środa, 22 lutego 2017

Ta mysl nie daje mi spac. Rozlewa sie czerwonym kolorem po snach. Topi jak w wulkanie. Krzycze parzona parzaca mysla.
Zjedzenie trzech kanapek nie przynioslo spokoju. Wrecz przeciwnie.
A jesli to Czerwony Kapturek wynajal wilka to co? Bo dlaczego Czerwony a nie Rozowy Kapturek? I ne zolty ani zielony ani niebieski.
Tylko krwawy jakis.
To co ma sens w tym zyciu?
Czerwony Kapturek mial apetyt na zycie. Poszedl w las z koszykiem. Zalegl na lace robiac sobie majowke. Skonsumowal wszystko z koszyka, a kiedy zaszlo slonce zaplakal, nie nad tym co zrobil, ale nad tym co bedzie. I wilk skyszac placz ludzki przylazl i przysiadl jak to pies.
- Dlaczego placzesz?
- Bo zjadlam wszystko co mialam dac babci.
Babcia nnie zatlucze i matka. Boje sie wracac do domu.
- Hmmm - zamyslil sie wilk.
- Bu bu bu - zaplakal Czerwony Kapturek.
- Mam!- krzyknal wilk.
- Podziel sie - zza lez wyrwalo sie dziewczynce.
- Nie pozostaje mi nic innego jak zezrec babcie.
-  To idz kej deby.
- Kejbaby - zamruczal wilk i tylke go bylo widac.
Zezarl babcie. Czerwonego Kapturka tez.
A potem zostal zabity przez mysliwego. A baby jak zarazy- przezyly.
Rany....
O innych bajkach nie mysle, choc pchaja sie w mysl niespokojna fala swa, ze one tez nie sa takie jakie sa tylko .......tylko co? Boje sie....




niedziela, 19 lutego 2017

klimat rodzinki









Z każdego miejsca - uciekałem.
Od każdego człowieka - uciekałem.
Głupie były te moje ucieczki - bezskuteczne.
Po co uciekać z jednego miejsca do innego,
 jeżeli potem znów się ucieka z innego do jeszcze innego? 
Bo po co zostawiać jednego człowieka dla drugiego, 
jeżeli tego drugiego zostawia się póżniej dla trzeciego, 
a tego trzeciego dla...
BORSZEWICZ


“Śmiech to zdolność człowieka do obrony przed światem, przed sobą.
Pozbawić go tej zdolności to uczynić go bezbronnym.”
~ Wiesław Myśliwski



" Chciałabym się urodzić bez żadnych zobowiązań,
 żeby nikt nie wiązał ze mną żadnych nadziei" Maria Czubaszek




