru mlecznego iść
na przedmieściu krakowskim

zabila gestem tak
tak zabila słowem
obrażona 
poszła sobie
wyrzucając serwetkę
którą wytarła usta krwawe swoje

"Oto twój całun"
wrony zakrzaczały
i poleciały
za nią tak wzleciały niczym płaszcz
zrobiło się cicho
tak spokojnie 
tak pięknie
a echo tylko powtarzało za szumem skrzydeł
"a masz" "a masz" "a masz"


kumasz, kumasz
szamasz szamasz 
serce
czyjeś zawsze człowieku

---------------------Arte




Mea culpa, mea culpa
Bo jestem tylko
witrazem przeszlosci
Duchow zlych
I tylko tyle
Widzisz w tych
Zdeptanych przez siebie szklach
Nic nie widzisz
Tylko swoje ja
I  duchy swojej przeszlosci
W przerysowaniach
I glaszczesz nieprawde
Jak psa
Nie wychodzac poza horyzont
A tam zamieszkam ja
Tanczac
Posrod malych slonc
Na lakach stokrotek







wtorek, 28 marca 2017

zaskok

Wróciłam do domu. Czerwona, spocona, radosna.I tak dumna z siebie. Przeżyłam.
- Gdzie byłaś? - zapytał syn buzią pełną jedzenia, gdy weszłam do kuchni.
- A na kickboxingu. Zapisałam się. Power maks, czuję, że czuję. Każdy mięsień!
Starszy, aż wypluł do talerza to jedzenie, które tak mielił i mielił w buzi.
-Co?! Po tobie można wszystkiego spodziewać się. Zaraz będziesz skakać przez płoty, z dachu, i przyślesz zdjęcie z Wenus.
- Hahahahah teraz to pojechałeś chłopie. Wiesz całe życie marzyłam, by nawalać w worek i teraz tak będzie.

Faktycznie, przez pół życia karmiona filmami z Van Damme'n, z Bruce Lee,  marzyłam, by uprawiać jakieś sztuki walki. Najlepiej tajski boks. Ale rodzice zawsze wybijali mi to z głowy, a później pomimo niezależności jakoś tak życie pognało do przodu. A teraz? A teraz stoję w miejscu i rozglądam się co by tu jeszcze przeżyć.Teraz cieszę się jak dziecko, ze przeżyłam pierwszy trening. A był morderczy.

- Wiesz zastanawiałam się czy zakwalifikuję się na zapis, taka staroć, to tak nawet głupio.
- No co ty, ja się cieszę, w takim wieku powinno uprawiać się sport, jakikolwiek. Następuję zwyżka formy fizycznej, lepsza przemiana materii .. - odpowiedział instruktor.
- I można zaskoczyć powalając kogoś celnym ciosem- zbrechtałam.

Wyżyję się, spalę w sobie agresorka, będę mieć płaski brzuch i mocny cios. I żadnych tłustawych ramion z obwisami jak firany w dawnej jadalni na pkp. Ble.

Ćwicząc, patrzyłam, na lustro, które było przede mną. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Czerwony, bezkształtny kalafior to ja. Wow, potęga. Potęgą było nie pomylić kroków. Podstawy uderzenia. Obrony. Praca nóg.
Mój nowy raj.

Opanuję podstawy to będę walić w worek. A jak będę walić w worek to kupię sobie swój i będę dalej walić w worek. Cudowna esencja życia. Wszystkie sny, marzenia i pragnienia zamknę w pięści i przypierdolę nimi mocno w worek. Aż nic nie zostanie. Nic, nic, nic.

