czwartek, 7 czerwca 2018

w nutach nieodgadnionych...

Jadę swoim ukochanym rowerem po ulicy. Pogoda jest boska. Rower jest boski. W kolorze czerwonym. Red mocny. Widać w nim jeszcze pulsującą krew przelaną przez samurajów, czy też przez księżne w te dni. Zasłuchana jadę, bo słuchawkach Slayer nawala gitarowy song, więc robię piruety jadąc tak przez środek ulicy gnana dźwiękami i lovem płynącym z chmur i nagle w ten mój idylliczny świat wpada klakson. BIIIBIIIP!!!!

Sekunda zastygnięcia. Zamyślenia. Niemyślenia. Czucia. Nieczucia. OOOOOOOOKURWAAA!!!!!!!!!

AAAAaaaaaa o mało co nie spadłam z roweru.

 - FUCK TIR!!! na dupie mej....

Sekundy,   to były sekundy trwające wieczność. Momentalnie dokonałam, i to cudem, szybkiego manewru uciekając na chodnik, ale uciekałam na przeciwległy chodnik  wjeżdżając prosto w samochody, na szczęście stojące na poboczu. Szczęśliwie wymanewrowałam pomiędzy nimi i zatrzymałam się przed drzewem na skwerku. A mogła być kolejna blaszka.

Szybki puls, jeszcze szybszy oddech targały moim ciałem. Zapowietrzenie.

O ja pierdolę - pomyślałam i co?

Pojechałam na lody. Słony karmel. W końcu żyję. A potem pojechałam na stację benzynową na kawę. Taka zwykła, prostą, czarną. Ale cukier brązowy schowałam do tylnej kieszeni. Ne wiem po co. Na czarną godzinę nagłego zapotrzebowania słodyczy?

Zasiadłam na murku i patrzyłam na ten świat. Ile to ludzie marnują czasu na nic nie znaczące sprawy.  A ile już z nich śmierdzi. Poczułam obrzydzenie dla człowieka. Dziwna istota. Dwie ręce, dwie nogi, głowa. Bleh. Wyciągnęłam nogi i książkę. Zatopiłam się w świecie wymyślonych kreacji.

W plecaku dzwonił służbowy telefon. Nie odbierałam. Otarłam się o śmierć. Zatrułam się zapachem przepoconych istot, Dzisiaj z nikim nie gadam. Wstałam i poszłam po papierosy. Nie zabije mnie nic. Poza śmiechem. 

Telefon jednak nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zaterkotał. Sms:
- Załatwiłaś?
- Tak.
- Jesteś Wielka!:D
- Szczupła brzmi lepiej :P

Odłożyłam. Kolejna sprawa odfajkowana. Założyłam słuchawki, włączyłam Slayera i wsiadłam na swój czerwony rower czując jak krew samurajów przelewa się pod moimi stopami.




poniedziałek, 28 maja 2018

Córeczka

Znowu suszarka doprowadziła mnie do szewskiej pasji. Spadł kolejny talerz. Z hukiem. Tym razem nie pobił się. Własćiwie cholerna suszarka wytłukła całą zastawę ślubną. Właściwie mogłabym na niej suszyć p-osłów z PiSu.
BUM!!! shieeeet.
- Mamo, co to było? - zapytała córa.
- Mózg mi wypadł - odparłam.
- To ty masz móżg?
- Nooo, miałam.....
Zaśmiała się łobuzersko siadając przy stole. Zamyśliła się. Potrafi przechodzić ze stanu w stan. Prawdziwa kobieta.
- Wiesz mamo, że miłość jest niewymierna?
- A to istnieje miłość?
- A co nie kochasz mnie?
- Kocham bardzo mocno, wiesz?
- Wiem. - dziecko westchnęło - Miłość jak już jest to rozszerza się, rozszerza, jest jej coraz więcej.
- Tak, po tym ją poznajemy, że to prawdziwa miłość.
Miłość nie ma granic. Kocha się za nic i za wszystko. Wspiera się, głaszcze, pieści dotykiem i słowem. Miłość czyni z nas dobrych ludzi.
- Kochanie, a ciebie ktoś skrzywdził?
- Ty.
- Ja?! jak ja?! Czym?
- Tym, że mnie urodziłaś- roześmiało się dziecko - kocham cię mamo tak bardzo, że nawet nie wiesz.
- Chyba mało jeszcze wiem - roześmiałam się całując Młodą w główkę.
A czort z niej jest niesamowity.
- Gdzie będzie twoje przyjęcie? - zapytała fryjerka Młodej podczas czesania jej włosów przed uroczystościami komunijnymi.
- Na cmentarzu - odparowała Młoda.
Dostałam ataku śmiechu widząc groby zaścielane białymi obrusami. Z Młodą całe życie nabrało barw i jest jakieś inne. Kocham ją nad życie. 