- Mamo, a wiesz, że jak siebie się nie kocha, to nie można innych kochać? - córka wycierając się ręcznikiem spojrzała na mnie a ja spojrzałam na nią zdumiona.
- Wiem, a ty skąd wiesz?
-  Wiem, tak myślę.
- Patrz, a niektórzy potrafią przeżyć całe życie i nie odkryć tej prostej prawdy. Kochanie i to sobie zapamiętaj, że siebie przede wszystkim trzeba kochać.
Dałam Młodej całusa. Mądrę dziecko. Wrażliwe.
W przeciwieństwie do mamusi.
- Kurwa- zaryczałam, bo kolejny talerz spadł z suszarki. Nie ma to, gdy prowizorka chce być stałością. Dzieci spojrzały zdumione.
- Przepraszam. - zawstydziłam się.
- Nic mamo nie szkodzi- odrzekła córa - masz prawo wyrażać swoje emocje.
-Tak, ale nie w ten sposób. Ygh......
Polazłam do swej pieczary. Wkurzona odpaliłam laptopa. Zaciął się, mielił się
-   Kurwaaaa....... - wyżyłam się. Czy materialny świat uknuł jakiś spisek.
Weszła Młoda. Spojrzałem na nią. Wyglądała jak stół po obfitej biesiadzie. Aż się uśmiechnęłam. Młoda zawsze musi tak jeść.
- Ej, cała upaćkana jesteś, obliż choć usta.
- Wiesz co mogę oblizać? - zapytała się urwisowskim tonem.
- Nie wiem.
- Ciebie! - i śmiejąc się rzuciła się na mnie.
Szlag nie mogła wpaść wcześniej zanim rozgromiłam sprzęt? Taki gniew we mnie wzrasta, taki gniew gniewny, że nie mogę. W szaleństwie topię się. A ten dzieciak przegania czarne chmury. Pogoniłam ją i wpadłam do kuchni.Chciałam napić się. Zakrętki nijak nie szło odkręcić...Nic nie idzie mi nic. Nic! NIC!!!!
- Kurwaaaa - ryknęłam, bo kurwa dobra jest wszystko.
- Mamo pomóc ci?
- Jeśli ci się uda to proszę - odparłam i zrezygnowana poszłam paść na łóżko. Cały świat zaprzysiągł się przeciwko mnie.
- Proszę - Młoda weszła ze szklanką do pokoju.
- Jak ci się udało? - zapytałam szczerze zdziwiona.
- Nożem. Trzeba znać się na rzeczy....
Spojrzałam na córkę. Ma niecałe osiem lat. A taka ogarnięta. Mi to zabrało ze dwadzieścia lat. I dalej tyły ...
- Dziękuję kochanie.
- Mamo, a tato kiedy wróci? - do pokoju wparował syn.
- Nie wiem. Może jedzie, może jest u babci, może jest u długonogiej Grażyny?
- Mamo jak ty coś powiesz...Masz wyobraźnie jak morze. Bezkresną.
- Wiesz co mam. Lepiej byś nie wiedział........
Wrócił Mooniek.
  - Widziałem, że w pracy nudzisz się.
- Okropnie. Co mogę robię za trzy dni. I potem dostaję pierdolca. Mam dość.
- To super, to telefon  wywal.
- Pewnie.
- Ale jest laptopik - wtrącił się synek.Zabiłam go wzrokiem, a ten jakby nic dalej nawijał - zaraz mama będzie wkurzać się i kląć, bo za wolny.
I rechocze. Co za gad!.
- Bo twoja mam myśli, że on będzie zawijał czasoprzestrzeń.
- Nic już nie będzie zawijał, bo w szale chyba za mocno zatrzasnęłam klapkę i nie ma nic.
- I dobrze. Nie naprawię ci.
- Tylko kupisz nowy?
Mooniek nie powiedział nic. Wyszedł. Wyszłam i ja.Kurtyna opadła. Tylko w głowie Nosorożce. Czy wszyscy nimi będziemy?. Z rogami na głowie?





niedziela, 5 lutego 2017

nauka o równości







Skoczyła na łóżko. W różowej firmowej bieliźnie sportowej oraz  w różowych butach. Lady Pink. Bogini Nike. Zaczęła poruszać lekko biodrami, wprawiając całe ciało w wibracje.
- Jestem Nike, cała Nike, pokonaj mnie, odepnij skrzydła.....
- Jak cię dorwę swoją zaczarowaną pałką zamienisz się w Niobe - zamamrotał zza telefonu, od którego nawet widok żony w bieliźnie nie mógł oderwać.
- Wiesz, że zastygam. A wiesz, kiedy zastygam? kiedy przechodzę koło wystaw sklepowych i widzę kobietę z charakterem. Czerwone usta w czerni. Fajowo tak wyglądam. A ty wciąż jesteś taki obojętny.
- Kochanie, gdybyś nie wyróżniała się z tłumu to nie ożeniłbym się z tobą.
- Ale po co to zrobiłeś skoro masz mnie w dupie?
 - Nie mam,  Jesteśmy kumplami
-  Aaaaa czyli mogę sypiać z kim chcę?
- Tylko z ojcem - rzekł syn, który wszedł nieoczekiwanie do pokoju - żaden dziad nie zabierze mi mamy.
- Tylko kobieta - roześmiała się.
- Mamo, ty nie jesteś lesbijką!
- Tak? a skąd wiesz?
Spojrzeli oboje.
- Wiesz twoja matka jest wyjątkowa.....wyjątkowo niemądra.
- Cała mama, zawsze żartuje głupio.
 - Coś muszę robić. Jak nie żartować to ćwiczyć, prawda?
- A książki, mamo?
- Aaaa słuszna uwaga synu.  Zatem wypad mi stąd, bo Kundera czeka. A wy gadacie. Głupoty jakieś...
Wyszli. Nie na długo. Drzwi się otworzyły.
- Przyniosłem ci kawę.
- Dziękuję kochanie.
Troska najwyższym dobrem rodziny.
Oto ona, kobieta specjalnej troski.