Muszę dorzucić bieganie. Rower. Rolki. Zagubić w sobie poczucie więzi z krainą cienia. Zdeptać pragnienie śmierci To coś, co we mnie drzemie, najlepiej opisał Charles:

Jest we mnie coś nad czym nie panuję. Nie potrafię przejechać samochodem przez most bez myśli o samobójstwie. Nie potrafię spojrzeć na jezioro czy ocean bez myśli o targnięciu się na własne życie. Nie trwa to długo, ale zawsze mnie zaskoczy: SAMOBÓJSTWO. Jak światło pojawiające się nagle. W ciemności. Jakby było wyjście, które pomaga ci zostać. Rozumiesz? Istnieje też możliwość, że to szaleństwo. A to już nie przedszkole, kolego. Więc zawsze gdy spiszę dobry wiersz, dostaję zastrzyk energii, żeby iść do przodu. Nie wiem jak inni, ale czasem, gdy schylam się żeby włożyć buty, myślę sobie, "Jezu Chryste, i co teraz? Przesrałem życie, mam dość, nie daję rady". Muszę odrobinę z tego wyrwać, ale nie za dużo. Przypomina to przełykanie gówna całymi wiadrami. Nic dziwnego, że więzienia i domy wariatów są pełne, podobnie z rynsztokiem. Dlatego lubię patrzeć na koty, one mnie luzują. Sprawiają, że czuję się dobrze. Nie wsadzaj mnie do pokoju wypełnionego ludźmi. Nigdy. Zwłaszcza w święta. Mówię ci, nie rób tego.
— Charles Bukowski, fragmenty książki „Kapitan wyskoczył na lunch, więc marynarze przejęli statek".


A kota chce Młoda. I to chce strasznie mocno. I będzie mieć. Kiedyś, na lato,  na sierpień. Gdy będziemy w domu. Na razie to ja kota dostaję przez nią.
Młodej nic nie pasuje. Wszyscy chcą pizze, ona nuggetsy. Każda koszulka uwiera, bluzki za ciasne a skarpetki i majtki do bani. My idziemy prosto, ona znika gdzieś po kątach. Zawsze na opak. Zawsze coś nie tak. Zawsze coś.
- Wiesz  Młoda, czasami już mnie tak irytujesz, ze mam wrażenie, że ciebie nienawidzę, naprawdę, aż nie mogę, no nie mogę.
Córka popatrzyła na mnie.  Jej wielkie brązowe oczy ze zdziwienia przeszły na psotny blask.
- Ale i mnie kochasz najmocniej na świecie! - rzuciła z pewnością siebie.
- To fakt, kocham cię, ale kiedyś nie wytrzymam. 
- Ale wiesz, że ja mam wszystko w tyłku. Jak ty mamo. Jesteśmy takie same.
- I to mnie wkurwia, kochanie, najbardziej.

Ale co tam. Zapisałam się na zajęcia. Będzie to nowa forma mego życia. Lubię siebie rozpieszczać. I dać sobie wycisk. Czy wytrzymam? Kolejna granica przede mną. Mój Rubikon.
Kiedyś czas zacząć spełniać swoje marzenia. Bo życie minie, oj minie.
A czas szybko ucieka. Spojrzałam na zegarek. Wskazówki wskazywały na  21:30, a Młoda dopiero weszła pod prysznic płacząc, że jednak ma jeszcze jedno zadanie do odrobienia. Starszy zaczął się  drzeć, by nie płakała tylko szybciej wyłaziła z łazienki. Mooniek puścił jakiś jazz, by zrobić z muzyki ścianę wyciszenia. Dom wariatów. Puściłyby mi nerwy, ale jak dobrze, że wszystko mnie boli, jak dobrze, że nic mi się nie chce. Jęknęłam tylko:
 - A ja wam mówię, ze kiedyś nie wytrzymam i się wyprowadzę. Gdzieś w cholerę wynajmę pokój, znajdę pracę i już.
- Mamo, to twoje życie i wszystko możesz.
- I to sobie zapamiętaj synu. To sobie zapamiętaj ...