piątek, 2 lutego 2018

KONIEC


"Ciało mamy zwierzęce, lecz aspiracje boskie. (...) 
Hormony nasze produkują enzymy głodów nie do zaspokojenia, 
marzeń nie do zrealizowania,
 tęsknot nie do zagłuszenia. 
I ja w samym gąszczu, z wielką pustą głową,
 ze wzdętym sercem bez krwi
, z rozrzedzoną duszą antymaterii. 
Zmęczony sobą i swoim czasem. 

Zmęczony ograniczeniem, niemocą, niepojmowaniem."

Tadeusz Konwicki "Mała apokalipsa""











Ułożyłam sobie nowy plan na życie. Ostatni plan.

Bez nich.
Bez ludzi.
Można tak
Tak trzeba.
Dość strachu.
Dość blizn.
Więcej mi nie trzeba.
Nie trzeba mi już nic.
Mogę już w miejscu stać.
I tylko już się śmiać.

W pracy odpowiadam za wszystko. Głowa boli mnie od słów. Planów. Wytycznych. Najchętniej schowałabym się pod biurkiem udając, że mnie nie ma, a muszę wychodzić naprzeciw światu. Rozmawiać. Decydować. Odpowiadać.
Rozmawiać.
Rozmawiać.
Mówić.
Dialogi, monologi, zawieszenia i oczekiwania.
Codziennie przelewa się przeze mnie milion słów. Zmieszanych idei, koncepcji.
Trawię to, trawię.
A tak mi się chce rzygać. niewiarygodnie tak mam dość wszystkiego.
Pragnę tylko jednego: uciec pod biurko. Atak paniki, narastające lęki wciąż wystawiają mnie na próbę.  Cienie ze ścian wychodzą nawet za dnia. Cienie łapiące za kostki. Wynaturzone, przedrzeźniające, rzucające sloganami.
Walka trwa. Moja z sobą.
Każdy dzień to walka.
Otwieram drzwi mówiąc sobie:
-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";
Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Czasami czuję jak piekło chce mnie pochłonąć. Z piekieł wydobywa się głos:
 - "Chodź, tu będzie ci ciepło".
Z nim też walczę.
Walczę z piekłem w sobie.
Ramiona pochylają się coraz niżej, rośnie garb.
Przejadam swój strach.
Tyję.
Wyglądam coraz gorzej.
Coraz większy obłęd. Wprostpropocjonalny do sukcesów.


Jeśli chcę by było mi gorąco to wlewam w siebie wódkę. Rozgrzewa idealnie ciało.
Jeśli chce zapomnieć to wlewam wódkę. Idealnie daję niepamięć. Szkoda, ze tak krótką.
Jeśli chcę nie czuć to.ja nic przecież nie czuję poza strachem.


Po pracy mile widziana jest głębia milczenia. Nie ma realizacji planów ani człowieka na horyzoncie. Jest radość dryfowania w nicości.

Bez nich. Bez kłamstw. Gier. Słów. Cisza.

Jak ja lubię, gdy o mnie zapomina się.

Dotarłam do mety swojego obłędu. Przekroczyłam swój Rubikon, swoje zasieki i wracam na swój teren. Mądrzejsza o wieki.

Poznałam znaczenie wielu słów. Spotkałam manipulatorów. Kłamców.

Uśmiałam się nawet do łez, słysząc jak ludzie siebie tłumaczą.  Niewiarygodne jest obserwować  takie rzeczy. To jakby gwiazda rodziła się na oczach. Ekslozja i układ nowej energii.

Nie ma miłości. To tylko kontrakty wymiany dóbr.

Gdyby miłość była to człowiek nie pragnął by jej aż tak, prawda?