kupiłam czereśnie
by strzelać z pestek
w uparte wspomnienia
które straszą
widmem piękna
bo kiedyś przecież tak było
pięknie
kiedyś nie pamiętam
ale ktoś mi mówił
nie pamiętam kto
ktoś mówił
ze pięknie jest
więc pięknie musiało być
a nie jest
już nic nie jest
nawet kawa wystygła
smakując trupem upiornym
kością co stoi w gardle
bez szpiku
i słodzenia






środa, 25 stycznia 2017

nocną włóczęgą...





– Jak to jest, panie Jaskier? Czy coś się zaczyna, czy coś się kończy?

– Nie wiem. Ale jeśli ja tego nie wiem, to nikt tego nie wie. 
Wniosek: nic nigdy się nie kończy i nic się nie zaczyna.

A. Sapkowski




Wieczorami odpływam, gdzieś, gdzie nigdy nie powinno mnie być. A jednak idę. Płynę. Niesie mnie. Dźwięk. Struna. Światło księżyca. Pływam. Pływam, tam, gdzie nie powinno mnie być.
Coraz częściej zasłuchuję się w muzykę, zamiast w bicie serca, To dobre. Może smutne, ale dobre. Nie czuję przy sobie pulsu drugiego człowieka, ale czuję nuty. Odpływam. Niech cichną we mnie minione dni. Urojenia.  Mam ciepły koc. Z wełny. Z wyprzedaży. I nie muszę nim dzielić się. Nie muszę nic.
Gdzie te chwile, kiedy nasze ciała toczyły rozmowę, a my tonęliśmy w swoich oczach? Czas zmienił parametry i wypadliśmy za burtę. Zmysłowość zastąpiona kromką z pasztetem. Tyle wystarczy, by cokolwiek poczuć. Zabić głód. I nie wyczyścić zębów nitka dentystyczną.
To smutne. Ale dobre. Nie trzymamy się kurczowo. Wokół za dużo jest przykurczy. Choć ból nie jest zły, jest rzeźbiarzem cudownych twarzy. Idealne lice modelek są odrażające szpitalną sterylizacją. Pociągają jak lukrowane pączki w pobliskiej piekarni. Jeden gryz. Na zaspokojenie. Za duża ilość mdli. I nie ma w tych twarzach zakrętów, które w załamaniach chowałyby nieznane światy. Bądź wulkany. Dżunglę ze strasznymi potworami, albo kawałki nieba. Albo okruszki pizzy.
Wprawdzie alkohol też mdli, ale jest za to cudowną trucizną. I rozpuszczalnikiem nadbagaży. Nic tak nie ciąży jak emocje. Alkohol jest żywicielem sarkazmu. Napici drwimy z tego co nas bolało. I rysujemy zajadle wszystko w krzywym zwierciadle, by później, nad ranem, uchachni, upodleni, wszystko zwymiotować do muszli. Poszło. Jedno pociągnięcie spłuczki i nie ma.
Mistrzowie teatru iluzji. Sami sobie klaszczemy. Na odwagę i wiarę.
Tylko tak trudno spotkać człowieka. Takie to trudne. Zgrać się spojrzeniem, tą ciekawością schowaną pod powiekami, która wystaje rąbkiem błyszczącego pantofla i kusi. Zastygnąć w odbiciu wystawy i odbitego buta.. I pójść na kawę. Rozmowa dwóch obcych zupełnie osób. O życiu tak. Czy sztuce japońskiej.
Albo tak wsiąść do pociągu i rozmawiać z pasażerami. Zaczepiać pytaniami.
Znaleźć wizjonera, który barwami oświetli  studnię mroku. Nakreśli obrazy swoją interpretacją świata.
Biorę ołówki, kreślę linie. Poplątanie. To czas zamkniętych ramion. Zamkniętych drzwi. Obcy. Wszędzie obcy. Milczenie. Mur.
Zaciskam wargi. Nie wydobędzie się żadne słowo. Za dużo było powiedziane.
- Martwię się.
- Od kiedy?
"Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat."Bułhakow

Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie człowiek i mówi:
- Chcę tylko pogadać. Idziemy na piwo?
Co za nieludzkie zachowanie! Zboczeniec. Czego chce? Wymacać moją kartę kredytową czy szybki numerek w toalecie?  Choć tłoczymy się na wspólnych płaszczyznach zainteresowań to jednak to nie to samo. Jak przysiąść na rynku pewnego miasta do chłopaka co gra na gitarze i nucić gdy on śpiewa. Uwiązani do własnych norm oddalamy się od siebie. Coraz bardziej.
Odpływam. Nie czując już nic. Poza muzyką, która brzmi w słuchawkach.