(hmmm....Cerekwicka w końcu nagrała coś na miarę siebie i swojego głosu, czas najwyższy )





Spełniajcie się, bo życie tak szybko odchodzi 
👹😛😎




poniedziałek, 27 marca 2017

poveste









Chodzę i mówię co mnie irytuje. Irytuje mnie to, że chodzę i to, że mówię. Po co mówić, po co chodzić. Po co cokolwiek robić. Inaczej jednak nie mogę, jak chodzić i mówić. I nagle ten zlepek ewoluuje na moich oczach. Układa się w most, w drogę taką. Na przęsłach. Wahadłowy. Pięknie niebezpieczny. Z brakującymi deskami. Co drugiej dechy nie ma, a co czwarta połamana.Wiem, gdzie jestem i na czym stoję. Ale idę tam, gdzie idę. Lubię tak prowokować i gnać uciekać, szukać. Lubię włazić na ten dziurawy most i skakać po nim. Skakać, skakać i krzyczeć, a niech chwieje się, niech runie. Niech wszystko runie.
Nowa budowla. Nowe zdarzenia. Nowa tragedia. Nowa historia.
W pewnym mieście pewien facet miał wybudować świątynie, a ponieważ był mistrzem to został wezwany. Władca, który go zawezwał, siedział w wannie pełnej krwi.  Był poszukiwaczem nieśmiertelności. Też tak można. Zamiast koziego mleka - blood. 
Kiedy wstał z tej wanny to stanął w nagości swej okrytej purpurowym płaszczem. Płaszczem z krwi. 
Ta krew ciekła mu z nosa, z brzucha.  Ciekła mu z przyrodzenia i kapała: kap kap kap. 
Kap, kap, kap ...
I z moszny tak: kap, kap, kap.
I w tym kapie, w tej krwi stojąc, władca przemówił:
 -  Wybuduj mi chłopie najpiękniejszą cerkiew, świątynię, która będzie niepodobna do innych budowli, która będzie moja, i którą będą podziwiać pokolenia.
- Zbuduję.  Nigdzie nie zbudowałem takiej samej świątyni, zawsze kolejna jest piękniejsza od poprzedniczki.
 - Kolejna lepsza - zamyślił się władca. "Kolejna .. " - A komu ty chcesz budować jeszcze, co?
- Panie, świat nie kończy się na twoich kaprysach.
- Nie? - zdziwił się władca i już nic więcej nie powiedział, tylko uśmiechnął się. Tak lekko krzywo. Szyderczo nawet po trosze.
Władca nie mógł lepiej trafić, ale za to mistrz wpadł w samo gówno. W sam środek krwi. Tak oto śmierć zaczynała swój taniec: kap, kap, kap.
Manolo siadł na placu budowy czując wielką niemoc. Nie było myśli, nie było nic. Tylko fallus cieknący krwią machał swoją główką.  Wciąż miał w głowie: kap, kap, kap. 
I  nie szło mu nic. Nic, nic, nic. Cholerny fallus zamiast wiary wypełniał mu sny.
Manolo wracał do domu wieczorem, do swojej siedemnastoletniej żony i wtulał swą głowę do jej łona. A w łonie tym rozwijał się ich syn. I tak mijał tydzień, jeden, drugi, trzeci: syn rósł, a mistrzowi nic a nic nie rosło. 
I tak Manolo siedział na pustym placu budowy i tylko dłonie żony przynosiły mu radość życia jak i nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Będzie lepiej, będzie lepiej, bo lepiej musi być. I któregoś dnia zleciał anioł. Popatrzył na plac, popatrzył na chłopa:
-  I co? i gówno. Myślałeś, że wybudujesz cerkwie, ale bez nas to dupa blada. Ale wiesz co, zróbmy tak. Zamurujesz w fundamentach świątyni pierwszą osobę, która zjawi się na budowie, a my już ogarniemy resztę. Znaj naszą dobroć ważniaku.
Co tam jedno ludzkie życie. Świątynia ku chwale Boga musi stanąć. I niech władca ma swoją dumę.
Manolo się zgodził. 