A poeci o niej pieją jak księża o Bogu.

Daremna wiara. Daremny trud.

Hedonistyczny onanizm jest o niebo lepszy. Własne rękodzieło.

Przeszłam wiele podziemnych dróg. Widziałam z daleka, widziałam z bliska.
Nie ma nic.
Nie znalazłam nic ciekawego.

Wszystko jest złudzeniem. Jak kawałek metalu w trawie. O pieniążek. Gucio, śmieć, kapsel.

W uszach brzmi tylko jedno zdanie, zdanie powtarzane "nie doceniasz siebie"
Nie.
I nie zmieni tego nic.
I nie będę w sobie grzebać.
Jestem jak Bog. Jestem jak miłość. Jestem nieobecnością.
Obietnicą. Bez pokrycia.


Doszłam do kresu swojej głupoty.
Są drzwi, które zamykam.
Bezpowrotnie.
Drzwi na które byłam ślepa i których nie powinnam otwierać.
Nie na darmo przeoczamy pewne rzeczy. Nie na darmo tracimy pamięć. Nie na darmo tracimy wzrok.
Jedynie co to nakarmiłam swój sarkazm.
Potężna to broń.

Wracam do domu. Silniejsza. Dźwigając przeżarte szyderstwo.


KONIEC











Otwieram drzwi mówiąc sobie:

-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";
Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Swój strach łamię człowiekiem.
Nie trzeba było się bać. 
Odchodzę. 
Cierpienie. 
Nie moje. 
Mój to tylko strach. I zimno moje.
Przepraszam za siebie.
Kolejny atak.
Znowu się grzeję przy jakimś ciele.
Łamię swój strach. I zimno moje.
Nie zostaję.
Ani Afryka ani bieguny moje.
Nic nie jest moje,
I nic moje nie będzie.
Tylko strach, I zimno moje.
Taki obłęd.





Arte


czwartek, 1 lutego 2018

homo piżamikus


Ktoś mi kiedyś mówił, że umrzeć jest bardzo łatwo - 
wystarczy tylko czterdzieści razy pod rząd westchnąć głęboko, 
głęboko, jak można najgłębiej zaczerpnąć powietrza, 
i tyle samo razy z głębi płuc je wytchnąć - 

a wtedy wyzioniesz ducha. Może by tak spróbować?...








Nie mija mi. Mija mi wszystko tylko nie to. Zmiana antybiotyku. Leków. Nowy zestaw na nowe dni. Tylko oddech boli. Boli wciąż. Nie chcę już oddychać. Nie chcę już nic.

Gdzie wódka? Gdzie papierosy?

O ludzi nie pytam. Stoję twarzą do nieba i nie chcę nic widzieć. Poza jaskółkami. Latam na ich grzbietach walcząc z wszami. Ich robactwem. Mnie nic nie toczy Nawet oddech mnie się nie trzyma. Nie trzyma mnie nic.

Wolność.

Rozsądek czy emocje?

Pościel. Pościel kolorowa moim przystankiem.

Portem. Początkiem. Końcem.


Nie ma jaskółek. Wiem. To nie ta pora. Każda pora bywa w nie porę. Za późno, za wcześnie, za nic, za wszystko.

Płynę samotnie w łóżku. Słowa wylatują z książek. To wystarczy. Odżywka dla mózgu. Dla oczu. Muzyka dla uszów.

Wyobcowanie.


Przystanek.


Homo piżamkus.



sobota, 27 stycznia 2018

kaszel....


Tramwaje jeżdżą. Jeżdżą tramwaje. Po moim układzie oddechowym jeżdżą tramwaje. Skrzypiące. Nienaoliwione. Zaspane. Na torach gnijących. Zżeranych przez rdzę. Oddech boli. Wszystko boli. Kaszel otwiera powieki. Ile można nie spać. Ile można tak czuć.
Tonę.
Wpadam w nurt.
Z mostu skaczę.
Chce potopić motorniczych.
Chlast.
Kaszel w chusteczkę.
Kurwa.