.

wtorek, 24 stycznia 2017

kadr...:)

- Wiesz Mooniek, pewnego dnia wyjdę i nie wrócę. Zostawię was.
- A idź.
- A pójdę.
- Tato, nie mów tak, ty wiesz, że mama jest zdolna do wszystkiego.
Syn wtulił się we mnie.
- Nie możesz mamo, nie możesz.
Mogę, nie mogę. Nie chcę. Oto moja jaskinia, gdzie spokojnie mogę lizać rany. Odpocząć. Zaszyć się. Schować. Upajać się milczeniem. Mooniek ma wiele wad i jedną zaletę. Nie wymusza na mnie mówienia. Patrzy i nie powie nic. Padają słowa niezbędne w życiu codziennym. I nic ponadto. Cudownie dziczeję w swojej jakimi. Tylko dzieci wpadają do łóżka i tuląc się do mnie, zmuszają do mówienia. Ale z nimi dialog jest przyjemnością. Lubię ich postrzeganie świata. Tą dziecięcą dobroć i naiwność. To nie godzenie się na zło. I zapał. Tylko nie do odrabiania lekcji.
- Nie chcę....to za dużo!
- Musisz!
- Nic nie muszę!
- To mój tekst, dzieciaku, a ty musisz.
- No mamo...
- No córciu....
Córcia w końcu idzie i  cała nieszczęśliwa, zasiada za biurkiem. Ledwo rozpocznie odrabiać lekcje już jest umazana atramentem z pióra.
- Masz w tym talent wyjątkowy.
Zmuszona do samodzielności szybko rozwiązuje zadania matematyczne. Tylko jak pojawię się w polu widzenia włącza się:
- Pomóż ....
- Pieszczochu, sama dajesz sobie świetnie radę.
A potem siedzimy nad warcabami. Jeszcze jestem w stanie z nią wygrać, choć bywa, ze przegrywam. Takie przegrane są radością. Syn zaś, jak tylko upora się ze swoimi obowiązkami, zaszywa się z ojcem na kanapie i razem biją w Herosie kogo popadnie, wymieniając się przy tym uwagami co do postaci będących w grze.
Idylla. Tylko mnie coś uwiera i dusi. Nosi. Nadmiar energii postanowiłam zużyć w sporcie. Po lekturze Bokserka postanowiłam nie tylko boksować się z życiem, ale przede wszystkim kupić worek treningowy i rękawice.
- Moooniek! Mam!
- Znowu coś wymyśliła?
- Yhy. Chcę worek i rękawice i będę nawalać w garażu twojej matki.
 - Ok.
- Ok?
- Podoba mi się pomysł.
Umarłam? Jeszcze nie, ale budzę się. Chcę basenu i siłowni. Książek i wiedzy. I ciszy. I znalezienia własnej drogi. Nie tej rodzinnej, ale ponad własną jaskinią.
Coaching. Kolejna podyplomówka. Może.
- Złożę papiery do zakładu. Praca na taśmie będzie interesującym doświadczeniem.
- Masz czas na takie zajęcia.
- Chcę yamachę.
Chcę. To chcę to jakieś przekleństwo. Chcę motor i pojechać do Rumunii. Wolno jechać przez Słowację i Węgry. Podziwiać. Poznawać.
- Mooniek w Szentendre jest Muzeum Marcepanu.
- O!
- Nie: o!, tylko jedźmy gdzieś. Zobaczmy, Zagubmy się, Nie chcę żyć życiem jajka w opakowaniu.
Uciekam od ludzi, a niesie mnie w przestrzeń.









niedziela, 22 stycznia 2017

,to takie polskie :)