Nastał kolejny dzień. Mistrz poszedł na budowę i zaczął ciąć dechy, układać je i myślał. Myślał, układał, ciął.  
A tu żona przyszła. Ze śniadaniem którego zapomniał. 
- Kochana moja jedyna, niezastąpiona...
Ucieszył się. Wzruszył. Ucałował.
I zesztywniał. 
Zamarł.
To była pierwsza osoba, która weszła na plac.
Anielski plan. Pełen miłości. Zrozumienia. 
Tak, tak, tak, kap, kap, kap...
Co mógł zrobić? 
Co?
To co musiał zrobić.
Zamurował żonę wraz z nienarodzonym synem. Na żywca tak. Cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce ...
To nie był strzał z pistoletu. to była cegłówka po cegłówce. Milion sekund, tona myśli.  A on? A on wciąż kładł tą cegłówkę po cegłówce, cegłówkę po cegłówce. Swoimi rękoma tak kładł.
Cegłówkę po cegłówce.

Taki był układ z aniołem, tak chciał świątynie, tak ...tak kurwa ...jak kurwa tak można?
No jak? Jak można?
A jednak można.
Mężowie potrafią tak. Tak kłaść.  Tak cegłówkę po cegłówce.
Podobno nawet w oczy sobie spojrzeli, przed tą ostatnią cegłówką: spojrzeli sobie bardzo głęboko w oczy.
Ile trwała ta chwila, co myśleli, co powiedzieli, ile milczeli, co czuli?
Za słabo czuli, by zdemontować mur i olać świat. Demagogia wiary zeżarła ich dusze.
Manolo może i kochał żonę, ale swoją sławę i wiarę kochał jeszcze bardziej. A ona? Ona jego kochała - nie uciekła. Poddała się. Ku chwale boskiej.
Ofiary miłości.
Tandetne piękno.
Jak krew cieknąca po mosznej: kap, kap, kap.

Aniołowie dotrzymali obietnicy. Powstała urzekająca budowla, która stoi do dziś w Rumunii.
A Manolo co? Po tym jak go władca uwięził to chciał uciec z niewoli,  z tego szczytu dachu, skąd zabrali mu drabinę, ale tylko powielił mit o Ikarze. 
Zawsze ktoś coś powiela. I głupio potem umiera. Jakby nie wiedział....

Świątynie można podziwiać w Curtea de Arges. 
Arges, to rzeka, to imię żony Draculi. To też jest niezła historia i też do dupy. 
Wszystkie historie są do dupy.
Tak jak mój most.

Deski jak słowa, jedna po drugiej, jedna po drugiej. A most wciąż dziurawy, rozkołysany, niebezpieczny. Ale mój. Bez aniołów. 
I bez św. Jana w pobliżu. A Nepomucen powinien stać, choćby w cieniu. 
Powinien.

Powinno być wiele rzeczy.

Tak, tak, tak, kap, kap, kap.....

Tylko bez aniołów. Niech ich szlag. I bez ślepej miłości do aniołów, którzy wcale nie są idealni.

Ideały nie upadają.
Podobno.

Walczą o siebie.
Na dziurawych mostach.









.
***.......story wszelakiej maści: Kruszona Michał: Czarnomorze skąd pochodzi historia Manola




niedziela, 26 marca 2017

foto :)

. Cierpię na niesforność serca i nieznośne napady lekkomyślności.
 Jeśli idzie o samokontrolę, mam luki u podstaw."
- B. Asher














































foto: Mooniek
























































foto: Arte










sobota, 25 marca 2017

niech....


foto Arte:D















idę zrobić sobie
niepoczytalną niedzielę
zawrócę sobie 
w głowie
milionami gwiazd
i obietnic słowami
niech żrą duszę
niech znikną mi sny
w cieniach 
czerwonych olbrzymów
białych karłów
i shotów podawanych
 do stolika
niech niknie wszystko
niech wszystko
będzie niepoczytalnością
niech
niech 
niech 
niech barman zmieni płytę
niech da więcej shotów
chcę więcej niech
niech to trafi szlag
idę
idę
idę
zrobić sobie
niepoczytalną niedzielę



Arte