Młoda

- Nie będę szła do żadnego kościoła! Kościół jest głupi i nudny! - wydarła się Młoda płacząc.
Co niedzielny dramat dziecka komunijnego, a książeczka czeka na wypełnienie aktu wiary. Co niedzielna msza. Ponadto różaniec, roraty......Akt wiary musi być potwierdzony. Myślałam, ze to powinna być sprawa sumienia, ale jest aktem wpisania w książeczkę.
- Ok, kochanie, nie mam sił. Nie idź, a jutro wypisze cię z religii i nie będziesz musiała chodzić do kościoła i do komunii teź nie pójdziesz.
- Ale ja chcę tort i prezenty!!!- chlipało dziecię.
- To dostaniesz to na urodziny, a komunia to przyjęcie wiary i Boga.
- Boga nie ma! Każdy to wie i to wszystko jest głupie i bezsensu.
- A jeśli Bóg jest to co?
- Nie ma Go, nie ma....
Młoda jednak poszła. Oby przetrwać do maja. Dostaje od nas wybór, a co z nim zrobi jej sprawa. Nie będę wywierać na nią żadnego wpływu. Nie to co moja matka, która jeszcze nie tak dawno stojąc na schodach groziła mi, ze bez Boga daleko nie zajdę i że jestem niczym.
Zawsze jestem niczym. Choć wolałabym być Fryderykiem. Nietzche'm. Takiem Nieczem.
I żyć w zgodzie z sobą. Tak, to był akt wiary, który nie powinien być zdradzany, a został zdradzony.
Trzeba żyć z wiarą. W siebie. I zgodnie z sobą.

- Tylko nie bądź jak babcia -zaśmiała się Młoda podczas bloku reklamowego, gdy wspólnie oglądałyśmy Harry Pottera.
- Czyli jak?
- Nie przymulaj!
- O ty!!! - zaczęłam się śmiać gilgocząc małego klona.
- A właściwie hahahaha ty już przymulasz.....
- Zginiesz, moja droga, teraz to zginiesz!!
Moje zęby wtopiły się lekko w lewą łopatkę. Wojna, hahahahaha. Lubię się z nią droczyć, być, rozmawiać. Jest bardzo wrażliwym dzieciakiem, ale i też cwanym. Rośnie z niej kobieta, bo już wie jak grać na emocjach.

- Kurcze, ale fajny labirynt.... Wlazłybyśmy tam, co? - odezwałam się wpatrzona w ekran.
- Pewnie - odparła Młoda - ale bałabym się.
- Ja już się boję, zaraz coś wyskoczy...aaaaaaa.........
- Nie bój się - dziecko objęło mnie ramieniem - nie bój się.....jestem...

- A co to znaczy być kowalem własnego losu?
- A jak nie będziesz się uczyć to co będziesz mieć?
Młoda popatrzyła na mnie.
- Ciebie!  - i dostała ataku śmiechu.

- A co ty oglądasz tatuaże, noooo mamoooo.....weź...
- No ale co?
- Nie rób, będziesz jeszcze brzydsza.........
- I tak jestem to co mi tam. Patrz, anioła walnę na łopatce i  podpiszę twoim imieniem...
- Ale siara, weź - i śmiejemy się, drocząc, gilgocząc......

- Kurde, ale cię kocham Młoda wiesz......
- Wiem, a ja ciebie nie! - hahahahaha
- To mój tekst!!! o nie!!!! - i kolejna wojna na gilgotki.

Wspólny czas. Bezcenny.

W tym czasie Mooniek z synem grali na play'u rozwalając, ramię w ramię, wszystkie potwory. Komitywa męska bez słów.







piątek, 26 stycznia 2018

czucie

- I nie wzięłaś wina? - Mooniek rzucił pytaniem, gdy staliśmy w kolejce.
- Nie, bo przecież według ciebie szastam kasą.
- Widzisz jak cię wyszkoliłem? - i zarechotał. Spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem.
- Wiesz w czym mnie wyszkoliłeś, kochanie? Ze jak wrócimy do domu to ja tą butelkę wina kupię, ale pójdę z nią do kumpeli.
I wyszłam przed sklep.
Przyszedł.
Poszliśmy do samochodu. Bez słów.