-


- Chciałaś 20 czy 30 deko?
- Co? Yyy,,,A gram nie starczy na skręta?
- Co?! Oszalałaś!  Jakiego skręta? o ciasteczkach mówię!.
- A skąd mam wiedzieć o czym ty mówisz?  Aaaa dobra, obojętnie.
Odłożyła telefon. W tym całym swoim zasmarkaniu zapomniała, że koleżanka wyszła na szybkie zakupy. Jak za komuny:
- Kawę rzucili. Lecę. Zajmę kolejkę.
Tu wyczaiły mega ciacha. Do kawy coś być musi i na osłodę też. Wyciągnęła z torebki lakier do paznokci i klnąc pod nosem, bo wciąż robiła mega zacieki, zaczęła nakładać świeżą warstwę na ubytki. Był to szybki retusz wytartego na spinaczach lakieru. Szlag, znowu telefon zadzwonił.
" Nie dadzą pomyśleć!". Tym razem był to  służbowy.
- Proszę, odbierz, bo mam pazury świeżo pomalowane - rzuciła w stronę Matyldy. Ta niechętnie oderwała się od papierów.
- Nie znoszę telefonów - mruknęła przechodząc gładko na słodki głosik - Proszę? ....Tak, już łączę.
Odłożyła słuchawkę.
 - Przynajmniej nie był upierdliwy - rzuciła w jej stronę i z powrotem zajęła się papierami.
Łucja machając palcami zaczęła kręcić się na fotelu. Upierdliwy....upierdliwe to jest życie. I kaszel, Znowu przyszła zima wraz z treningiem płuc. Nawet zapalić nie mogła. Miała dosyć.
- Pni Łucjo, dlaczego pani nie pójdzie do lekarza?/
- Pani kierownik, ale kto będzie pracował, skoro połowa pracowników jest na zwolnieniu? - mówiąc to podała pocztę. Kierowniczka nie zdążyła odpowiedzieć, gdy Łucja zniknęła jej z pola widzenia.
Weszła do pokoju, w którym pracowała,
- Wie pan co - rzekła do przełożonego - już wiem skąd wzięły się te dziury w sprawozdaniu rocznym.
- Tak?
- Przejrzałam wszystkie sprawozdania cząstkowe i jedno zostało błędnie podane. Niestety,  ale to pan robił to sprawozdanie i źle pan podał dane, i to jest ten błąd, który źle rzutuje na całość. -  Łucja w dalszej części wywodu wypunktowała szefa, pokazując brudnopis z jego błędnie wyliczonymi danymi. Szef spojrzał na materiały i  porównał. Zaniemówił. Pokręcił lewą końcówką wąsa. "Oj Łucja, strzeliłaś sobie w kolanko, a nawet w serce!" pomyślała widząc jego minę. W końcu wykrztusił.
- Te dane miałem od pani -szef poszedł w zaparte -Rozumie to pani Łucjo?
-Nie, nie mógł pan mieć tych danych ode mnie, ponieważ, jeszcze raz panu to tłumaczę, w tym czasie byłam na urlopie a ponadto część danych spłynęła w czasie mojej nieobecności, więc jak mogłabym je podsumować?
- To od pani miałem te dane! - zawarczał prawie już czerwony przełożony trzymając w trzęsących się już rękach materiały- od pani i proszę to sobie zapamiętać!Od pani miałem te dane!
- Acha, to interesujące. - Łucja spojrzała na przełożonego z wyraźnym niesmakiem - Oto siła przełożonego i odwieczna wina niewinnego pracownika.Takie to polskie, - Łucja wkurwiona wyszła, ale nie trzasnęła drzwiami. Ledwo doszła do stanowiska pracy rozbrzmiał się telefon.
- Proszę?
- I proszę zrobić korektę tego okresu! - przełożony rzucił słuchawką. Łucja poszła do kadr:
 - Jestem za stara, by robić mnie w wała. Nie chcę przedłużenia umowy.
- Ale co co się stało?
- Nic.
Wyszła wpadając na koleżankę:
- Ciasteczko?
- Bez flaszki, kochana, to dzisiaj nic mi nie wejdzie.











T.A. Flower Powieść o Zeldzie Fitzerald














poniedziałek, 16 stycznia 2017

niedzielnie


- Mooniek, kup półkę na przyprawy. Tu, taką nad stołem. Jaką chcesz.
- Sama wybierz.
- Eee tam, zaraz będziesz marudzić.
- Bo jestem od tego.
 - I tylko od tego.
- A ty nie masz gustu.
- Jakbym miała to nie wyszłabym za ciebie
- Jakbyś miała to nie mówiłabyś tak głupio.
- Czego? O półce?

niedziela, 15 stycznia 2017

angels





foto: Arte


foto: Arte 



a po wypiciu inki co zostało?

aautoportret! :)
foto:Arte


anioł czerwcowy , hahaha
zabawny jest znak Raka :D :P
(z netu)







Kiedy czuję się słaby
I mój ból spaceruje wzdłuż jednokierunkowej ulicy,

Patrzę do góry

I wiem, ze zawsze będę obdarzony miłością.

I kiedy rośnie to uczucie,

Ona tchnie ciało w me kości

I kiedy miłość jest martwa

Zamiast tego kocham anioły

                                               Robbie Williams Angel







Każdy człowiek ma swojego anioła. Każdy znak zodiaku ma swojego anioła. Anioły są wszędzie. Anielski jest świat. Tyle, że pełen burdelu. A one ogarniają go skrzydłami, zamiatają. Pilnują. Strzegą. Pomagają. Niestrudzone w wiarę w człowieka.
Czasami mam wrażenie, że anioły mieszkają w ludzkich istotach. W tych przyjaciołach, co nas strzegą i wspierają. W tych obcych, co potrafią być mili. I w tych mówiących prawdę. A potem ludzi bolą kręgosłupy, a oni się dziwią, od czego tak, od czego? A ten ból bierze się od schowanych skrzydeł, które gniotą ich z tyłu. Tą boleść, czasami, mylą z kopniakami w dupę. Jedno piętro niżej a jaka inna jest kwintesencja cierpienia.

środa, 11 stycznia 2017

w czeskim klimacie

                  Weszłam do wc i doznalam wstrząsu własnego istnienia. Wstrząsu anafilyktycznego. Mam w sobie Czecha. Czesi to śmiejące sie bestie. Tak napisał Hrabal odnosząc się do poczucia humoru swoich rodaków. Knedliki, piwo i rechot. Ze wszystkiego. Sztuką jest posiadanie dystansu do siebie jak i świata. Zamiast religii powinny być zajęcia z sarkazmu, autoiroinii, i popuszczania spodni w pasie.
 I bąków też, jak w filmie BFG Spielberga. Na marginesie mówiąć: BFG za cholerę nie zastąpi E.T. Nie ten palec. Choć piękne uszy.

Uczenie inteligentnego poczucia humoru, by nie było potem żenujących Szopek Noworocznych, powinno być sztandarowym punktem w nowej uchwale o systemie  Oświaty. I to byłby jedyny sensowny punkt. Zamiast krzyża -śmiech. I wszystkim żyłoby sie lepiej.

wtorek, 10 stycznia 2017

dwubiegunowy odlot

                  Ota Pavel przez szajbę wpisał sie w literaturę czeską. Był sportowiecem, komentatorem sportowym, który podczas olimpiady w Insnbrucku  dostał zajebistej szajby. Normalnie chłopu odwaliło. Koncertowy świr. Chciał podpalić budynek gospodarczy, by rozjaśnić mrok. Nie odbiło mu na tyle, by na męczarnie skazać zwierzęta. Wyprowadzał je z budynku: jedno po drugim, tyle, że plan spalił na panewce i został na tym przyłapany, choć to on chciał przyłapać Diabła.
 Ota musiał czmychać. Na boso gnał w śniegu. Daleko jednak nie uciekł.
                     Jak go złapali tak od razu trafił do psychiatryka. Tam napisał książkę. Później też pisał.  I napisal: "najważniejsze to pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie". I sprostał temu niełatwemu zadaniu. Bo co fajnego może być w szarości? W bieli? W słońcu? W powtarzalności dnia codziennego?
                   On to wydobył. Wydobył skarpetki dla przemarzniętych stóp. W baśniowych koloroch były te skarpetki. Kto nie lubi baśni? Tam wszystko zamienia się w dobro i happy end. Nawet u braci Grimm. Chociaż Dziewczynka z zapałkami łamie me serce wciąż ,ale Andersen może też miał coś z głową, Może, Nie wiem.