- Wychodzę.
- Gdzie?!
- Napić się wina!
Trzasnęłam drzwiami i poszłam w miasto, które też zaczynało się upijać. Wieczór piątkowy zaczyna się hałasem szepczącego tłumu na ulicach. Panika wolnych miejsc. Zaproszeń na prywatę. Pakowania się do aut, gdzie nikt nie chce być kierowcą. Szamotanina niecierpliwości.
Idę powoli. Mróz ścina. Delektuję się uszczypliwością pogody, bo jak będę wracać to będzie mi wszystko jedno. Nie będę nic czuć. Czy ja czuję cokolwiek?


czwartek, 25 stycznia 2018

dni są ..

"Dlaczego mnie właśnie przyszło brnąć przez to życie w tej uporczywej udręce?
 Ileż ja kroków uczynić muszę, aby dotoczyć się do wieczora i pochylić głowę ku litościwej poduszce?"
A.Osiecka "Neponset"




Znowu budzik wydarł się. Zawsze się drze. W każdy dzień tygodnia drze się tak. W każdy dzień tygodnia nie chce mi się wstawać. Zanurzać się w społeczeństwie. Dotykać ich spraw i problemów. Ocierać się o kanciaste słowa. 
Wstaję. Kawa, jakiś serek ( o jeszcze bez pleśni...) i mycie zębów. Rytuał poranka kończący się założeniem maski na twarz. Tylko jeszcze wystarczy usta pomalować i już wychodzę. 
Idę.
Człapię bawiąc się powietrzem wydmuchiwanym przez usta. Ja wódz indiański puszczam dymki na dymanie. Dymaj się mijany człowieku. 
Społeczeństwo - zbiór ludzi zamieszkujących na danych obszarze. Przypadkowe mieszanie się na ulicach. Sałatka bez reklamacji, choć zgaga piecze nieustannie.
Gdyby ode mnie zależało to wolę ocierać się o społeczeństwo po przez dotyk kartek książek. Ale za czytanie nie płacą. Czytanie w dzisiejszych czasach nie jest w ogóle opłacalne. Komercja zabija wolną myśl. Przetwarzamy tylko kasę na swoje materialne potrzeby.
Tej ułudzie poddałam się i ja. Wyprzedaże wypełniały moja duszę. Szata nie zdobi człowieka, ale jak fajnie popatrzeć.
Lepiej patrzeć na większość ludzi, niż słuchać.choć ich wygląd jest nieestetyczny, tłusty, to i tak lepiej patrzeć niż słuchać. Lepiej tak, tak lepiej.
Boję się ich. Tych ludzi. Ich słów. Ich gestów. Wyciągniętych ku mnie rąk. Ileż to czasu musi minąć niż rany się zagoją?
Wieki.
Może jak narodzę się na nowo, i narodzę i narodzę to tak już nic nie będę czuć, ze pójdę do tych wyciągniętych rąk, otulę się słowem, zasnę w cieniu człowieka.
Ale dzisiaj mijam bezdomnych, Romów, pijaków, emerytów, potrącana przez biegnąca młodzież. Klasa średnia jeździe autami do pracy, gdy wyższa jeszcze śpi lub ziewa przy porannej kawie z ciśnieniowego ekspresu, zaś ta niższa kasta już zapierdala przy taśmach, albo odsypia nocki w swoim barłogu.
Miasto po siódmej rano ma już swój rytm. Nieustanny. Trzeba wypić, zakręcić się, wyprowadzić psa, iść do szkoły, do pracy.
Poturlać się w misjach obowiązków i konieczności, by mieć powód na narzekań popołudniowych.
I picia.





niedziela, 21 stycznia 2018

zjazdy:)

Pomiędzy kawą a piwem życie toczy się. Pomiędzy nartostradami a wyprzedażami życie toczy się. Pomiędzy zawsze coś jest.
Jedziemy w góry. na narty. Po raz kolejny zamknięci w puszce spędzamy czas razem. 
- Jeju, ile zakrętów. Wrócę tu na wiosnę. Młoda przejdziemy się tutaj co? 
- Nie, bo nie mam stroju ani kasku.
- A przestań, nie bądż drętwa - podpuszczam dzieciaka.
- Nie można tak. A poza tym ty jesteś wariatem, wariatem drogowym. Jeździsz za szybko. Nie wiem czy wiesz o tym, pewnie wiesz, że jesteś wariatem, ale masz to pewnie w dupie - dziecko zamyśliło się - jak wszystko.
- Wiesz co kochanie?
- Co?
- Rozmowa z tobą to jak dialog z sama sobą - zbrechtałam, bo już nie wytrzymałam.

Na wyprzedażach kupiłam w końcu strój i buty na moto. I zaczynają się chwile miłego napięcia i oczekiwania, kiedy to przyjdzie? Czy będzie dobre? Jak będę wyglądać? Zmieszczę się ??? Chcę już wiosny. Tych chwil swoich na drodze. Swojej adrenaliny. Ryku silnika. Zapomnienia. Lekkości ducha.
Ucieczki w nieznane.

- Auć, Młoda, wymasuj mi ,proszę, palce u ręki, bo mi zdrętwiały.
Młoda masuje, masuje.
- Wiesz, masz bardzo delikatne dłonie i robisz to rewelacyjne. Świetne dłonie, naprawdę
- To od pykania. Muszę grać jeszcze więcej na tablecie!
Śnieg za oknem. Zima zakradła się na południu kraju. Pięknie wyglądają drzewa iglaste przybrane w biel. Zmrożone zimnym oddechem wiatru. Bajkowa zima. Niewiarygodny krajobrazy. Wystarczyło tylko 100 km przejechać by odnaleźć inny świat. Czasami można zrobić krok w bok by znaleźć inną przestrzeń. 
- Ja chce kotka! małego kotka - po raz setny Młoda wydarła się na temat kotka, który jest do wzięcia. Małego kotka. Temat męczy od rana. Ech.  W sumie ja jestem za, bo co młode kocie to młode kocie, a nie nasza stara, znudzono-leniwa Diana.
- Nie! - po raz kolejny stanowczo zareagował Mooniek - nie!, przedyskutowaliśmy ten temat i nie, nie zgadzam się!!!
- Będę grzeczna, Mamo, ja spróbuję być grzeczna.Naprawdę będę grzeczna.  Przez tydzień będę grzeczna, bo co mi w końcu to szkodzi?
Na co Igor wyparował:
- Jak to co? Życie...życie ci szkodzi, hahahahaha
Młoda jednak jakby nie słysząc uwagi brata dalej jęczała:
- Tato! Ty zawsze jesteś na nie. Nie staniesz na jedzenie, bo kromki są w aucie, kotka też nie chcesz, wszystko nie, nie, nie, nie. Na wszystko Nie! To nie jest fajneeee!!!!
- Kochanie i to sobie zapamiętaj:  znajdź sobie faceta który, będzie mówił tak, a jak zacznie mówić nie to się rozwiedź - zripostowałam.
Muzyka lekkiego niepokoju płynąca z głośników była  niczym nuta wiatru co za oknem gnał. Za czym my gonimy?  Ułuda karmą każdego z nas. Byle tylko by nie zatrzymać się. Passe, passe. Trzeba gnać, zajebać się, by być cool.
A ja lubię tak, siedzieć w kącie, w czterech ścianach, zasłuchać się i trwać. Zanurzyć się w kurzu co osadza się z czasem na ubraniach. Jestem antykiem, reliktem, rupieciem. Przestrzenią między kartami książek.
Nie mam za dużo tych chwil. Ostatnio nie mam żadnych chwil. Nie mam nic. Praca. Zarypanie. Bez sił i energii. Żywy trup.
Dobrze, że na narty jeździmy. Mooniek już patrzeć nie mógł. Nawet mnie nie wkurwiał mnie. Nic nie działało na mnie. Nic. Zobojętnienie na świat.
- Mooniek, rozwiodę się z tobą......
- Ale po co? robisz co chcesz, wszystko masz gdzieś, i co ty chcesz?
- Miłości? Ej Młoda jak będziesz mieć nie czułego faceta to się rozwiedź, tzn. nie wychodź za mąż, znajdź takiego co będzie dla ciebie wszystkim...
- Czyli jak nie będzie fajny to mam się rozwieść, a potem znaleźć fajnego?
- No tak. Żyję się raz. I mam być bosko. Miło. Czule. 
Zamyśliła się.
- Wiesz mamo, życie to jest jednak trudne, trzeba podejmować ciężkie decyzje...
Zapadła cisza.
Konsternacja.
Jednak nie trwała ona za długo. Tym razem syna wzięło na opowieści.
- Starszy, ale dlaczego nie wypowiadasz się precyzyjnie? Jesteś jak twoja babcia, ten, tego, no wiesz, tam...
- Bo oszczędzam słowa.
- Nie oszczędzasz słów tylko nie tegujesz.
- Zaimki są od zaimkowania wiec zaimkuję.


Wypożyczalnia. Znowu zaczynają się dramaty dzieci. nie te buty, Kaski. Denerwujące skarpetki. Uwierające rękawiczki. 
Zaciskam zęby.
Kolejny dramat jest solowym występem córki. 
Kiedy wjechaliśmy na szczyt Młoda nagle dostała szału. Nie będzie zjedżać. 
No stanęła i w płacz. 
Nie docierało nic. Nic nie docierało. Tylko gile leciały gęstym strumieniem z nosa.
Zostawiłam ją z Moonkiem a sama pognałam za synem. 
Musiałam ochłonąć. 
Ostre zjazdy, muldy. piękna trasa. Wymagająca już jakiś umiejętności. Co chwilę ktoś gdzieś zarył sobą w śniegu.
Kiedy wjeżdżaliśmy kolejka zadzwoniłam do męża:
- I jak tam?
- Stoję w tym samym miejscu.
- Ok, już jadę z synem. Wezmę Młodą.
Dojechałam.
- Dawaj rękę Młoda i zjeżdzamy.
- Boję się - i płacze a gile lecą ...jak ja nie znoszę zasmarkanych dzieci...
Złapałam Młodą za rękę. Zjeżdżałyśmy wzdłuż stoku:
- Nic się nie dzieje, jedziesz wzdłuż i skręt. Skręcaj!!!
- Ale ja się boję!!!!!
- Gówno mnie to obchodzi. Umiesz jeździć więc koniec. skręcaj!!! w prawo!!!
Udało się jakoś.
Stanęłyśmy:
- Młoda , powiem tak nie wychowawczo, ale kurwa mać , zaraz szlag mnie trafi , potrafisz zjeżdżać, potrafisz!!! inaczej nie wjechalibyśmy tutaj, ja pierdolę, Młoda, weź się w garść. Błagam Cię. A teraz jedź, jedź i zakręty, nie na dechę, zakręty i wzdłuż stoku. Rozumiesz??!!!
I zjechała.
Zjechała sama.
I po co te dramaty? no po co?
Ech...
Stałam wyżej patrzą jak sobie radzi, czasami jechałam nad nią krzycząc:
- Pięknie! Brawo! Jestem z ciebie dumna!!!!!
Na dole wycałowałam buziola.
- No i brawo ty. Dałaś radę!!!! a teraz chodź na ośla łączkę...
- Nie!, chce jeszcze spróbować.
- Serio?
I wjechałyśmy na szczyt i to nie jeden raz.






















czwartek, 28 grudnia 2017

Noc








Brak swobody to jest dla mnie = bzik i śmierć.





 Noc. Bezludność. Bezkotność. Bezpsiowość. A w człowieku jakby milion żyć. Lampy, cienie, zdjęcia. Fragmentowanie życia. I muza niczym granica nie życia. Na załamaniach i białych pasach łapię oddech. 

Krok gubiony w muzyce. Idę. Cicho. Cicha ta noc. Nawet wiatr złożył skrzydła. Śpią upiory. Jest niewiarygodnie. 

Przystaję na krawężniku. Bujam się na krawędzi. Łapię równowagę w słowach, które utkały ostatnie dni.  

Są słowa, które nie zabijają. Są ludzie, którzy pozwalają żyć. Jest mleko, które nie psuje się.

I choinka wciąż ma igły.

W zaspanych oknach słychać sny ocierające się o framugi. Chciałabym wedrzeć się w nie. Zobaczyć o czym śni ludzkość, kiedy nie widzi nikt.

Skradam się.

Nie, nie chcę. Nie chce psuć sobie tej nocy.


Nie ma nic. Nie chcę nic. Trwam. W ciszy uśpionego świata. Jestem jak intruz. Oddycham lekko, by nie wydać się. 

Kradnę te chwile dla siebie.

Wolność.

Lekkość.


Noc. 

Bezludność. 


Otulenie w dotyku.

















 Pięta cywilizacji ;)